Gra(my) w piątki: "Simsala Spin" (Wydawnictwo EGMONT)

Lubię gry, które mają proste zasady. Długie czytanie instrukcji bardzo mnie zniechęca i sprawia, że przechodzi mi ochota na rozgrywkę. Pewnie dlatego najchętniej gram w "Chińczyka", bo rozgrywka jest prosta, a jednocześnie emocjonująca. Zasady są przejrzyste i wszyscy świetnie się przy tej grze bawią. Nie ma tam miejsca na domysły, własne interpretacje zasad. W niektórych grach są one tak skomplikowane, że pierwsza rozgrywka nie sprawia żadnej przyjemności, a na kolejną nie mamy już ochoty. Na szczęście gra Simsala Spin do takich gier się nie zalicza.

Na pudełku widzimy adeptów sztuki magicznej, którzy przygotowują jakąś miksturę. Z kociołka wydobywają się zielone bąbelki, magiczna księga otwarta jest na właściwej stronie. Wokół kręcą się zwierzęta, każde ma przy sobie coś, co może być składnikiem eliksiru. Jaka będzie w tym wszystkim rola graczy? Żeby się tego dowiedzieć trzeba otworzyć pudełko. Wewnątrz znajdziemy sporo tekturowych elementów. Z jednych złożymy kociołek, z innego Kryształ Czarownicy. Jest też 12 przepisów na eliksiry i jeden Mistrzowski Przepis. Kociołek i Kryształ Czarownicy trzeba przed rozpoczęciem rozgrywki złożyć. Wokół kociołka układamy 12 żetonów z wizerunkami składników (identyczne składniki kładziemy parami obok siebie). Na kociołku kładziemy Mistrzowski Przepis. Na nim kładziemy kolejne przepisy (sposób ich ułożenia podopowiada tabela, która znajduje się w instrukcji gry). Na stole układamy również żetony z wizerunkiem butelek. Grę rozpoczyna najmłodszy gracz. Kładzie on przed sobą Kryształ Czarownicy, który jest sygnałem tego, że gra właśnie się rozpoczęła. Teraz trzeba zapamiętać układ żetonów ze składnikami, które znajdują się wokół kociołka. Teraz wszyscy gracze muszą policzyć do siedmiu i odwrócić żetony obrazkami do dołu. Następnie należy spojrzeć na pierwszy przepis umieszczony na kociołku. Widać na nim składniki potrzebne do stworzenia eliksiru. Trzeba spróbować odnaleźć je wśród obrazków znajdujących się wokół kociołka. Żeton odkrywa osoba, która ma przed sobą Kryształ Czarownicy. Jeśli odkryje prawidłowy żeton, zostawia go na stole. Jeśli nie, musi odwrócić żeton, a dodatkowo odwrócić jedną butelkę z ikoną eksplozji. Zarówno po prawidłowo, jak i po błędnie odsłoniętym żetonie, Kryształ Czarownicy przekazujemy osobie po naszej lewej stronie. Kiedy odkryjemy wszystkie potrzebne składniki, odwracamy przepis. Na niektórych znajdują się symbole, które wprowadzają dodatkowe elementy rozgrywki (szczegółowo opisano je oczywiście w zasadach gry). Gramy tak długo aż dotrzemy do Przepisu Mistrzowskiego. Kto wygrywa? 




W tej grze nie ma wygranych i przegranych. To gra zespołowa, w której wszyscy dążą do realizacji celu. Nikt nikogo nie wyprzedza, nikt nikomu niczego nie zabiera. Gramy razem i wszyscy dobrze się przy tym bawimy. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie innej gry, w której tak promowana byłaby współpraca. Gry, w której liczyłoby się wspólne osiągnięcie celu. To podoba mi się w niej najbardziej! Simsala Spin okazała się grą bardzo oryginalną. Jest ciekawa, sporo się w trakcie rozgrywki dzieje. W trakcie rozgrywki gracze ćwiczą pamięć i spostrzegawczość. Dzieciom na pewno się to spodoba. Do gustu przypadnie im również oprawa graficzna gry. Dużo kolorów, wizerunki zwierząt i składników eliksirów. Miło się na tę grę patrzy i jeszcze lepiej się w nią gra!




Simsala Spin

liczba graczy: 2-5

wiek: 5-105

czas rozgrywki 15 minut 

Reiner Knizia & Martino Chicchiera 

ilustracje Michael Menzel

EGMONT 2026


 https://egmont.pl/

 

Gra(my) w piątki: "Na ratunek!"/"Sfinks" (Wydawnictwo EGMONT)

Wiosna nadchodzi. Tego chyba wszyscy jesteśmy pewni. Coraz częściej będziemy wychodzić na długie spacery albo wyjeżdżać na wycieczki. Dni będą się wydłużać i zachęcać do spędzania czasu na zewnątrz. W domu nikt nie będzie chciał zbyt długo siedzieć. A ja chcę, jakby na przekór temu wszystkiemu, pokazać Wam dziś gry! Czy ktoś, przy tak pięknej pogodzie, będzie chciał w nie grać? Myślę, że tak!


Gry Na ratunek! i Sfinks nie zostały zamknięte w dużych pudełkach. Kryjące je kartoniki są tak małe, że z powodzeniem można zabrać je ze sobą wszędzie. Niemal wszędzie można też w nie grać. Na ratunek! to gra adresowana do dzieci od piątego roku życia. W pudełku znajdują się kafelki z wizerunkami pojazdów ratunkowych i wypadków. Gra polega na dobieraniu w pary pojazdów ratunkowych i wypadków, do których powinny przyjechać. W pudełku są też kafelki fałszywych alarmów, które trzeba potasować z kafelkami wypadków i ułożyć obrazkami do dołu na stole, na którym gramy. Przed rozpoczęciem rozgrywki gracze dostają zestaw czterech pojazdów ratunkowych. Otrzymują także jeden znacznik zakazu. Z boku stołu trzeba położyć żetony alarmu. Gracz, który rozpoczyna rozgrywkę odsłania dowolny pojazd i dowolny kafelek ze środka stołu. Jeśli pasują - gra dalej, jeśli nie - kończy swoją turę. Jeśli trafi na żeton fałszywego alarmu musi odwraca ten żeton i pojazdy, które odkrył w tej turze. Zwycięzcą zostaje ten, kto jako ostatni zostanie w grze. Gra może się też zakończyć, kiedy na stole zostaną 4 kafelki fałszywego alarmu. Zasady nie są trudne, a sama rozgrywka jest bardzo szybka i interesująca, więc dzieciom (i ich rodzicom) Na ratunek! bardzo się spodoba.





Gra Sfinks adresowana jest do nieco starszych dzieci. Żeby w nią zagrać nie trzeba znać się na świecie starożytnym. Tytułowy Sfinks ma tu znaczenie symboliczne. W pudełku znajdziecie notes z wizerunkiem piramidy i dwie kostki. Przed rozpoczęciem rozgrywki, każdy gracz dostaje jedną kartkę. Na początek jeden z graczy (według instrukcji ten, który ostatnio wchodził po schodach) rzuca kostkami. Jeśli wypadną dwie cyfry, to gracz układa z nich liczbę i mówi ją na głos. Tę liczbę wpisuje w kratki jednej z trzech budowli, które znajdują się na jego karcie. Jeśli jedna z kostek wskaże symbol rzeki to każdy z graczy może stworzyć liczbę (używając cyfry z kostki i cyfry z pola Nilu (te znajdują się na każdej karcie). Jeśli symbol Nilu pojawi się na dwóch kostkach, trzeba rzucić jeszcze raz. Gra kończy się, kiedy pierwszy z graczy wypełni całą piramidę liczbami (wizerunek Sfinksa i obelisku nie muszą być wypełnione). Gracze sumują punkty według zasad opisanych szczegółowo w instrukcji. Wygrywa oczywiście ten, który ma najwięcej punktów.




 

Często wydaje mi się, że gry rodzinne niczym mnie już nie zaskoczą. I często tak się rzeczywiście zdarza. Są jednak takie, które zaskakują. Oryginalnym pomysłem, nietypowymi zasadami albo ciekawym sposobem wykonania. Gry Na ratunek! i Sfinks mnie zaskoczyły. W tej pierwszej spodobał mi się pomysł. Można połączyć zabawę z nauką. Nie tylko grać w tę grę, ale przy okazji porozmawiać na temat samochodów ratunkowych i wypadków, które mogą mieć miejsce. W drugiej grze spodobał mi się pomysł z tworzeniem liczb na podstawie rzutów kostką. Przyda się tu szczęście, ale i strategia. Za pierwszym razem zdacie się pewnie na przypadek, ale każda kolejna rozgrywka będzie już budowaniem strategii.  Jestem pewna, że te gry przypadną Wam do gustu i chętnie zapakujecie je do plecaka jadąc na pierwszą wiosenną wycieczkę. Dzięki nim czas spędzony poza domem będzie jeszcze przyjemniejszy.

Te i inne gry znajdziecie na 


 https://egmont.pl/

Gra(my) w piątki: "Koty w butach" (Wydawnictwo EGMONT)

Większość osób jesienne wieczory najchętniej spędza w domowym zaciszu. Szybko zapadający zmrok sprzyja wyciszeniu, nadrobieniu zaległości w oglądaniu filmów, czytaniu książek. Można rozwinąć umiejętności kulinarne, zacząć rozwijać nowe pasje. Można też grać w gry! Te, które znamy od lat i bardzo lubimy oraz te nowe, które dopiero pojawiły się na rynku. Ani jednych, ani drugich nie brakuje. Bez trudności można łączyć to, co lubimy i to, co nowe. Te nowe to bardzo dobry pomysł na prezent!


Prezent nie musi być przecież ani duży, ani drogi. Liczy się gest, liczy się pomysłowość. Gra Koty w butach pomysłowa na pewno jest. W niewielkim pudełku znajdziemy 21 kart z kotami, 5 kart z łapką kota i dwie kostki. Żeby rozpocząć grę musimy pomieszać i ułożyć na stole (w losowej kolejności) wszystkie karty (te z wizerunkiem kota i te z odciskiem łapki). Kolorowe kostki wręczamy najmłodszemu uczestnikowi rozgrywki. To on rzuca jako pierwszy. Kolory, które zostały wylosowane wskazują nam, którego kota musimy złapać. Kolory wylosowane przez kostki muszą zgadzać się z kolorem butów i tego, co kot ma na głowie. Inne elementy kociej stylizacji nie są brane pod uwagę. Proste? Proste! Oprócz spostrzegawczości niezbędny będzie tu również refleks. Punkt zdobywa ten gracz, który jako pierwszy położy rękę na właściwej karcie. W nagrodę zabiera tę kartę ze stołu i rzuca kostkami w nowej rundzie. Wygrywa ten, kto na końcu gry zgromadzi najwięcej kart. Trzeba jednak cały czas być czujnym, bo kiedy kostki wskażą konfigurację kolorów, której nie ma już na stole, gracze łapią kartę z łapką (z najniższą dostępną wartością) i zabiera kartę z kotem we wskazanych kolorach, która leży przed innym graczem. Cała rozgrywka trwa około 15 minut. Niedługo, więc w Koty w butach można zagrać kilka razy jednego wieczora.




Komu spodoba się gra Koty w butach? Myślę, że wszystkim (z wyjątkiem tych, którzy kotów nie lubią). Zasady są proste, żeby je zrozumieć nikt nie musi przez kilkanaście minut wczytywać się w instrukcję. Rozgrywka nie jest długa, więc nikt się nią nie znudzi. Poszczególne elementy gry są bardzo ładne, więc nie tylko dobrze się nimi gra, ale również na nie patrzy. Taka gra to doskonały pomysł na prezent dla dziecka na (chyba) każdą okazję. Świetnie sprawdzi się w domu, w szkolnej świetlicy, na wycieczce i wakacjach. Jest nieduża, więc można ją bez problemu ze sobą zabrać. Do grania w nią nic więcej nie jest potrzebne. Czasem proste jest najlepsze i w przypadku gry Koty w butach ta zasada sprawdziła się w 100%!



 

Koty w butach

Reiner Knizia

ilustracje Piotr Sokołowski

liczba graczy: 2-4

czas rozgrywki: 15 minut

wiek graczy: 8-108 lat

EGMONT 2025 


 https://egmont.pl/

Gra(my) w piątki: "Dinofarma" (Wydawnictwo EGMONT)

Aż trudno uwierzyć, że dobiega końca pierwszy tydzień nowego roku szkolnego. Jeszcze tydzień temu dzieci cieszyły się ostatnimi chwilami wakacji, a dziś wiele z nich na dobre zadomowiło się w swoich szkołach albo przedszkolach. Spędzą tam najbliższe dziesięć miesięcy. Dużo się nauczą, nabiorą wiele nowych umiejętności. Po powrocie do domu na pewno będą mieli wiele do opowiedzenia i będą chcieli spędzić czas z rodzicami. W jaki sposób? Każda rodzina ma na pewno własne rytuały. Jedni oglądają filmy, inni czytają książki, jeszcze inni grają w gry. I właśnie dla tej ostatniej grupy mam dziś propozycję.


Dinofarma to gra rozmiarowo bardzo niewielka. Małe kwadratowe pudełko kryje w sobie grę, w którą grać mogą dzieci od piątego roku życia. Do gry niepotrzebne jest wiele elementów. Wystarczą karty z dinozaurami i dwie kostki. Karty, przed rozgrywką, musimy potasować i rozłożyć na stole (szybko zauważycie, że na większości z nich są wizerunki dinozaurów, na kilku odciski łap dinozaura). Grę rozpoczyna najmłodszy gracz. To on jako pierwszy rzuca kostkami. Ważne, żeby każdy miał możliwość zobaczyć, co wyrzucił. Tu liczy się szybkość. Zaraz po tym, jak najmłodszy gracz rzuci kostkami, wszyscy starają się złapać kartę z dinozaurem w kolorach wskazanych przez kostki kolorach. Ten, kto zrobi to najszybciej, zatrzymuje kafelek, na którym położył rękę. Jeśli nie ma już na stole karty we wskazanym kolorze, trzeba złapać łapę dinozaura z najmniejszą dostępną wartością. Gramy tak długo, aż ze stołu znikną wszystkie kafelki. A wygrywa ten, kto ma ich najwięcej (zarówno kart z dinozaurami, jak i łap).


 

Zasady gry Dinofarma są proste, a rozgrywka jest szybka i dynamiczna. To gwarantuje świetną zabawę. Nikt nie będzie musiał długo wczytywać się w zasady gry, żeby je zrozumieć. Są proste i zrozumiałe nawet dla najmłodszych graczy. Dzięki temu przy grze dobrze bawią się wszyscy. Do gry, oprócz tego, co znajduje się w pudełku, przydadzą się na pewno refleks i spostrzegawczość. Warto skupić się na rozgrywce, żeby zdobyć w niej jak najwięcej punktów. A jeśli nie uda się wygrać w pierwszej rozgrywce, zawsze można zagrać po raz drugi. Może wtedy dopisze nam szczęście!

 

Dinofarma

liczba graczy 2-4

czas rozgrywki 15 minut

wiek 5-105 lat

EGMONT 2025 


 https://egmont.pl/

Gra(my) w piątki: "Pino Postiono. Szalony wyścig przez knieje" (Wydawnictwo EGMONT)

Słoneczny długi weekend zachęcił wiele osób do wyjazdu. Po zimnym i deszczowym lipcu przyszły w końcu upały. Trzeba się nimi nacieszyć, bo rozpoczęcie roku coraz coraz bliżej. Doskonale wiem, że są jednak ludzie, którzy upałów nie lubią i w takie dni zaszywają się w domu. Dziś mam coś specjalnie dla nich. Coś, co umili czas spędzany w domu. I coś, co jesienią i zimą przyda się wszystkim, bo przecież wielu z nas uwielbia relaks przy rodzinnych grach!


Pino Postino. Szalony wyścig przez knieje to gra, która sprawdzi się w każdej rodzinie, w której są dzieci w wieku szkolnym. Jej twórcy adresują ją do graczy od siódmego roku życia. Czym Pino Postiono wyróżnia się na tle innych gier? Długo mogłabym wymieniać. Zacznę od historii, którą ta gra opowiada. Wszystko zaczęło się od kontuzji, która dopadła królewskiego sokoła pocztowego. Pino Postino złamał skrzydło! Trzeba szybko znaleźć dla niego zastępstwo. Musi to być ktoś odpowiedzialny i godny zaufania, ponieważ król i królowa często powierzali mu bardzo ważne (i tajne) misje. Godny zastępca musi być szybki. Nie powinien zwracać na siebie uwagi. Do walki stają Jeleń, Dzik, Królik, Niedźwiedź i Lis. Wizerunek każdego z nich widać na drewnianym pionku. Oprócz nich w pudełku znajdują się również kafelki miejsc, karty i trzy puzzle brzegowe planszy. Te ostatnie trzeba połączyć ze sobą przed rozpoczęciem gry. Wewnątrz brzegu planszy, który powstał w wyniku połączenia puzzli, układamy (losowo) z kafelków dwa rzędy (jedyne wymaganie to, żeby na początku znalazł się kafelek Start, a na końcu Meta). Na kafelku Start układamy wszystkie pionki zwierząt (zawsze pięć, bez względu na to, ile osób bierze udział w rozgrywce). Każdy z graczy otrzymuje po jeden z pięciu kart Tajnych Zwierzaków, jeden zestaw pięciu kart do Zgadywania (znajdują się na nich wizerunki Jelenia, Dzika, Królika, Niedźwiedzia i Lisa) oraz trzy Karty Terytoriów (resztę odkładamy obok planszy). Sporo, prawda? Ale w instrukcji wszystko zostało zrozumiale opisane, więc nikt nie będzie miał wątpliwości, co jest potrzebne do gry. Instrukcję warto mieć pod ręką, bo tam znajdziecie informację o tym, które zwierzęta mogą się poruszać po którym terytorium. Tak przygotowani możemy przystąpić do gry! Gracze dobierają Karty Terytorium. W ręce mają już cztery i grają jedną z nich. Do przodu przesuwają wszystkie zwierzęta, które widzą na zagranej karcie. Gramy wszystkimi pionkami i wszystkie zwierzęta mogą się przesuwać. Gra kończy się, kiedy wszystkie zwierzęta dotrą do kafelka Meta. Czy przy takich zasadach gry można wskazać zwycięzcę? Można. Mamy przecież Karty Tajnego Zwierzęcia. A do tego, po tym, jak wszystkie zwierzęta dotrą na metę, odbywa się wielkie odgadywanie Tajnych Kart. To dodatkowa atrakcja, która nieco wydłuży, ale również uatrakcyjni rozgrywkę.




Gier na rynku dostępnych jest wiele. Jedne szybko zyskują wierne grono fanów, inne muszą na to poczekać znacznie dłużej. Jeszcze inne zostają błyskawicznie zapomniane. Do której gry trafi Pino Postino? Moim zdaniem dzieciom i rodzicom gra się spodoba. Zasady nie są banalne. Dzięki temu nawet nieco starsi będą musieli trochę pogłówkować. Zasady mogą zaskoczyć, ale nikogo nie powinny zniechęcić. Sama rozgrywka nie jest długa (powinna zająć Wam kwadrans), więc nikt tą grą nie znudzi się ani nie zniechęci. Warto też podkreślić, że wszystkie elementy gry są bardzo starannie wykonane i po prostu miłe dla oka. No, i ta historia, którą ta gra opowiada. Wszystko tu pięknie składa się w całość. I sprawia, że ta gra może w najbliższym czasie zawojować nasze domy!



 

Pino Postiono. Szalony wyścig przez knieje

liczba graczy 2-4

czas rozgrywki 15 minut

wiek graczy 7-107

EGMONT 2025 

https://egmont.pl/
 

Gra(my) w piątki: "Polowanie na robale" (Wydawnictwo EGMONT)

Ze swojego dzieciństwa pamiętam jedną grę, która nie była szachami, warcabami albo inną klasyczną grą, która w niezmienionej formie przetrwała do dziś. Nie przypominam sobie, żeby półki w sklepach z zabawkami uginały się od nowych gier. W domach moich rówieśników rzadko udawało mi się znaleźć gry, których nie znałam. Myślę, że gry nie były wtedy aż tak popularne. Dziś są na szczycie. Jeśli ktoś chce zagrać w coś nowego, ma w czym wybierać, bo w każdym miesiącu ukazuje się mnóstwo nowych i ciekawych gier.


Są to nie tylko popularne planszówki, ale również gry karciane. Jest ich wiele i każdy ma szansę znaleźć taką, która spodoba mu się najbardziej. Wybierać można spośród gier, które są na rynku już od dawna. Można też regularnie wypatrywać nowości i wybierać spośród nich te, które wydadzą nam się najciekawsze. Każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie. Coś, co odpowiada jego zainteresowaniom, umiejętnościom, liczbie graczy, która ma ochotę wziąć udział w rozgrywce. Ja dziś mam dla Was grę, w którą jednocześnie mogą grać cztery osoby powyżej 8. roku życia. W niewielkim pudełku kryje się kilkadziesiąt kart. Na nich zobaczycie robaki, kurczaki, Matkę Kwokę, a nawet traktor! Karty podzielić można na cztery kategorie. Do rozgrywki będą nam potrzebne wszystkie ich rodzaje. Najpierw każdy z graczy wybiera kolor, którym będzie grać i bierze do ręki komplet kart kurczaków w tym kolorze. Reszta kurczaków (jeśli w rozgrywce bierze udział mniej niż 4 zawodników, trafia do pudełka). Kolejny krok to potasowanie i ułożenie kart Matek Kwok. Z ich stosu musimy odkryć i ułożyć obok w równym rzędzie po jednej karcie dla każdego gracza biorącego udział w rozgrywce. Potem każdy z graczy bierze jedną kartę kurczaka i kładzie ją zakrytą przed sobą. Kartę odkryje dopiero, kiedy wszyscy biorący udział w rozgrywce wezmą swoje karty. Kto trafił na kartę o najwyższej wartości, zabiera kartę z pozycji 1 (z tych, które na początku ułożyliśmy w rzędzie). Pozostali gracze zabierają karty z kolejnych miejsc (kolejność zabierania zależy od wartości karty, którą odsłonili). Gra trwa dziewięć rund. Gracze sumują zdobyte punkty. Wygrywa oczywiście ten, kto ma ich najwięcej.




Krótko przybliżyłam Wam zasady gry Polowanie na robale. W dołączonej do gry instrukcji opisano je oczywiście dokładniej, bo w trakcie każdej rozgrywki mogą się zdarzyć sytuacje, które wymagają dodatkowego objaśnienia. Czy zasady tej gry są trudne? Moim zdaniem nie i to jest ogromny atut tej karcianki. Nie lubię gier, do których instrukcje trzeba czytać godzinami, a na końcu i tak okazuje się, że graliśmy niezgodnie z zasadami. Tu nic takiego nie powinno mieć miejsca. Tu każdy powinien się dobrze bawić. Rozgrywka nie jest długa, więc nikt nie będzie się przy niej nudzić. Graczom przyda się spostrzegawczość, umiejętność wyciągania wniosków i tworzenia taktyki. Pierwsza rozgrywka na pewno będzie "rozpoznawcza", ale każda kolejna sprawi, że uczestnicy gry będą mieli już własny sposób na jej najlepsze rozegranie. Oprócz ciekawego pomysłu podoba mi się w tej grze coś jeszcze. Jej kompaktowy rozmiar. Dzięki temu można ją wszędzie ze sobą zabrać i grać w nią prawie w każdym miejscu. Świetnie sprawdzi się na krótszych i dłuższych wyjazdach. Dobrze bawić się przy niej będą całe rodziny. Sprawdźcie, czy i Wam Polowanie na robale przypadnie do gustu. Coś czuję, że ta gra na pewno Wam się spodoba! 


 

Polowanie na robale

liczba graczy: 2-5

wiek 8+

EGMONT 2025 


Gra(my) w piątki: "Goblin Coaster" (Wydawnictwo EGMONT)

Gry planszowe z czasów mojego dzieciństwa kojarzą mi się z emocjonującymi, ale jednak (z czasem) powszedniejącymi rozgrywkami. Niewiele z nich dawało szansę na różnorodne rozgrywki i tworzenie różnych scenariuszy gry. Gry, które pamiętam z dzieciństwa ograniczały się najczęściej do rzucania kostką i przesuwania pionków po kolejnych polach planszy. Nie jest to oczywiście nic złego. Uwielbiałam te gry i wiele z nich do dziś wspominam z sentymentem. Ale czasy się zmieniły i zmieniły się także gry.

Ci, którzy je lubią i chętnie poznają nowe. Wybór mają duży, bo nowe gry ukazują się regularnie. Zawsze zaskakuje (i zachwyca) mnie to, jak bardzo te gry się od siebie różnią. Nie trafiłyśmy jeszcze ani razu na dwie takie same gry. Nie trafiłyśmy na gry, które byłyby do siebie bardzo podobne. Różnice między nimi są widoczne gołym okiem. A kiedy zaczynamy czytać instrukcje i przyglądać się wszystkim elementom, widzimy jak wiele pracy twórcy musieli włożyć w ich stworzenie. Kiedy po raz pierwszy otworzyła pudełko gry Goblin Coster nie mogłam przestać się nią zachwycać. Gra robi wrażenie od samego początku. Zaskakuje mnogość elementów, zachwyca staranność ich wykonania i piękna grafika. W pudełku znajdują się różne kafelki, które są fragmentami torów, kafelki z narzędziami, które będą potrzebne w trakcie rozgrywki, znaki bezpieczeństwa i dwie klepsydry. Zanim rozpoczniemy grę trzeba je wszystkie wyjąć i przygotować. Na początek układamy na stole kafelek rampy start-meta (na nim stawiamy klepsydrę) oraz początkowy fragment torów. W tym momencie musimy podjąć decyzję, w który wariant gry chcemy grać. Od tego zależy, które klocki będziecie musieli umieścić w woreczku, a które odłożyć na bok. W pierwszym, najprostszym wariancie gry potrzeba ich najmniej. Myślę, że właśnie od niego dobrze jest zacząć, żeby najlepiej zrozumieć zasady tej gry. Te są dość proste, chodzi o to, żeby zbudować Goblińską Kolejkę Górską. Do jej stworzenia potrzebne są tory. Te znajdują się w woreczku, z którego gracze będą wyjmować kolejne elementy. Proste? Tylko na pierwszy rzut oka. Kafelki torów przypominają puzzle. Żeby znaleźć ten właściwy trzeba się czasem długo naszukać. Czy to źle? Oczywiście, że nie. To tylko czyni całą zabawę jeszcze ciekawszą i bardziej emocjonującą. A jeśli komuś emocji będzie mało, może zacząć grać w kolejne warianty Goblin Coaster. Jest ich aż 5. Każdy kolejny jest trudniejszy i bardziej wymagający. 




Różnorodność wariantów tej gry sprawia, że trudno się nią znudzić. Z tego samego powodu jest dobrą propozycją i dla dzieci, i dla dorosłych. Ani mali, ani duzi nie będą się przy niej nudzić. Rozgrywka jest ciekawa i emocjonująca. A element przypadkowości i zaskoczenia sprawia, że każda rozgrywka jest inna. Trudno w niej cokolwiek przewidzieć i zaplanować. Gra uczy współdziałania, bo Goblińską Kolejkę Górską buduje się wspólnie. Wygrywa albo przegrywa cała grupa. Ważny jest cel i wybudowanie kolejki. To można zrobić jedynie w grupie. Dzięki tym zasadom Goblin Coaster jest prawdziwą grą drużynową. W tej drużynie dla każdego znajdzie się miejsce i każdy gracz będzie niezbędny. To świetna lekcja współdziałania. I świetny prezent dla rodzeństwa z okazji nadchodzących Świąt. Gra adresowana jest do dzieci od ósmego roku życia, więc jeśli macie takie dzieci w rodzinie i nie wiecie, co im podarować, przyjrzyjcie się dokładnie tej grze. Jestem pewna, że prezent okaże się trafiony!




Goblin Coaster

liczba graczy: 2-6

czas rozgrywki: 20 minut

wiek graczy: 8-108 lat

EGMONT 2024

https://egmont.pl/