"Jefferson. Detektyw mimo woli" (Wydawnictwo Dwie Siostry)

Dobrze wiecie, że uwielbiamy książki detektywistyczne i kryminalne. Pierwsza odkryła je Tosia i przez bardzo długi czas czytała niemal wyłącznie kryminały. Tak naprawdę to właśnie od tych książek zaczęła się jej przygoda z samodzielnym czytaniem. Bardzo je lubiła i czytała z przyjemnością. Kiedy przyszedł czas na nieco poważniejsze lektury, nie zapomniała o gatunku, którego czytanie dawało jej tyle radości. A literatura detektywistyczna dla dzieci i młodzieży rozwijała i rozwija się niesamowicie. Nie ma miesiąca, żeby nie ukazywała się jakaś nowa książka. Jedne są lepsze, inne gorsze. Są takie, które trzymają w napięciu od początku do końca i takie, przy których częściej ziewamy niż przecieramy oczy ze zdziwienia. Są jednak takie, w których zaskoczeń nie brakuje i właśnie na taką książkę trafiłyśmy ostatnio.

Jefferson. Detektyw mimo woli to opowieść o detektywie z przypadku. O kimś, kto nigdy nie marzył o rozwiązywaniu zagadek. Sprawa przyszła do niego zupełnie niespodziewanie i dotknęła go tak mocno, że nie miał innego wyjścia. Musiał się nią zająć. Jeż Jefferson po prostu pewnego dnia poszedł do fryzjera. Ten dzień nie miał się niczym wyróżniać. To miał być naprawdę całkiem zwyczajny dzień. Taki, w którym można trochę pochodzić, trochę porozmyślać. Nacieszyć się ładną pogodą, zaprosić na kawę uroczą borsuczycę. Spokój, sielanka, nuda... Nic specjalnego. Aż do momentu, w którym Jefferson przekroczył próg salonu fryzjerskiego i orientuje się, że dziś ze strzyżenia nici. Borsuk prowadzący salon leży na podłodze i jest... martwy! W serce ma wbite nożyczki. Nie zastanawia się długo i wyciąga je z ciała borsuka. Właśnie wtedy budzi się koza, która dotąd spała pod suszarką. Koza budzi się i już wie wszystko. Fryzjera zamordował jeż! Jefferson nie wie, co robić. Zaczyna działać instynktownie i ucieka. Nie tylko z salonu, ale również z miasta. Znajduje kryjówkę w lesie. Wie jednak, że nie może tam spędzić reszty życia. Musi oczyścić się z zarzutów. A na to jest tylko jeden sposób, trzeba odnaleźć prawdziwego mordercę. Pomoże mu w tym jego przyjaciel - świnka Gilbert. Czy to może się udać? Może, ale przed nimi bardzo niebezpieczna misja. Misja, która wymagać będzie od nich przeniknięcia do świata ludzi.




Czytałyśmy już książki, w którym zwierzęta wcielały się w role detektywów. Ale chyba po raz pierwszy trafiłyśmy na taką, w której personifikacja byłaby aż tak silna. Zwierzęcy bohaterowie tej książki do złudzenia przypominają ludzi. Mają ludzkie uczucia, noszą ubrania, robią rzeczy, które w "prawdziwym" świecie robią ludzie. Zetknięcie ze światem ludzi jest jednak bolesne. I dla zwierzęcych bohaterów, i dla czytelnika. To jedna z tych książek, której lektura niekoniecznie jest lekka, łatwa i przyjemna. Sporo w niej opisów, które dla młodszych czytelników mogą okazać się zbyt straszne. Wydawnictwo adresuje tę książkę do czytelników powyżej 9. roku życia. Warto o tym pamiętać, kiedy będziemy szukać lektury dla naszych dzieci. Każdy do niej w końcu dorośnie i nie potrzeby tego przyspieszać. Bo Jefferson. Detektyw mimo woli to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Mądra i interesująca. Z ciekawie skonstruowaną intrygą kryminalną. Boleśnie aktualna, pełna nawiązań i odniesień do naszej codzienności. Poruszająca problemy, które mogą dotknąć każdego (choćby niesłuszne oskarżenia, z którymi każdy musiał się kiedyś zmierzyć). Do tego świetnie napisana i ciekawie zilustrowana. Przeczytajcie ją koniecznie, bo jest tego warta.




Jefferson. Detektyw mimo woli

Jean-Clauda Mourlevat

ilustracje Antoine Ronzon

tłumaczenie Bożena Sęk

Dwie Siostry 2024

wiek 9+


 https://wydawnictwodwiesiostry.pl/

Gra(my) w piątki: "Zupa z trupa"/"Banda Pand i kawałki bambusa" (Wydawnictwo EGMONT)

Wakacje coraz bliżej. Już za tydzień będzie można schować plecak do szafy i na jakiś czas zapomnieć o sprawdzianach, wypracowaniach, zeszytach i podręcznikach. Przez najbliższe dwa miesiące będzie można skupiać się wyłącznie na przyjemnościach. Jedni całymi dniami będą czytać książki, inni grać w gry komputerowe. Ktoś spędzi cały dzień na boisku, ktoś inny będzie nadrabiał zaległości w oglądaniu filmów. Nie ma jednego i najlepszego sposobu na spędzanie wakacji. Po 10 miesiącach w szkolnych ławkach, uczniom należy się odpoczynek. Każdy spędzi ten czas w wybrany przez siebie sposób i pewnie połączy różne aktywności, które sprawiają mu przyjemność. Ja mam dziś propozycję dla tych, którzy szukają ciekawych gier na wakacje.

Są takie rzeczy, które trzeba zabrać ze sobą na każdy wyjazd. Jeśli wybieramy się na wakacje z dzieckiem, warto pamiętać o tym, co może umilić nam deszczowe popołudnie albo chłodniejszy wieczór. Dobrym pomysłem jest wzięcie ze sobą niewielkiej gry planszowej. Takiej, którą można wrzucić do plecaka. Może być to ulubiona gra, którą cała rodzina dobrze zna i lubi. Może być zupełnie nowa, w którą grać zaczniecie dopiero na wakacjach. My w tym roku stawiamy na nowości. Wszystko za sprawą ciągle poszerzającej się oferty wydawnictwa EGMONT, które nie przestaje nas zaskakiwać różnorodnością gier, które wydaje. 

Tuż przed początkiem wakacji ukazały się dwie, które świetnie nadają się do tego, żeby zabrać je ze sobą w góry albo nad morze. Jedna z nich zabiera nas do świata pełnego bardzo sympatycznych zwierząt. Gra Banda Pand i kawałki bambusa to karcianka nie tylko dla miłośników tych sympatycznych zwierząt. Zagrać może w nią nawet 6 osób, więc to zabawa dla całej rodziny. Rozgrywkę rozpoczynamy od potasowania kart i ułożenie ich na stole. Potem rozsuwamy je tak, aby utworzyły koło. Część kart będzie widoczna, część zakryta. Grę rozpocznie najmłodszy brat. Rzut kostką wskaże kategorię, którą gracze będą porównywać. Na kostce są trzy obrazki, więc mamy trzy kategorie (największa/najmniejsza panda, najcięższa/najlżejsza panda, najdłuższy/najkrótszy bambus). Po wskazaniu kategorii, gracze muszą jak najszybciej wybrać ze stosu, ich zdaniem, najlepszą kartę. Kiedy wszyscy mają już swoje karty, czas sprawdzić, kto był najbliżej prawdy. Ta osoba zostawia sobie kartę, którą wybrała. Pozostałe trafiają na bok i rozpoczyna się kolejna rozgrywka. Grę kończymy, kiedy jeden z graczy zgromadzi wymaganą liczbę kart (ta zależy od tego, ile osób bierze udział w grze). 




 

Karty znajdziecie także w pudełku z drugą grą. Choć Zupa z trupa brzmi trochę strasznie, to nie ma się czego bać. Gra jest świetna i gwarantuje dobrą zabawę. Wyobraźcie sobie, że właśnie zmieniliście miejsce zamieszkania i zostaliście zaproszeni przez sąsiadów na powitalny obiad. Miło, prawda? Okazuje się, że jednak nie do końca. Dom sąsiadów jest dość nietypowy, a serwowane dania niekoniecznie są apetyczne. Taki jest wstęp do gry. W niewielkim pudełku kryje się 100 kart. A na kartach zobaczyć można najobrzydliwsze dania, jakie tylko potrafili sobie wyobrazić twórcy Zupy z trupa. Uczestnicy gry (może być ich maksymalnie 7) wybierają losowo osobę, która w danej rundzie będzie potwornym gospodarzem. Ów gospodarz rozdaje wszystkim graczom po 12 kart. Pozostałe kładziemy na stole i robimy z nich stos do dobierania. Na początku rozgrywki potworny gospodarz wyciąga jedną z kart ze stosu do dobierania. To pierwsza karta warunku. Do niej musimy dokładać kolejne karty. Karty muszą pasować do karty warunku. Wygrywa ten, kto najszybciej pozbędzie się swoich kart. A nie jest to takie proste, bo karty można (a czasem trzeba) dobierać ze stosu. Po zakończeniu rundy gracze podliczają punkty. Na kolejną rundę wybierają nowego potwornego gospodarza. Grają tyle rund, ilu jest graczy. A wygrywa ten, który ma najmniej punktów ujemnych. 



Dwie świetne gry. Nieduże, z niezbyt skomplikowanymi zasadami. Oferującymi szybką i ciekawą rozgrywkę. Takim grom trudno się oprzeć. Są naprawdę dobrym rozwiązaniem na dni, kiedy nie sprzyja pogoda, kiedy chorujemy albo zwyczajnie mamy ochotę posiedzieć w domu. W Bandę Pand i kawałki bambusa z powodzeniem mogą grać starsze przedszkolaki. Zupa z trupa to gra dla uczniów. Do rozgrywki mogą zaprosić dziadków albo rodziców. Z powodzeniem mogą grać w nie tylko dzieci. Można z powodzeniem zaproponować ją dzieciom przebywającym na koloniach albo uczestniczącym w półkoloniach. Wszystkie będą się przy niej dobrze bawić. Rozwijać spostrzegawczość i refleks. I tylko jednego robić przy nich nie będą. Nie będą się nudzić!

Te i inne gry znajdziecie na


"Słowiańskie mity i opowieści w komiksie" (Wydawnictwo Nasza Księgarnia)

Imiona greckich i rzymskich bogów większość z nas wymieni nawet w środku nocy. Znamy ich historie, potrafimy bez większego zastanowienia opowiedzieć kilka mitów. Czytaliśmy je w szkole podstawowej, wracaliśmy do nich w szkole średniej. Nic dziwnego, że tak dobrze je pamiętamy. Są one stale obecne w naszej kulturze i języku. Zupełnie inaczej rzecz się ma z mitologią słowiańską. O niej nie wiemy nic albo bardzo niewiele. A szkoda, bo to ona powinna być nam najbliższa.

My mitologią słowiańską zaczęłyśmy się interesować właśnie dzięki książkom. Pierwsze były te pisane przez Marcina Szczygielskiego, który właściwie w każdej swojej książce przemyca elementy mitologii słowiańskiej. Potem trafiłyśmy na serię "Klub Kwiatu Paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Dzięki tym książkom wiemy o słowiańskich mitach już całkiem sporo. Nauki jednak nigdy za wiele, horyzonty poszerzać warto, dlatego jedną z naszych ostatnich lektur były Słowiańskie mity i opowieści w komiksie. Książka ciekawa ze względu na formę i treść. Po raz pierwszy spotkałam się z mitologią słowiańską zamkniętą w formie komiksu. Czy to się może podobać? Może! Nam spodobało się bardzo. Główna bohaterka komiksu - Małgosia, razem z czytelnikami, poznaje świat słowiańskich mitów. Przewodniczką jest jej babcia, kobieta zafascynowana i obeznana w świecie tamtych wierzeń. Przy każdej nadarzającej się okazji, opowiada wnuczce (i jej młodszemu bratu) o słowiańskich bogach i tradycjach. Na początek historia stworzenia świata. Do jej opowiedzenia zainspirują babcią jajka. Kolorowe drapanki, którymi można stwarzać świat! Małgosia dowiaduje się, że jajka były dla ludów słowiańskich bardzo ważne. Historia z nimi związana jest pretekstem do pierwszych babcinych opowieści. Kolejne są z nimi luźno powiązane. W każdej opowieści pojawiają się nowi bogowie. Ich historie przeplatają się z rozmowami babci i wnuków. Trochę tu nawiązań do współczesności, trochę podróży w przeszłość. Pasjonująca lektura!




Mitologia jest czymś, co się z zasady lubi. Lubią ją wszyscy, bo każdy znajduje w niej bohaterów, którzy go inspirują albo intrygują. Ta książka przekonuje, że ciekawi są nie tylko bogowie greccy. Ci pochodzący z mitologii słowiańskiej również. Słowiańskie mity i opowieści w komiksie dają czytelnikom szansę na poznanie Welesa, Peruna i Swarożyca. Z tej książki dowiedzą się, kim są Południca, Licho i Domowik. Poznają historię obrzędu Dziadów, dowiedzą się, czym były Szczodre Gody. Poznają słowiańskie demony, przeczytają o Nocy Kupały. Wszystko w jednej książce. Niesamowitym komiksie, pełnym ciekawych historii i niesamowitych ilustracji. Za te pierwsze odpowiada Wiktoria Korzeniewska, ilustracje stworzyła Natalia Noszczyńska. Ich współpraca przyniosła niesamowity efekt. Według mnie to jedna z najciekawszych książek, jakie ukazały się w ostatnim roku. Doskonała lektura na nadchodzące wakacje. 




 

*współpraca barterowa

Słowiańskie mity i opowieści w komiksie

Wiktoria Korzeniewska

ilustracje Natalia Noszczyńska

Nasza Księgarnia 2024

wiek 6+

https://nk.com.pl/
 

"Formuła Elli" (Wydawnictwo HarperKids)

Każdemu z nas zdarzyło się chyba czuć nie na miejscu. Czuć się innym od wszystkich, zupełnie niedopasowanym do otoczenia. Dziś chyba nawet łatwiej czuć się innym. Choć tak wiele mówimy o tolerancji, otwartości na innych, to nasze postępowanie tego nie potwierdza. Mimo wszystko nie lubimy, kiedy ktoś jest inny, ma inne zdanie, podejmuje inne decyzje. Takie zachowania przenosimy na dzieci. A one potem w podobny sposób budują swoje relacje z rówieśnikami. I ten, który jest inny bywa przez nie odrzucany. 

Z tych właśnie powodów dzieci, które różnią się od swoich rówieśników czują się gorsze, inne i nieakceptowane. Tak też czuła się Ella, bohaterka książki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej. Dziewczynka nie pasowała do swoich rówieśników. Była inna i na każdym kroku było jej to wypominane. W tych oskarżeniach, krzywdzących i bolesnych, było jednak ziarno prawdy. Matka dziewczyny pochodziła ze świata wypełnionego magią. Po niej dziewczynka odziedziczyła pewne oryginalne cechy wyglądu i magiczne zdolności, które utrudniały jej życie. Zwłaszcza teraz, w okresie dojrzewania, kiedy wszystko odczuwała dużo mocniej. Zdarzało się jej, więc rzuć czar na koleżanki, które ją zdenerwowały. Właśnie z tego powodu musiała zmieniać szkoły i miejsca zamieszkania. To, że jest istotą w pewnej części magiczną nie mogło zostać odkryte. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że Ellę wychowywał jedynie tata. Człowiek z krwi i kości, który każdego dnia musiał się mierzyć z wyjątkowością swojej córki. Z własną wyjątkowością musi mierzyć się również Ella. I to w dwóch miejscach. W świecie ludzi i w świecie elfów, do którego pewnego dnia się przenosi. Czy do któregoś z nich bardziej pasuje? 


Formuła Elli zachwyca na pierwszy rzut oka. Ma przepiękną metalizowaną okładkę, która od razu zwraca uwagę. Czy piękna oprawa graficzna skrywa równie piękną i wartościową treść? Zdecydowanie tak. To bardzo dobra książka na czas, w którym przyszło nam żyć. To książka, która dodaje otuchy. Książka, która pokazuje wartość inności. Książka, która udowadnia, że inny nie jest gorszy. Inność to wyjątkowość. Cecha, którą powinno się pielęgnować i rozwijać. Może się przecież pięknie różnić i inność ludzi, których mamy wokół siebie doceniać. Wtedy łatwiej będzie nie tylko nam, ale również im. Bo inność często jest balastem. Ciężarem, z którym trzeba iść przez życie i każdego dnia się mierzyć. Historia Elli to udowadnia. Dlatego to książka dla wszystkich, którzy borykają się z własną innością i dla tych, którzy z akceptacją odmienności innych mają problem. Każdy z nich odczyta tę książkę według własnych doświadczeń, ale każdy coś z tej lektury wyniesie. To dobra propozycja na nadchodzące wakacje. Książka, którą naprawdę warto poznać.


Formuła Elli

Agnieszka Rautman-Szczepańska

HarperKids 2024

https://harpercollins.pl/
 

"Kret sam na scenie" (Wydawnictwo Zakamarki)

Są takie książki, które stają się kultowe. Białe kruki, których szukają wszyscy czytelnicy. Książki, o których wznowienie prosi się wydawnictwa, a potem niecierpliwie wypatruje ich wśród zapowiedzi. Niektóre już na zawsze zostają białymi krukami i ich wznowienia nigdy się nie ukazują. Inne mają więcej szczęścia i po kilku latach wracają na księgarniane półki i mogą cieszyć kolejnych czytelników.

Taką książką jest na pewno Kret sam na scenie. Pierwsze polskie wydanie ukazało się w 2013 roku. Kiedy nakład się wyczerpał, książka pojawiała się jedynie w serwisach aukcyjnych, a jej cena rosła i rosła. Ci, którzy chcieli tę historię poznać musieli szukać jej w bibliotekach. Tam jednak też nie było łatwo ją znaleźć. Nie pozostawało nic innego, jak liczyć na to, że w końcu jakieś wydawnictwo zdecyduje się tę książkę wznowić. I stało się Kret sam na scenie powraca na scenę literatury dziecięcej. I to w jakim stylu!


Nigdy nie czytałyśmy tej książki. Nie miałyśmy szczęścia wcześniej na nią trafić. A szkoda, bo po jej przeczytaniu wiem, że mała Tosia byłaby tą historią oczarowana. Bohaterem książki Kret sam na scenie jest sześcioletni chłopiec. Sympatyczny i rezolutny przedszkolak, który uwielbia spędzać czas ze swoim młodszym bratem. Śpiewa mu wtedy piosenki i robi różne rzeczy, które sprawiają, że maluch się śmieje. Wydaje się, że chłopiec to doskonały materiał na aktora albo piosenkarza. Nic bardziej mylnego, kiedy chłopiec dowiaduje się, że miałby wystąpić w przedszkolnym przedstawieniu, paraliżuje go strach. Nie potrafi sobie wyobrazić siebie na scenie i poradzić z paraliżującą go tremą. Nauczycielka nie chce go do niczego zmuszać. Zależy jej jednak, żeby chłopiec pojawił się na scenie choćby przez chwilę. Dlatego daje mu do powiedzenia zaledwie jedną kwestię. Zdanie, które kończy całe przedstawienie. Chłopiec się zgadza. Musi jeszcze wybrać dla siebie strój. Okazuje się jednak, że nie ma w czym wybierać. Został tylko strój kreta. Chłopiec ma ukryć się za kartonem, na którym namalowano kopiec i w odpowiedniej chwili wyjść i powiedzieć zdanie kończące przedstawienie. Niestety, trema cały czas bierze górę, a do przedstawienia coraz bliżej. Czy uda się ją pokonać? Czy chłopiec stanie na scenie i głośno wypowie swoją kwestię? 


Nie spodziewałam się, że Kret sam na scenie aż tak mnie zachwyci. Wiedziałam, że to książka kultowa, która zachwyciła już wielu. Ale aż takich emocji się nie spodziewałam. To najpiękniejsza książka o nieśmiałości i pokonywaniu swoich lęków, jaką miałam okazję czytać. W tym bohaterze każdy odnajdzie odrobinę siebie. Nawet ci najodważniejsi mają w swoim życiu takie momenty, kiedy czegoś się wstydzą albo boją. To całkowicie naturalne. Są dorośli, który na myśl o publicznym wystąpieniu dostają gęsiej skórki. Czy można z tym walczyć? Na pewno warto się tego nauczyć. Ta książka w tym pomaga. Dzięki niej dzieciom na pewno będzie łatwiej. To piękna, bardzo ciepła opowieść o dziecku, które wstydzi się trochę bardziej niż inne. O niezwykłym bracie. I zwykłych dorosłych, którzy często lekceważą dziecięce lęki. Piękna opowieść, pełna pięknych ilustracji. Dobrze, że wróciła do księgarń i może zachwycać kolejne maluchy.


Kret sam na scenie

Ulf Nilsson

ilustracje Eva Eriksson

tłumaczenie Agnieszka Stróżyk

ZAKAMARKI 2024

wiek 3+

 



"Książka o narkotykach. Nieporadnik" (Wydawnictwo AGORA)

W ósmej klasie podstawówki przeczytałam książkę My dzieci z dworca ZOO. Po tej lekturze wiedziałam, że nigdy w życiu nie spróbuję narkotyków. Dziś to, co kiedyś kojarzyło się nam z grupami nastolatków mieszkającymi na dworcach i żebrzącymi o pieniądze, zastępuje obraz młodych ludzi, którzy dzięki różnym substancjom świetnie bawią się na imprezach, lepiej i szybciej uczą. O uzależnieniu od narkotyków mówi się wiele. Równie często słyszy się, że tych, którzy biorą przed imprezą albo przy okazji przygotowań do egzaminu uzależnienie nie dotyczy. Niby tyle o nich wiemy, gdzieś z tyłu głowy każdy ma myśl, że są szkodliwe. Mimo to narkotyki ciągle zyskują nowych i grono osób od nich uzależnionych nie zmniejsza się. Dlatego o narkotykach, ich wpływie na ludzki organizm i uzależnieniu od tych substancji trzeba mówić. 

Dobrą okazją do takiej rozmowy może być najnowsza książka Bogusia Janiszewskiego. Książka o narkotykach. Nieporadnik to lektura bardzo nietypowa. Do tej pory o narkotykach pisano z perspektywy osoby, która zmagała się z uzależnieniem. Tu jest inaczej. Ta książka formą przypomina poradnik. Mnóstwo tu pytań i odpowiedzi, które krok po kroku tłumaczą czym są narkotyki. Kolejne pytania i odpowiedzi dotyczą uzależnienia od tych substancji. Autor wyjaśnia, dlaczego narkotyki uzależniają. W końcu mowa jest o tym, jak z uzależnieniem od narkotyków można walczyć. To ciekawa lektura. Napisana w znacznie bardziej interesujący sposób niż podręczniki, w których pojawiają się rozdziały dotyczące uzależnień. Ktoś mógłby powiedzieć, że ta książka może nakłonić kogoś do spróbowania narkotyków. Że ktoś, kto ją przeczyta będzie chciał jednak doświadczyć ich działania. Trudno mi się z tym zgodzić. Ta książka czytelników przed narkotykami przestrzega. Pokazuje, jak wiele zła ze sobą niosą, jak łatwo się od nich uzależnić, jak trudno z nimi zerwać.




Kupowanie tej książki w prezencie można uznać za kontrowersyjne. Jak tu, w ramach nagrody na zakończenie roku szkolnego, wręczyć uczniom Książkę o narkotykach. Nieporadnik? Myślę, że czasem warto zaryzykować i właśnie taką książkę sprezentować. To lektura ważna i wartościowa. To książka, którą warto poznać i dokładne przemyśleć. Dobrze wiemy, że młodych narkotyki fascynują i intrygują. Chcą je poznać, chcą doświadczyć na własnej skórze. Czy warto? Dorośli wiedzą, że nie. Młodych czasem trzeba zniechęcać. Trzeba im pokazać ile zła mogą narkotyki wyrządzić. I ta książka właśnie to robi. Na tle innych wyróżnia się tym, że nie moralizuje. Krok po kroku tłumaczy i wyjaśnia. Przestrzega. Jest do bólu szczera. Nie straszy, ale rzeczowo informuje. Dobrze się ją czyta, bo to jest po prostu dobrze napisana książka. Dokładnie przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Ciekawa graficznie, bo dopełniona rysunkami Maxa Skorwidera. Nie, ta książka nie jest kontrowersyjna. Ta książka powstała z troski o młodych ludzi, żeby zrozumieli i wiedzieli, że w narkotykach nie ma niczego fajnego.




Książka o narkotykach. Nieporadnik

Boguś Janiszewski

ilustracje Max Skorwider 

AGORA 2024

https://wydawnictwoagora.pl/