O soli, cukrze i spacerach

Dyskusja o szkolnych sklepikach, o cukrze i soli w przedszkolnych obiadach trwa, codziennie wpada w moje ręce jakiś artykuł dotyczący tej, bulwersującej rodziców, uczniów i właścicieli sklepików, sprawy. To ja też dorzucę swoje trzy grosze!

Moje dziecko jadło i je. Ma swoje preferencje, ma rzeczy, których absolutnie nie spróbuje, ma takie, które może nie jeść tygodniami, a potem wygłodniała rzuci się na nie i je codziennie przez jakiś czas. Nie bronię jej, to jej kubki smakowe, jej kulinarne zachcianki. Prawie codziennie zjada jakąś małą słodycz.  Jednak o tym, co znajdzie się w lodówce decydujemy my - rodzice. Oczywiście na zakupach dajemy jej jakieś rzeczy do wyboru i kupujemy jej to na co sama się zdecyduje, ale ponieważ nie umie jeszcze czytać i nie ma specjalnej wiedzy dotyczącej chemii ładowanej do jedzenia, to my przeprowadzamy selekcję. Nie chodzi nam nawet o izolowanie jej od rzeczy niezdrowych (bo z nimi i tak, prędzej czy później się spotka), ale o to, żeby nie piła słodzonego soku, jeśli ten jednodniowy smakuje jej tak samo, a jest zdrowszy i ma dużo lepszy skład. Mam nadzieję (a może łudzę się?!), że dzięki temu sama będzie dokonywała trafnych wyborów, kiedy bez naszej asysty przekroczy próg sklepu. Dlatego bez niepokoju przyjmuję to, co napisano w rozporządzeniu ministra zdrowia (które w całości przeczytałam), Tosia z przedszkola głodna nie wraca, nie narzeka również na to, że tamtejsze jedzenie przestało jej smakować. A kiedy pójdzie do szkoły to?

Ostatnio zapytaliśmy ją, co kupiłaby sobie do jedzenia w szkolnym sklepiku, kiedy już przekroczy próg wymarzonej szkoły, pomyślała chwilę i oznajmiła: "Kanapkę". Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, więc pytałam dalej, bo może z kremem czekoladowym miałaby ochotę tę kanapkę zjeść. I tu kolejne zaskoczenie, ponieważ po kilku sekundach namysłu oznajmiła, że tę kanapkę zjadłaby najchętniej z serem i papryką. Miód na moje matczyne serce! I czoła chylę przed przedszkolem, które raz w tygodniu na podwieczorek, kładzie przed nimi ciemny chleb, ser, sałatę, paprykę, pomidory i ogórki i zachęca małych smakoszy do własnoręcznego przygotowania kanapek. Odnoszę wrażenie, że to ulubiony podwieczorek mojego dziecka i żadne herbatniki, banany i jogurty nie mogą go pokonać. Takie kanapki pozwalaliśmy jej robić na wakacjach i znikały z talerza błyskawicznie, a Tosia cieszyła się z możliwości wyboru i kolorowych śniadań. 
Nie mamy specjalnego problemu z jedzeniem przez nią warzyw w każdej formie, ale wierzę, że są rodzice, którzy muszą walczyć o każdą zjedzoną paprykę albo marchewkę. Z czego to wynika? Nie wiem, może z nawyków, które maluchy wynoszą z domu. My, dorośli, jemy szybko, często nie zwracając uwagi na to, co ląduje na naszych talerzach i w naszych żołądkach. Czytając artykuły poświęcone rozporządzeniu ministra zdrowia trafiałam na wypowiedzi dyrektorów i nauczycieli, którzy wspominali o tym, że ich uczniowie przychodzą do szkoły bez śniadania, bo w domu nikt ich tych śniadań jeść nie nauczył. Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma im kto tych kanapek przygotować, bo rodzice spieszą się do pracy, bo nie ma ich w domu, kiedy dzieci wychodzą. Moich rodziców też nigdy nie było, ale na stole stał talerz, a na nim kilka kanapek przygotowanych przez mamę albo tatę, które miałam zjeść przed wyjściem do szkoły. Swojemu dziecku też mogę takie przygotować, skoro teraz przed wyjściem z domu i tak zjada podaną przez któregoś z nas kanapkę. Nie chcemy, żeby wychodziła z domu z pustym żołądkiem i godzinę czekała na przedszkolne śniadanie. Przeraziła mnie, więc wypowiedź licealistki, która powiedziała, że przed wyjściem do szkoły nie je nic, a od kiedy w sklepiku nie ma drożdżówek, to w szkole również nie je i po lekcjach zjada pizzę...

Z tym zdrowym jedzeniem jest jak z czytaniem książek. Wszyscy dziwią się, że Tosia zna wiele słów, mówi długimi i pełnymi zdaniami. Owszem, ale niemal od urodzenia czytaliśmy jej książki, więc miała szansę te słowa i zasady budowania zdań poznać. I tak samo jest z ostatnią kwestią, którą chciałam poruszyć, czyli ze spacerami albo mówiąc szerzej z chodzeniem. Dzieci dziś nie chodzą, na zebraniu w przedszkolu nauczycielka narzekała, że nie mogą chodzić na dłuższe spacery, niż wokół przedszkola, bo dzieci nie chcą chodzić i narzekają na zmęczenie. Rodzice nie byli nawet zdziwieni, więc muszą zdawać sobie z tego sprawę. Nie wiem, czy my chodzimy dużo, ale Tosia na pewno jest wytrwałym piechurem i chodzić lubi, udowodniła to w tym roku wielokrotnie. Okazuje się jednak, że jest wyjątkiem. Od początku września jeździmy do przedszkola autobusem, ale większość dzieci (żeby nie powiedzieć wszystkie) przyjeżdżają samochodem. Trudno tutaj winić rodziców, którzy spieszą się do pracy, ale podejrzewam, że weekendy wyglądają podobnie i na zakupy, na basen, czy do kościoła. A szkoda, bo taki zwykły spacer, to czasem niezwykła przygoda.

Terror żywieniowy

Przeglądając ostatnio blogi i fora poświęcone dzieciom zauważyłam, że matki karmiące piersią zostały zastąpione matkami ekolożkami. Słodycze, białe pieczywo i parówki to ich wróg numer jeden.

Tosia swoją przygodę z jedzeniem rozpoczęła od ugotowanej w domowym zaciszu marchewki, którą zjadła w swoim bujaczku podczas niedzielnego obiadu. Potem jadła obiady ze słoika, kiedy zaczęły pojawiać się wiosenne warzywa sama przygotowywałam dla niej posiłki. Jadła z apetytem wszystko, co dostawała. Potem poszła do żłobka, wyposażona była w domowe obiadki i przekąski. Najczęściej były to zupki-papki. W tamtych czasach BLW dopiero raczkowało, wiedziałam, że coś takiego istnieje, ale nie chciałam tak karmić dziecka, nie ukrywam jednak, że co jakiś czas dostawała warzywa/owoce we własne łapki i mierzyła się z jedzeniem sama.
Mimo tego, że Tosia jadła papki szybko opanowała posługiwanie się widelcem i łyżką oraz samodzielne jedzenie. W zasadzie nie robiła przy tym bałaganu, nigdy po jedzeniu nie było konieczności kąpania. Nikt nigdy nie krytykował naszego sposobu żywienia dziecka, nikt też nie zmuszał i nie nakłaniał do zmiany nawyków.
Dzisiaj Tosia je niemal wszystko (jak każdy człowiek ma swój gust i niektórych rzeczy po prostu nie lubi), korzysta z widelca, łyżki i, zdarza się, że także noża. Ma patent na jedzenie kanapek z pomidorem i niesforne plasterki nie spadają z chleba. Nie rozlewa zupy. Nie potrzebuje śliniaka. To wszystko osiągnęła bez BLW.
Nie chcę negować tego sposobu żywienia dzieci, wiem jednak, że przy drugim dziecku na pewno nie korzystalibyśmy z niego. Nie mogę patrzeć na bałagan, który przy tym powstaje i nie wydaje mi się, żeby widok umorusanego szpinakiem bobasa sprawiał mi przyjemność i dawał satysfakcję. Mamy karmiące swoje dzieci w ten sposób podziwiam za cierpliwość i kreatywność. I trochę zazdroszczę czasu na gotowanie. Ja mam go tylko w weekendy, wtedy możemy rozkoszować się wspólnymi chwilami spędzonymi w kuchni. Pieczemy zazwyczaj jakieś ciasto, przygotowujemy koktajl, sałatkę albo smażymy naleśniki. Z jakich składników?  Normalnych, żadne eko-sklepy. Jajek nie szukamy u wiejskich kur, po marchewkę idziemy do osiedlowego warzywniaka albo na rynek, mięso nie musi pochodzić od szczęśliwej świni (raczej nie była szczęśliwa umierając)...
Tosia, jeśli tylko sobie tego zażyczy, dostanie na śniadanie parówkę (z dużą zawartością mięsa i krótką listą składników). Na deser może zjeść kawałek czekolady, którą zagryzie najczęściej jabłkiem. Lubi surową i  gotowaną marchewkę, dałaby się pokroić za paprykę i pomidora, wyczekuje truskawek i malin. Wszystko ze zwykłych sklepów i ryneczków. W przedszkolu jest jednym z chętniej jedzących dzieci, ale nie lubi pierogów i bułek z miodem (ten miód ma na pewno po mnie). Na wszystko jest u nas miejsce i czas, nie ma opcji jedzenia czekolady zaraz po przebudzeniu, przed obiadem albo zamiast kolacji. Gdyby miała do wyboru marchewkę, czekoladę i jabłko, pewnie nie wybrałaby żadnej z tych rzeczy, tylko uparcie walczyła o wszystkie. Takie to już dziecko!


Czy dawać dziecku słodycze?

Odwieczny dylemat wszystkich rodziców.
My dajemy. Nasze dziecko nie ma problemów z jedzeniem. Je wszystko, ma oczywiście rzeczy, których nie lubi, ale do ich jedzenia po prostu jej nie zmuszamy. Dorośli też mają swoje smaki, dlaczego dziecko miałoby pochłaniać wszystko jak najnowszy model odkurzacza?
Słodycze są u nas w domu zawsze. Uwielbiamy czekoladę, wafelki, ciastka itp. Sama bardzo dużo piekę, więc w każdy weekend (a czasem częściej) mamy domowe ciasto. W granicach rozsądku Tosia może spróbować wszystkiego. Dlaczego? Wolę, żeby w domu zjadła kostkę czekolady, niż kiedy będziemy u kogoś rzuciła się na stół i jadła tak długo, aż ją zemdli. Dzięki temu wie, że słodycze nie są zakazanym owocem i jeśli zje obiad może dostać jakąś dodatkową przekąskę. Ale często zamiast czekolady wybiera marchewkę albo jabłko - też dobrze. Na co będzie wydawać pieniądze, które dostanie jako siedmiolatka? Trudno powiedzieć, nikt z nas regularnie nie gnał do szkolnego sklepiku po jabłka, każdemu zdarzyło się kupić batonika albo chipsy. Ilu zamiast przyniesionej z domu kanapki jadło drożdżówkę z pobliskiej cukierni? Ile razy, będąc wychowawcą na koloniach tłumaczyłam swoim podopiecznym, że cola to nie jest najlepszy napój? Słuchali? Oczywiście, że nie! Rodzice daleko, pieniądze pod ręką, mogli kupować co chcieli.
Z czasem każdy zmądrzał. Młodzi popełniają błędy i nie wierzę, że Tosia popełniać ich nie będzie.