Podróże Tosi: Tykocin, Supraśl, Kruszyniany i Sokółka, czyli dokąd pojechać z Białegostoku

Po pięciu dniach spędzonych w Białowieży, o których przeczytać możecie TUTAJ, ruszyliśmy w dalszą podróż w kierunku Białegostoku. Skoro już wyjechaliśmy tak daleko, to nie wypadało zobaczyć kolejnych miejsc, z których słynie ten rejon Polski.

Na początek zajrzeliśmy do Krainy Otwartych Okiennic. Odwiedziliśmy dwie z trzech miejscowości, w których wzdłuż drogi stoją domy, których okna zdobią przepiękne, często bogato zdobione okiennice. Rzeczywiście robią wrażenie, niektóre to prawdziwe dzieła sztuki. A same miejscowości (Trześcianka, Soce i Puchły) to kolejne podlaskie perełki, które robią niesamowite wrażenie na przyjezdnych. Oprócz okiennic zachwycają tam również cerkwie. Piękna, zielona cerkiew świętego Michała Archanioła w Trześciance (aktualnie niestety w remoncie) i robiąca jeszcze większe wrażenie niebieska cerkiew Opieki Matki Bożej w Puchłach. Nie udało nam się zajrzeć do wnętrza żadnej z nich, ale prawda jest taka, że każda podlaska cerkiew zachwyca również z zewnątrz. 






 

Podziwiając piękne podlaskie krajobrazy dojechaliśmy do Białegostoku, który na kolejne dni miał być naszą bazą wypadową. Zwiedzanie miasta zostawiliśmy sobie na kolejny dzień. Ruszyliśmy do Tykocina. Miejscowości oddalonej od Białegostoku o 30 kilometrów. Do czasów II wojny światowej połowę jej mieszkańców stanowili Żydzi. Dziś największym śladem ich obecności tam jest Wielka Synagoga, którą bardzo chciałam zwiedzić. To niesamowite, że budynek przetrwał wojenną zawieruchę i jego bryła w całości ocalała. Dziś budynek nie pełni już funkcji religijnych, jest oddziałem Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Wnętrze zwiedza się indywidualnie (bilet normalny kosztuje 25 zł, ulgowy 15 zł, a rodzinny 50 zł, w środę wstęp jest bezpłatny). Przy wejściu warto zeskanować kod QR, który przekieruje Was do audioprzewodnika. Można poznać historię Tykocina, synagogi i ludzi, którzy kiedyś przychodzili tu się modlić. Narrator prowadzi zwiedzających przez główną salę i opowiada o poszczególnych elementach tego budynku. 




 

Kolejnym miejscem, które chcieliśmy zobaczyć w Tykocinie był kościół pw. Trójcy Przenajświętszej. Dlaczego? Bo właśnie w tym kościele kręcono część scen do jednego z moich ulubionych filmów, czyli Białej sukienki. Miło było zobaczyć to miejsce na własne oczy! Na tykocińskim rynku zjedliśmy jeszcze pyszne lody i wróciliśmy do Białegostoku. Następny dzień miał być nie tylko bardzo intensywny, ale również gorący, więc musieliśmy zebrać siły!






W sobotni poranek wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Supraśla. Miasteczka otoczonego Puszczą Knyszyńską, które możecie kojarzyć z filmu U Pana Boga za miedzą. Pierwszym miejscem, które tam zwiedziliśmy było Muzeum Ikon. To kolejny oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku, które jest na pewno jednym z najpiękniejszych muzeów, jakie kiedykolwiek miałam okazję zwiedzić. Muzeum znajduje się na terenie prawosławnego monasteru. W jego zbiorach (pochodzących między innymi z zakupów muzealnych, darowizn i konfiskaty nielegalnie przewożonych przez granicę ikon) znajduje się około 1200 ikon. W kolejnych salach podziwiać można ikony przedstawiające ikony związane z Chrystusem, Matką Bożą i prawosławnymi świętymi. Ikony prezentowane są w niesamowicie zaaranżowanych wnętrzach.. Zwiedzaniu towarzyszy cerkiewny śpiew. Wrażenie potęguje również odpowiednie oświetlenie. Tak, to muzeum to prawdziwa perełka na muzealnej mapie Polski. Na pewno kiedyś tam wrócimy!





Z muzeum udaliśmy się do monasteru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa. Monaster zwiedza się z przewodnikiem, którym jest jeden z mieszkających w klasztorze zakonników. Najpierw odwiedziliśmy cerkiew Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy. Piękną świątynię zbudowaną w stylu bizantyjskim. W dawnych czasach (cerkiew wybudowano w XVI wieku) spełniała nie tylko religijną, ale również obronną funkcję. Budynek, który dziś widzimy został zbudowany w XX wieku, ponieważ oryginalny zburzono pod koniec II wojny światowej. Mimo to świątynia robi ogromne wrażenie i na pewno będąc w Supraślu warto zarezerwować sobie czas na jej zwiedzanie. W cerkwi czczona jest Supraska Ikona Matki Bożej. To również kopia, bo oryginał w 1915 roku zabrali ze sobą uciekający przez I wojną światową mnisi. Ikona najpierw trafiła do Moskwy, a potem ślad po niej zaginął. Na terenie monasteru znajduje się również druga, mniejsza cerkiew. Tę również udało nam się zobaczyć. I także wywarła na nas ogromne wrażenie.




Po zwiedzeniu monasteru spacerem udaliśmy się na supraski rynek i ruszyliśmy w dalszą drogę. Czekały na nas Kruszyniany, czyli wioska, w której mieszkają Tatarzy. Właśnie w Kruszynianach znajduje się piękny, zielony meczet (od 2012 jest to pomnik historii), którego zdjęcie być może kiedyś widzieliście w jakimś przewodniku. Na pierwszy rzut oka można pomylić go z cerkwią, ale wystarczy przyjrzeć się lepiej i od razu dostrzec można charakterystyczne dla świątyń muzułmańskich minarety. Wchodząc do meczetu, zgodnie z zasadami islamu, należy zdjąć buty. Opowieści o tej niezwykłej świątyni słucha się siedząc na dywanach. Historię polskich Tatarów opowiedział nam pan Dżemil Gembicki. Niezwykły człowiek, którego opowieść na długo zapadnie nam w pamięć. Od niego dowiedzieliśmy się, że Tatarzy dostali tę ziemię jako zapłatę za służbę w armii Rzeczpospolitej Obojga Narodów w wojnie z Turkami. Dziś, choć w Kruszynianach mieszka ich niewielu, wciąż kultywują swoją tradycję, religię i kuchnię. Oprócz meczetu w Kruszynianach jest też również cmentarz, na którym do dziś odbywają się pochówki (a najstarszy grób pochodzi z 1769 roku). To kolejne wyjątkowe miejsce, które powinien zobaczyć każdy, kto dotrze w ten zakątek Polski. Jak już tam będzie zajrzyjcie również do Tatarskiej Jurty. Mieliśmy plan zjeść tam obiad, ale nasze plany pokrzyżowała pogoda. Było tak gorąco, że na jedzenie nikt z nas nie miał siły. Ale nic straconego, na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy!





Ostatnim punktem tej wycieczki była Sokółka. Chcieliśmy tam odwiedzić dwa miejsca. Pierwsze, o którym słyszał chyba każdy, czyli Kolegiata św. Antoniego i Sanktuarium Cudu Eucharystycznego, w którym w 2008 roku miał miejsce cud eucharystyczny. 

Drugim, o którym również mogliście słyszeć była Stara Szkoła. Kultowa lodziarnia oferująca każdego dnia kilkadziesiąt smaków lodów. Żeby ich spróbować trzeba często stać w bardzo długiej kolejce. Czy warto? Naszym zdaniem tak, bo znajdziecie tam smaki, których próżno szukać w innych lodziarniach oraz smaki dobrze Wam znane, ale w nowych odsłonach (samych lodów pistacjowych było tam chyba dziesięć rodzajów, podobnie czekoladowych). Cieszę się, że udało nam się ich spróbować. To było najlepsze zakończenie tej intensywnej wycieczki przez różne kultury i religie.


Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na spacer po Białymstoku. Mieście, którego w czasie naszego krótkiego pobytu nie poznaliśmy w takim stopniu, w jakim byśmy chcieli. Odwiedziliśmy jedynie najbardziej znane i znajdujące się w ścisłym centrum miejsca. Reszta musi, niestety, poczekać. Ale dzięki temu mamy kolejny powód, żeby jak najszybciej odwiedzić województwo podlaskie po raz kolejny.




Tak właśnie kończyła się nasz wyjazd. Ostatnim miejscem, które chcieliśmy odwiedzić było Jedwabne i pomnik stojący w miejscu, w którym 10 lipca 1941 roku miał miejsce pogrom Żydów. To było bardzo refleksyjne i smutne zakończenie wakacji, ale i o takich wydarzeniach trzeba pamiętać i mówić o nich dzieciom. Wszystkim nam przecież zależy na tym, żeby podobne rzeczy nigdy więcej się nie wydarzyły.



Siedem wyjątkowych dni. Spędziliśmy je w regionie różniącym się od tego, w którym mieszkamy. Wszystko było tu inne. Spokojniejsze, bardziej zielone, znacznie bardziej różnorodne. Odwiedzaliśmy świątynie, w których gromadzili się i gromadzą przedstawiciele różnych religii. Podziwialiśmy elementy różnych kultur. Widzieliśmy miejscowości zupełnie inne od tych, które mijamy każdego dnia i zupełnie innych, znacznie bardziej otwartych ludzi. Wiele razy pisząc tę i wcześniejszą relację używałam słowa "niezwykły". Nie umiem o województwie podlaskim myśleć inaczej. Jest naprawdę niezwykłe. Po raz pierwszy zachwyciło nas trzy lata temu. Teraz odkrywaliśmy je na nowo i poznawaliśmy jeszcze lepiej. Czy tam wrócimy? Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli tam nie wrócić. Wrócimy, żeby raz jeszcze zobaczyć miejsca, które już teraz nas zachwyciły i, żeby odkryć te, które na razie pozostają w sferze marzeń i planów.

Podróże Tosi: Magiczne Podlasie po raz drugi, czyli pięć wyjątkowych dni w Białowieży!

Ten wyjazd planowałam trzy lata. Odkąd po raz pierwszy zawitaliśmy na Podlasie (relację z tamtego wyjazdu znajdziecie TUTAJ i TUTAJ) wiedziałam, że będziemy musieli tam kiedyś wrócić. Gdyby nie sytuacja na granicy polsko-białoruskiej i zamknięcie sporej części tego regionu, zrobilibyśmy to szybciej. Przez ten czas Podlasie krążyło nam po głowie. W końcu podjęliśmy decyzję. Tegoroczny urlop spędzimy właśnie tam. Zarezerwowaliśmy miejsce w pensjonacie Krainka, który skradł nasze serca trzy lata temu i powoli odliczaliśmy dni do wyjazdu. Kilka tygodni później zaczęły docierać do naszych uszu informacje o pogorszeniu się sytuacji na granicy i planowanym (kolejnym) zamknięciu tego zakątka Polski. Byliśmy w kropce. Nie wiedzieliśmy, czy odwoływać wyjazd czy może jednak jeszcze trochę poczekać. Media serwowały nam kolejne mrożące krew w żyłach historie, rozsądek podpowiadał, że sytuacja jest niebezpieczna jedynie przy samej granicy. O sytuacjach, które miałyby zagrażać turystom lub mieszkańcom nie słyszeliśmy. Dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do Białowieży i absolutnie tego nie żałujemy. Powiem więcej, żałować powinni wszyscy ci, którzy pod wpływem medialnych doniesień, z podobnego wyjazdu zrezygnowali.

 

W dniu przyjazdu udało nam się wziąć udział w organizowanym w Hajnówce Jarmarku Żubra. Plenerowej imprezie, na które kupić można było lokalne przysmaki, przeróżne pamiątki, miody i przetwory. Świetna okazja, żeby wczuć się w podlaski klimat. Udało nam się też zobaczyć stojącą od kilku miesięcy w hajnowskim parku, strefę Żubra Pompika. Ludzi było sporo, więc wydawało nam się, że informacje o turystach omijających Puszczę Białowieską szerokim łukiem są mocno przesadzone. Wystarczyło jednak wyjechać z Hajnówki i dojechać do Białowieży, żeby przekonać się, że nie było w tych słowach żadnej przesady. Ulice Białowieży były puste. W restauracji znajdującej się obok naszego pensjonatu było wiele wolnych stolików. Do naszego wyjazdu nic się nie zmieniło. Nie trafiliśmy na żadną kolejkę, nigdzie nie widzieliśmy tłumu ludzi. Dla nas to dobrze. Mogliśmy w ciszy i spokoju odpoczywać do woli. Dla ludzi żyjących z turystyki to powód do rozpaczy i kolejny sezon, który mogą spisać na straty. 

Czas w niemal pustej Białowieży wykorzystaliśmy najlepiej jak umieliśmy. Spacerowaliśmy, jeździliśmy na rowerach i próbowaliśmy lokalnych przysmaków. Na pierwszą rowerową wycieczkę ruszyliśmy w kierunku Teremisek. Przejechaliśmy obok wejścia na ścieżkę edukacyjną Żebra Żubra, weszliśmy na wieżę widokową w Pogorzelcach, minęliśmy Szlak Dębów Królewskich i w końcu dotarliśmy do przepięknych Teremisek. Urokliwej małej miejscowości, w której Adam Wajrak fotografuje żubry na polach. My musieliśmy zadowolić się bocianami, ale i tak nie żałowaliśmy. 


W drodze powrotnej przeszliśmy znajdujący się w uroczysku Stara Białowieża Szlak Dębów Królewskich (wchodząc płacimy za wstęp do Białowieskiego Parku Narodowego, bilet normalny kosztuje 10 zł, a ulgowy 5 zł). Piękne, stare drzewa nazwane imionami polskich władców, upamiętniają ich polowania w Puszczy Białowieskiej. Cała ścieżka prowadzi po drewnianym podeście, więc skorzystać z niej można nawet po deszczu lub niesprzyjającej pogodzie. Po drodze znajdziecie kilkanaście tablic, na których przeczytać można o kolejnych polskich władcach i ich białowieskich przygodach. Świetny sposób na poznanie historii tego miejsca i ciekawostek o królach Polski, których raczej nie znajdziecie w podręcznikach historii. Świetne miejsce na spacer! 

Odwiedziliśmy też świetne miejsce na obiad, czyli znajdującą się obok Krainki Restaurację Pokusa. Bez wahania zamówiliśmy chłodnik podlaski, który skradł nasze serca trzy lata temu i danie spod strzechy, które okazało się pysznymi pyzami z mięsem. W kolejnych dniach jedliśmy tam również pyszne bliny. Tak, tak Podlasie to nie tylko uczta dla oczu, ale także dla podniebienia!


Kolejnego dnia ruszyliśmy do Hajnówki. Planowaliśmy przejazd Wąskotorową Kolejką Leśną, która łączy Hajnówkę i Topiło. W tym roku kolejka kursuje we wtorki, czwartki, soboty i niedziele. Pierwszy przejazd rozpoczyna się w Hajnówce o godzinie 9, drugi o 11. My wybraliśmy godzinę 9. Bilet normalny kosztuje 50 zł, ulgowy dla dziecka do 14. roku życia 30 zł (dla starszych dzieci 40 zł). Przejazd to Topiła trwał godzinę. Jechaliśmy trasą, po której do 1991 roku transportowano drewno (sama kolejka powstała 100 lat temu!). Niespieszny przejazd wśród drzew pozwolił napawać się pięknymi widokami i wszechogarniającą zielenią. Po godzinie dotarliśmy do Topiła, gdzie czekał nas godzinny postój. Był czas na spacer i zjedzenie czegoś dobrego w znajdującym się w pobliżu stacji barze Ostatni Grosz. Nazwa piękna, ale gwarantuję Wam, że zostanie Wam w kieszeni nieco więcej niż od wspomnianego ostatniego grosza. Ceny, jak na miejsce turystyczne, są naprawdę przystępne, a litewskie oranżady warte każdych pieniędzy! Do Hajnówki wraca się tą samą drogą i jeszcze raz podziwia te same piękne widoki. Czy się nudzą? Oczywiście, że nie! 


Po zakończeniu podróży ruszyliśmy na zwiedzanie Hajnówki. Widzieliśmy Sobór Świętej Trójcy i przepiękne murale, które od jakiegoś czasu zdobią różne budynki miasta. Na jednym z nich zobaczyć można Simonę Kossak w otoczeniu zwierząt, które z nią mieszkały w Dziedzince. Po spacerze udaliśmy się do restauracji Mozaika. Wypatrzyłam ją przed wyjazdem w sieci, kiedy szukałam miejsc, w których można zjeść coś smacznego. Opinie w internecie nie były przesadzone. Przepyszny chłodnik z kiszonych buraków, cudowne naleśniki i smaczne danie dla dzieci. Nasze kubki smakowe były bardzo zadowolone! 

Po powrocie do Białowieży wybraliśmy się na kolejny spacer. Ulicą Stoczek doszliśmy do białowieskiego kościoła, następnie skręciliśmy w prawo i niespiesznym krokiem doszliśmy do stacji Białowieża Towarowa, gdzie na pięknie odnowionej stacji kolejowej działa Restauracja Carska. Nawet, jeśli nie ma się ochoty na nic do jedzenia, to warto tam zajrzeć, bo miejsce jest naprawdę wyjątkowe! 


Trzeci dzień również spędziliśmy na rowerach. Chcieliśmy dotrzeć do Dziedzinki. Miejsca, w którym mieszkała Simona Kossak. Jadąc rowerem zachwycaliśmy się pięknem tej drogi. I teraz już w ogóle nie dziwi nas, że Simona Kossak na swój dom wybrała właśnie to miejsce. Jakby tych zachwytów było mało, w pewnym momencie drogę przebiegła nam przepiękna i dostojna łania. Czyż można wyobrazić sobie piękniejszą drogę do domu albo do pracy? Myślę, że ta była zdecydowanie najpiękniejsza. 

Wracając z Dziedzinki zajrzeliśmy jeszcze nad Narewkę, gdzie stoi kolejna wieża widokowa, która pozwala spojrzeć na te niezwykłe miejsca z góry i jeszcze bardziej się nimi zachwycić. Popołudniu odwiedziliśmy Muzeum Przyrodniczo-Leśne. Bilety (normalny w cenie 20 zł, ulgowy 14 zł) kupiliśmy on-line, bo co godzinę na wystawę wchodzi jedynie 15 osób, więc woleliśmy mieć pewność, że wejdziemy (zwłaszcza, że wybraliśmy ostatnią dostępną godzinę zwiedzania). Była to nasza druga wizyta w tym miejscu i znowu wyszliśmy zadowoleni. Na specjalnie przygotowanych makietach zobaczycie rośliny i zwierzęta występujące w Puszczy Białowieskiej. Poznacie również historię tego niezwykłego miejsca i ludzi, którzy tam żyli i pracowali. To obowiązkowy punkt dla każdego, kto wybiera się do Białowieży. 

Na obiad tego dnia wybraliśmy się do polecanej przez wielu Restauracji Fanaberia. To był doskonały wybór. Zachwyca już sam wygląd restauracji, ogrom drewna, piękne stoły i wspaniałe obrusy. Rzut oka na kartę i już wiecie, że będzie to nie tylko uczta dla oczu, ale i dla podniebienia. Postawiliśmy na świetnie sprawdzający się w tych temperaturach chłodnik litewski i talerz podlaskich przysmaków. Kartacz, babka ziemniaczana z gulaszem i cztery rodzaje pierogów będziemy wspominać długo i polecać wszystkim, którzy wybierają się do Białowieży.

Nie mogło nasz zabraknąć również w Rezerwacie Pokazowym Żubrów (wstęp kosztuje 20 zł dla dorosłych i 12 zł dla dzieci). Jeśli nie uda Wam się zobaczyć żubra w jego naturalnym środowisku, a mimo wszystko chcielibyście to zwierzę spotkać, to w rezerwacie uda się to na pewno. Oprócz żubrów zobaczyć tam można rysia, wilki, żubronie, jelenie, sarny i dziki. Wszystkie na całkiem sporych wybiegach (czasem tak dużych, że trudno dane zwierzę dostrzec). Ale i tak warto się tam wybrać! My zobaczyliśmy wszystkie zwierzęta, oprócz ukrywających się wśród drzew wilków. 

Z Rezerwatu Pokazowego Żubrów można ruszyć na spacer ścieżką edukacyjną Żebra Żubra. To kolejna ścieżka, którą warto się przejść w czasie pobytu w Puszczy Białowieskiej. Część trasy pokonujecie przechodząc po pomostach, część po leśnej ścieżce. Długość Żeber Żubra to 2,7 kilometra, więc pokonanie całości nie powinno zająć więcej niż godzinę.


Następnego dnia musieliśmy opuścić piękną, spokojną i gościnną Białowieżę. Zobaczyliśmy wiele, wiele jeszcze nam zostało. Z niektórych rzeczy świadomie zrezygnowaliśmy. Nie wchodziliśmy w tym roku do rezerwatu ścisłego, który odwiedziliśmy ostatnim razem. Nie był to jednak koniec naszych podlaskich przygód. Kolejne dni spędziliśmy w Białymstoku, ale to już historia na kolejny wpis...