Podróże Tosi: Magiczne Podlasie po raz drugi, czyli pięć wyjątkowych dni w Białowieży!

Ten wyjazd planowałam trzy lata. Odkąd po raz pierwszy zawitaliśmy na Podlasie (relację z tamtego wyjazdu znajdziecie TUTAJ i TUTAJ) wiedziałam, że będziemy musieli tam kiedyś wrócić. Gdyby nie sytuacja na granicy polsko-białoruskiej i zamknięcie sporej części tego regionu, zrobilibyśmy to szybciej. Przez ten czas Podlasie krążyło nam po głowie. W końcu podjęliśmy decyzję. Tegoroczny urlop spędzimy właśnie tam. Zarezerwowaliśmy miejsce w pensjonacie Krainka, który skradł nasze serca trzy lata temu i powoli odliczaliśmy dni do wyjazdu. Kilka tygodni później zaczęły docierać do naszych uszu informacje o pogorszeniu się sytuacji na granicy i planowanym (kolejnym) zamknięciu tego zakątka Polski. Byliśmy w kropce. Nie wiedzieliśmy, czy odwoływać wyjazd czy może jednak jeszcze trochę poczekać. Media serwowały nam kolejne mrożące krew w żyłach historie, rozsądek podpowiadał, że sytuacja jest niebezpieczna jedynie przy samej granicy. O sytuacjach, które miałyby zagrażać turystom lub mieszkańcom nie słyszeliśmy. Dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do Białowieży i absolutnie tego nie żałujemy. Powiem więcej, żałować powinni wszyscy ci, którzy pod wpływem medialnych doniesień, z podobnego wyjazdu zrezygnowali.

 

W dniu przyjazdu udało nam się wziąć udział w organizowanym w Hajnówce Jarmarku Żubra. Plenerowej imprezie, na które kupić można było lokalne przysmaki, przeróżne pamiątki, miody i przetwory. Świetna okazja, żeby wczuć się w podlaski klimat. Udało nam się też zobaczyć stojącą od kilku miesięcy w hajnowskim parku, strefę Żubra Pompika. Ludzi było sporo, więc wydawało nam się, że informacje o turystach omijających Puszczę Białowieską szerokim łukiem są mocno przesadzone. Wystarczyło jednak wyjechać z Hajnówki i dojechać do Białowieży, żeby przekonać się, że nie było w tych słowach żadnej przesady. Ulice Białowieży były puste. W restauracji znajdującej się obok naszego pensjonatu było wiele wolnych stolików. Do naszego wyjazdu nic się nie zmieniło. Nie trafiliśmy na żadną kolejkę, nigdzie nie widzieliśmy tłumu ludzi. Dla nas to dobrze. Mogliśmy w ciszy i spokoju odpoczywać do woli. Dla ludzi żyjących z turystyki to powód do rozpaczy i kolejny sezon, który mogą spisać na straty. 

Czas w niemal pustej Białowieży wykorzystaliśmy najlepiej jak umieliśmy. Spacerowaliśmy, jeździliśmy na rowerach i próbowaliśmy lokalnych przysmaków. Na pierwszą rowerową wycieczkę ruszyliśmy w kierunku Teremisek. Przejechaliśmy obok wejścia na ścieżkę edukacyjną Żebra Żubra, weszliśmy na wieżę widokową w Pogorzelcach, minęliśmy Szlak Dębów Królewskich i w końcu dotarliśmy do przepięknych Teremisek. Urokliwej małej miejscowości, w której Adam Wajrak fotografuje żubry na polach. My musieliśmy zadowolić się bocianami, ale i tak nie żałowaliśmy. 


W drodze powrotnej przeszliśmy znajdujący się w uroczysku Stara Białowieża Szlak Dębów Królewskich (wchodząc płacimy za wstęp do Białowieskiego Parku Narodowego, bilet normalny kosztuje 10 zł, a ulgowy 5 zł). Piękne, stare drzewa nazwane imionami polskich władców, upamiętniają ich polowania w Puszczy Białowieskiej. Cała ścieżka prowadzi po drewnianym podeście, więc skorzystać z niej można nawet po deszczu lub niesprzyjającej pogodzie. Po drodze znajdziecie kilkanaście tablic, na których przeczytać można o kolejnych polskich władcach i ich białowieskich przygodach. Świetny sposób na poznanie historii tego miejsca i ciekawostek o królach Polski, których raczej nie znajdziecie w podręcznikach historii. Świetne miejsce na spacer! 

Odwiedziliśmy też świetne miejsce na obiad, czyli znajdującą się obok Krainki Restaurację Pokusa. Bez wahania zamówiliśmy chłodnik podlaski, który skradł nasze serca trzy lata temu i danie spod strzechy, które okazało się pysznymi pyzami z mięsem. W kolejnych dniach jedliśmy tam również pyszne bliny. Tak, tak Podlasie to nie tylko uczta dla oczu, ale także dla podniebienia!


Kolejnego dnia ruszyliśmy do Hajnówki. Planowaliśmy przejazd Wąskotorową Kolejką Leśną, która łączy Hajnówkę i Topiło. W tym roku kolejka kursuje we wtorki, czwartki, soboty i niedziele. Pierwszy przejazd rozpoczyna się w Hajnówce o godzinie 9, drugi o 11. My wybraliśmy godzinę 9. Bilet normalny kosztuje 50 zł, ulgowy dla dziecka do 14. roku życia 30 zł (dla starszych dzieci 40 zł). Przejazd to Topiła trwał godzinę. Jechaliśmy trasą, po której do 1991 roku transportowano drewno (sama kolejka powstała 100 lat temu!). Niespieszny przejazd wśród drzew pozwolił napawać się pięknymi widokami i wszechogarniającą zielenią. Po godzinie dotarliśmy do Topiła, gdzie czekał nas godzinny postój. Był czas na spacer i zjedzenie czegoś dobrego w znajdującym się w pobliżu stacji barze Ostatni Grosz. Nazwa piękna, ale gwarantuję Wam, że zostanie Wam w kieszeni nieco więcej niż od wspomnianego ostatniego grosza. Ceny, jak na miejsce turystyczne, są naprawdę przystępne, a litewskie oranżady warte każdych pieniędzy! Do Hajnówki wraca się tą samą drogą i jeszcze raz podziwia te same piękne widoki. Czy się nudzą? Oczywiście, że nie! 


Po zakończeniu podróży ruszyliśmy na zwiedzanie Hajnówki. Widzieliśmy Sobór Świętej Trójcy i przepiękne murale, które od jakiegoś czasu zdobią różne budynki miasta. Na jednym z nich zobaczyć można Simonę Kossak w otoczeniu zwierząt, które z nią mieszkały w Dziedzince. Po spacerze udaliśmy się do restauracji Mozaika. Wypatrzyłam ją przed wyjazdem w sieci, kiedy szukałam miejsc, w których można zjeść coś smacznego. Opinie w internecie nie były przesadzone. Przepyszny chłodnik z kiszonych buraków, cudowne naleśniki i smaczne danie dla dzieci. Nasze kubki smakowe były bardzo zadowolone! 

Po powrocie do Białowieży wybraliśmy się na kolejny spacer. Ulicą Stoczek doszliśmy do białowieskiego kościoła, następnie skręciliśmy w prawo i niespiesznym krokiem doszliśmy do stacji Białowieża Towarowa, gdzie na pięknie odnowionej stacji kolejowej działa Restauracja Carska. Nawet, jeśli nie ma się ochoty na nic do jedzenia, to warto tam zajrzeć, bo miejsce jest naprawdę wyjątkowe! 


Trzeci dzień również spędziliśmy na rowerach. Chcieliśmy dotrzeć do Dziedzinki. Miejsca, w którym mieszkała Simona Kossak. Jadąc rowerem zachwycaliśmy się pięknem tej drogi. I teraz już w ogóle nie dziwi nas, że Simona Kossak na swój dom wybrała właśnie to miejsce. Jakby tych zachwytów było mało, w pewnym momencie drogę przebiegła nam przepiękna i dostojna łania. Czyż można wyobrazić sobie piękniejszą drogę do domu albo do pracy? Myślę, że ta była zdecydowanie najpiękniejsza. 

Wracając z Dziedzinki zajrzeliśmy jeszcze nad Narewkę, gdzie stoi kolejna wieża widokowa, która pozwala spojrzeć na te niezwykłe miejsca z góry i jeszcze bardziej się nimi zachwycić. Popołudniu odwiedziliśmy Muzeum Przyrodniczo-Leśne. Bilety (normalny w cenie 20 zł, ulgowy 14 zł) kupiliśmy on-line, bo co godzinę na wystawę wchodzi jedynie 15 osób, więc woleliśmy mieć pewność, że wejdziemy (zwłaszcza, że wybraliśmy ostatnią dostępną godzinę zwiedzania). Była to nasza druga wizyta w tym miejscu i znowu wyszliśmy zadowoleni. Na specjalnie przygotowanych makietach zobaczycie rośliny i zwierzęta występujące w Puszczy Białowieskiej. Poznacie również historię tego niezwykłego miejsca i ludzi, którzy tam żyli i pracowali. To obowiązkowy punkt dla każdego, kto wybiera się do Białowieży. 

Na obiad tego dnia wybraliśmy się do polecanej przez wielu Restauracji Fanaberia. To był doskonały wybór. Zachwyca już sam wygląd restauracji, ogrom drewna, piękne stoły i wspaniałe obrusy. Rzut oka na kartę i już wiecie, że będzie to nie tylko uczta dla oczu, ale i dla podniebienia. Postawiliśmy na świetnie sprawdzający się w tych temperaturach chłodnik litewski i talerz podlaskich przysmaków. Kartacz, babka ziemniaczana z gulaszem i cztery rodzaje pierogów będziemy wspominać długo i polecać wszystkim, którzy wybierają się do Białowieży.

Nie mogło nasz zabraknąć również w Rezerwacie Pokazowym Żubrów (wstęp kosztuje 20 zł dla dorosłych i 12 zł dla dzieci). Jeśli nie uda Wam się zobaczyć żubra w jego naturalnym środowisku, a mimo wszystko chcielibyście to zwierzę spotkać, to w rezerwacie uda się to na pewno. Oprócz żubrów zobaczyć tam można rysia, wilki, żubronie, jelenie, sarny i dziki. Wszystkie na całkiem sporych wybiegach (czasem tak dużych, że trudno dane zwierzę dostrzec). Ale i tak warto się tam wybrać! My zobaczyliśmy wszystkie zwierzęta, oprócz ukrywających się wśród drzew wilków. 

Z Rezerwatu Pokazowego Żubrów można ruszyć na spacer ścieżką edukacyjną Żebra Żubra. To kolejna ścieżka, którą warto się przejść w czasie pobytu w Puszczy Białowieskiej. Część trasy pokonujecie przechodząc po pomostach, część po leśnej ścieżce. Długość Żeber Żubra to 2,7 kilometra, więc pokonanie całości nie powinno zająć więcej niż godzinę.


Następnego dnia musieliśmy opuścić piękną, spokojną i gościnną Białowieżę. Zobaczyliśmy wiele, wiele jeszcze nam zostało. Z niektórych rzeczy świadomie zrezygnowaliśmy. Nie wchodziliśmy w tym roku do rezerwatu ścisłego, który odwiedziliśmy ostatnim razem. Nie był to jednak koniec naszych podlaskich przygód. Kolejne dni spędziliśmy w Białymstoku, ale to już historia na kolejny wpis...


 

"Muminek i Włóczykij szukają przygód" (Wydawnictwo HarperKids)

Znam tych bohaterów od dawna. Można powiedzieć, że wychowałam się na ich przygodach. Wieczorynka z ich filmowymi przygodami na pewno była jedną z moich ulubionych. Lata mijają, a ja cały czas mam do Muminków ogrom sympatii i jeszcze więcej sentymentu. Prawda jest jednak taka, że przez długi czas nie znałam książek, które stanowiły podstawę tych bajek. Odkryłam je chyba dopiero w dorosłym życiu, ale od razu pokochałam całym sercem. Bo Muminków po prostu nie da się nie lubić.

Każda książka o ich przygodach to piękna i mądra historia. Historia, która zachwyca każdego, kto zdecyduje się ją przeczytać. Bohaterowie budzą ogromną sympatię, a toczące się swoim rytmem przygody wyciszą każdego czytelnika. W najnowszej książce o ich przygodach na pierwszy plan wysuwają się Muminek i Włóczykij. Ten drugi właśnie wrócił do Doliny Muminków po zimowej przerwie. Jak zwykle przywiózł mnóstwo opowieści i przeżył bardzo wiele przygód. Muminek bardzo mu tego zazdrości. Też chciałby odwiedzać inne miejsce, przeżywać przygody, poznawać świat. Muminek chciałby doświadczyć czegoś innego. A Włóczykij postanawia mu to umożliwić i na taką wielką wyprawę go zabiera. Wyprawę, która pozwala Muminkowi zobaczyć rzeczy niezwykłe, odkryć nowe miejsca i przeżyć coś naprawdę niesamowitego! Coś, co przeżyć powinien każdy z nas. 



Nie spodziewałam się, że ta niewielka książeczka będzie aż tak wzruszająca. Nie myślałam, że ta opowieść będzie aż tak niezwykła. Muminek i Włóczykij szukają przygód to książka, która otwiera oczy, książka, która pozwala doceniać rzeczy małe. Książka, która pokazuje, że czasem to, co niezwykłe kryje się bardzo blisko nas. Trzeba umieć je znaleźć, trzeba otworzyć szeroko oczy, rozejrzeć się dookoła i znaleźć to, co wyjątkowe. Tak naprawdę to przecież my nadajemy status wyjątkowości niektórym rzeczom. Właśnie dlatego ta książka jest tak ważna i wyjątkowa. Spodoba się zarówno przedszkolakom, jak i ich starszym koleżankom i kolegom. Takich książek powinno ukazywać się jak najwięcej. Takie książki czytać można zawsze i wszędzie. W domu, w przedszkolu albo szkole, na wakacjach, w podróży i wszędzie, gdzie będziecie mieli na to ochotę.



 

Te i inne książki o przygodach Muminków 

znajdziecie na


 https://harpercollins.pl/


"Bapu, opowieść o dobrym maharadży" (Wydawnictwo Literatura)

- Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? - szepnęła Nehal.

- Niestety tak - opowiedziałam. 

 

Wojna to nie jest temat lekki, łatwy i przyjemny. Kiedy opisujemy wojnę z perspektywy dzieci jest jeszcze trudniej. Kiedy piszemy o wojnie dla dzieci bywa równie trudno. Wojna to temat trudny. Jeszcze niedawno wydawało nam się, że bardzo odległy. Niestety, ponad dwa lata temu świat się zmienił. Wojna wybuchła tuż obok nas. Widzieliśmy wtedy uciekających przed nią ludzi. Dorosłych i dzieci. Widzieliśmy, jak bardzo cierpią ci, których wojna dotknęła. A nasze dzieci zaczęły o wojnę pytać. I musieliśmy, jako dorośli, na te pytania odpowiadać. Dotyczyły one wojny, która toczy się obok nas, ale również tej, która kilkadziesiąt lat temu dotknęła nas. Czasów, kiedy to my byliśmy uchodźcami, kiedy nas wysiedlano i przesiedlano.

O tych właśnie czasach opowiada książka Bapu, opowieść o dobrym maharadży. Kolejna książka wydana w ramach serii "Wojny dorosłych - historie dzieci". Teraz, razem z jej bohaterami, ruszamy do dalekich Indii. Kraju, w którym schronienie znalazły dzieci deportowane wcześniej do Kazachstanu. Przed głodem, chłodem i ciężką pracą uratował je najprawdziwszy maharadża, który zaprosił grupę polskich dzieci do swojego kraju. Dzieci znalazły tam spokój i mogły robić to, co powinno robić każde dziecko. Bawić się i uczyć. Dzieci zaaklimatyzowały się w nowym miejscu. Stopniowo poznawały panujące w nim zwyczaje i kulturę. Czytelnicy poznają tę niezwykłą historię dzięki Kophal, hinduskiej dziewczynce, która razem z rodziną spędza wakacje w willi, która kiedyś należała do maharadży. Kophal zaczyna poznawać historię tego miejsca i dzieli się nią ze swoimi bliskimi. A przy okazji również z każdym, kto sięgnie po tę książkę.




Wydaje mi się, że historia polskich dzieci, które w czasie II wojny światowej trafiły do Indii kiedyś obiła mi się o uszy. Nie znałam jej jednak dokładnie, a szczegółów musiałabym szukać w najgłębszych zakątkach pamięci. Myślę, że wiele osób w ogóle o tym nie słyszało. Książka Moniki Kowaleczko-Szumowskiej to szansa na usunięcie białej plamy i poznanie naprawdę wyjątkowej historii. I bardzo wyjątkowego bohatera historycznego. Władca księstwa Nawangaru zdecydował się pomóc zupełnie obcym dzieciom. Dzieciom z drugiego końca świata. Dał im to, czego im brakowało. Uratował je. I to dwukrotnie. Po raz pierwszy w czasie wojny, po raz drugi - po jej zakończeniu. Wtedy adoptował wszystkie dzieci, żeby uchronić je przed powrotem do komunistycznej Polski. Dziś niewiele osób o tym pamięta. Dlatego bardzo się cieszę, że ta książka się ukazała i przypomniała tego niezwykłego maharadżę i dzieci, które wziął pod swoją opiekę. Przeczytajcie ją koniecznie. To naprawdę lektura obowiązkowa.




Bapu, opowieść o dobrym maharadży

Monika Kowaleczko-Szumowska

ilustracje Marcin Minor

Wydawnictwo Literatura 2024

wiek 8+


 https://wydawnictwoliteratura.pl/

"Niewidziątka. Przewodnik po emocjach i nie tylko" (Wydawnictwo BABARYBA)

O emocjach pisze się wiele. Chyba każde wydawnictwo dziecięce ma w swojej ofercie przynajmniej jedną książkę na ten temat. Czy to oznacza, że emocje to modny temat? Myślę, że można tak powiedzieć. Warto jednocześnie podkreślić, że to również temat ważny. Dlatego warto śledzić nowości i wyłapywać wśród nich te, które mogą sprawdzić się w naszych rodzinach. My takich książek mamy już całkiem sporą kolekcję. Nie zamykamy się jednak na nowości, bo każda może przynieść ze sobą coś nowego. Inne spojrzenie, inny punkt widzenia, inne rady. Coś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy albo pojmowaliśmy nieco inaczej. Dlatego sięgnęłyśmy po książkę Niewidziątka. Przewodnik po emocjach i nie tylko.

Książka ma bardzo intrygujący tytuł i oryginalną okładkę. Widzimy na niej masę różnych emocji. Wszystko to, co może nas cieszyć, smucić, zaskakiwać albo przerażać. Dobre i złe rzeczy, które mogą nas dotknąć. To te wszystkie "niewidziątka". To, z czym stykamy się każdego dnia. Czy je lubimy? Różnie z tym bywa i wszystko zależy od "niewidziątka" właśnie. Jedne są bardzo przyjemne i chętnie się z nimi spotykamy. Inne wolelibyśmy omijać szerokim łukiem. Ale życie jest tak skonstruowane, że przeplatają się w nim dobre i złe rzeczy. I z każdą z nich trzeba umieć sobie radzić. Pomóc w tym może ta książka. Jej czytanie rozpoczynamy od założenia magicznych (choć niewidzialnych) okularów, które pozwalają zobaczyć to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Czytając kolejne strony poznajemy bliżej nasze zmysły i to, co dzięki zmysłom możemy poznać, zobaczyć i przeżyć. Okazuje się bowiem, że "niewidziątka" są bardzo ściśle związane z naszymi zmysłami. Jedne pachną, inne wydają dźwięki. Jedne widać, inne niekoniecznie. Wszystkie na nas jakoś działają. Musimy je poznać, żeby nauczyć się je rozumieć i sobie z nimi radzić. Nie powinny przecież budzić w nas strachu albo odrazy. One wszystkie są nam bardzo potrzebne, ale trzeba nauczyć się sobie z nimi radzić. Twórcy tej książki podsuwają swoje, sprawdzone sposoby. Jakie? Sprawdźcie w książce i wybierzcie te, które najlepiej sprawdzą się w Waszych domach!




Niewidziątka. Przewodnik po emocjach i nie tylko podbiły nasze serca. Ta niebanalna książka powinna znaleźć się w każdym domu, w każdym przedszkolu i każdej szkole. Niewiele w niej słów, ale każde zawarte w niej zdanie kryje w sobie to, co najważniejsze i najpotrzebniejsze. To książka, która pomaga zrozumieć emocje i radzić sobie w wielu trudnych sytuacjach. Tych w życiu nas wszystkich nie brakuje, więc każda rada jest na wagę złota. Dzięki Niewidziątkom powinno być łatwiej. To, co niewidzialne zostanie przez nas lepiej poznane i zaakceptowane. Książka jest interesująca i wartościowa, a do tego świetnie zilustrowana. Widać, że jej twórcom nie brakowało ani humoru, ani pomysłu. "Niewidziątka" wyglądają fantastycznie, budzą ciekawość i sympatię. Jest zagubione, włochate PRZECZULENIE, zawstydzone ZAGUBIENIE i uśmiechnięta EUFORIA. Wszystkie ważne i potrzebne. Poznajcie je i zaprzyjaźnijcie się z nimi.




Niewidziątka. Przewodnik po emocjach i nie tylko

Andy J. Pizza i Sophie Miller

tłumaczenie Marta Tychmanowicz

BABARYBA 2024

https://babaryba.pl/
 

"Winston - koci detektyw. Statek widmo" (Wydawnictwo Debit)

Wolicie koty czy psy? My zdecydowanie koty. Co prawda żaden jeszcze z nami nie mieszka, ale kto wie, może kiedyś to się zmieni. Jak wyobrażamy sobie naszego kota? Na pewno musiałby być charakterny. Na przykład taki jak Winston. Brytyjski kot krótkowłosy, który podbił nasze serca już kilka lat temu. Wszystko zaczęło się kilka lat temu od powieści i audiobooków. Czytałyśmy, słuchałyśmy i bawiłyśmy się świetnie. Przy Winstonie nie można się było nudzić, więc bardzo się ucieszyłyśmy, kiedy w zapowiedziach pojawiły się komiksy z jego kolejnymi przygodami.

Pierwszy był fantastyczny, więc oczekiwania w stosunku do drugiego były bardzo duże. Nie zawiodłyśmy się. Komiks wciąga od pierwszej chwili. Wszystko zaczyna się od rozpaczy Winstona. Kot został sam z profesorem. A profesor Grad nie opiekuje się nim tak, jak Winston tego oczekuje. Kot dostaje jedzenie z puszki i nie otrzymuje należnego mu zainteresowania. Koci przyjaciele nie rozumieją jego zmartwień i pretensji. Ich zdaniem Winston wcale nie jest w tak beznadziejnej sytuacji, jak to przedstawia. Ma co jeść, ma dach nad głową, a jego opiekunki i przyjaciółki przecież niedługo wrócą. Szybko okazuje się, że problemy Winstona nie są tak do końca wymyślone. Babuszka, czyli teściowa profesora Grada zostaje napadnięta i trafia do szpitala! Prawdopodobnie padła ofiarą szajki złodziei grasującej na rzeką. Policja wie o jej istnieniu, ale nie potrafi ani namierzyć, ani złapać złodziei. Do akcji musi wkroczyć Winston ze swoimi przyjaciółmi. Grupa czworonożnych przyjaciół trafi na ślad tajemniczego statku. Tak, dobrze się domyślacie, to tytułowy statek widmo. Pod piracką banderą pływają na nim szopy pracze. Nikt ich nie widzi, bo rzucono na nie klątwę...




Przygody Winstona nigdy nas nie zawiodły. W książkach, których był bohaterem zawsze działo się coś ciekawego. Tym razem również. Tyle w tym komiksie różnych wątków. Każdy ciekawy i interesujący dla czytelnika. Wszystko łączy się w całość i w jedną historię, od której naprawdę trudno się oderwać. Jeśli do tej porywającej historii dodamy komiksową formę i świetne, pełne humoru ilustracje, to otrzymujemy książkę, która może stać się jedną z najciekawszych lektur, jakie przeczytacie w tej wakacje. Ze względu na komiksową formę wciągnie nawet tych, którzy czytać nie lubią i nie zamierzali spędzać lata z książką w ręce. Myślę, że dzięki Winstonowi mogą zmienić zdanie. Przeczytają ten, a potem kolejny komiks o jego przygodach. I kto wie, może zakochają się w czytaniu...




Winston - koci detektyw. Statek widmo

Franke Scheunemann

ilustracje Nikolai Renger

tłumaczenie Agata Janiszewska

Wydawnictwo Debit 2024


 https://wydawnictwo-debit.pl/