Tosia dostanie prezent na Dzień Dziecka

Na wielu blogach czytam ostatnio o tym, że rodzice rezygnują z prezentów na Dzień Dziecka. Wolą ofiarować dziecku coś niematerialnego, czyli swój czas. Jadą, więc razem na wycieczkę, odwiedzają zoo albo wychodzą na obiad do restauracji. U nas prezenty będą, ale to, co wybraliśmy jest najlepszym dowodem na to, że prezent nie musi być zamiennikiem czasu spędzonego z rodzicami.
Pierwszy prezent Tosia dostała już dwa tygodnie temu, kto podgląda nas na Instagramie zapewne zauważył, że kupiliśmy jej łyżworolki. I spędzamy na nich czas we troje, ja z Tosią jeżdżę (czym sprawiam jej ogromną radość, bo urządzamy sobie wyścigi), a tata mierzy nam czas, nosi za nami butelkę z wodą i wspiera córkę dobrym słowem. 
Drugi prezent dostanie w Dzień Dziecka, będzie to gra Monopoly Junior. Tosia ostatnio zakochała się w planszówkach. Przy kolejnej partii chińczyka zamarzyłam o tym, żeby móc grać z nią w Monopoly. Wersja junior dedykowana jest co prawda dzieciom od piątego roku życia, ale wierzę, że te niespełna pół roku nie robi dużej różnicy i Tośka szybko zrozumie zasady. A do gry dorzucę jeszcze książkę, żebyśmy mogli czytać ją rano, zaraz po przebudzeniu albo wieczorem, przed pójściem spać.*

I tak będziemy spędzać czas razem, w rodzinnym gronie, korzystając z prezentów, które kupiliśmy dla Tosi na Dzień Dziecka. Bo nie o kupowanie tu chodzi, każdy z nas lubi dostawać prezenty, większość z nas lubi je dawać, więc tej przyjemności nie musimy sobie odbierać. We wszystkim warto zachować umiar, warto wspierać pasje i zainteresowania dziecka. Wycieczki i tak będą, akurat w Dniu Dziecka idziemy do pracy, a Tosia idzie do przedszkola. Podróżowaliśmy rodzinnie w sobotę, w kolejną wybieramy się do filharmonii, potem pewnie znowu jednodniowy wyjazd, a już niedługo wakacje. Spędzamy razem tak dużo czasu, jak to tylko możliwe i spędzamy go intensywnie. Chcemy jej pokazać jak najwięcej świata, ale z drugiej strony, jeśli tylko mamy taką ochotę, spędzamy czas w domu, grając w gry, czytając książki albo bawiąc się na osiedlowym placu zabaw.
Zrezygnujemy, więc w tym roku z kuponów na wycieczkę albo na rodzinny spacer. Zachowam jednak ten pomysł w pamięci, bo wart jest uwagi, zwłaszcza w dzisiejszym, zabieganym świecie, kiedy często brakuje chwili wytchnienia i czasu dla najbliższych.

A Wy? Co myślicie na ten temat? Kupiliście prezenty dla swoich pociech, czy raczej stawiacie na podarki niematerialne?

*Czyli, jak widać, kupiłam prezenty dla siebie :)

Tak, Polacy nie czytają książek!

Tydzień temu byliśmy we Wrocławiu, jako środek lokomocji wybraliśmy pociąg. Pociąg - wymarzone miejsce do czytania. Zwłaszcza teraz, kiedy wagony są nowoczesne, tory w wielu miejscach wymieniono na nowe, nie ma już tego kojarzącego się z koleją charakterystycznego stukania, nic nie szumi, jest tak cicho i przyjemnie, że można rozmawiać szeptem, jest tak cicho i przyjemnie, że można oddać się lekturze.

Nie zabraliśmy ze sobą książek, bo podróżowaliśmy z Tosią. Nie zabraliśmy ze sobą naszych książek, bo wiedzieliśmy, że nie będzie czasu na czytanie, że jeśli Tosia nie zaśnie, będziemy rozmawiać z nią. Nie wzięliśmy książek dla siebie, ale wzięliśmy książki dla niej. Tosia, jak wiecie, książki uwielbia, czytamy dużo (stworzyliśmy już nawet małą biblioteczkę w samochodzie), trudno więc wyobrazić sobie podróż bez książek (na tę okazję mam w szafie schowane zupełnie nowe tytuły, których jeszcze nie zna, które sprawią, że czytanie będzie jeszcze atrakcyjniejsze, w końcu nowa książka to jeszcze większe emocje w czasie lektury). Towarzyszył nam Baltic, o którego przygodach z wielkim zainteresowaniem czytałyśmy w drodze do i z Wrocławia. I to właśnie w drodze powrotnej spostrzegłam, że oprócz nas nikt w przedziale nie czyta. Jechał pan w wieku około sześćdziesięciu lat, który najpierw przeglądał na laptopie strony internetowe, a potem grał w karty. Jechała dziewczyna (mogła mieć jakieś 30-35 lat), która oglądała filmy na ekranie smartfona. Jechał chłopak około trzydziestki, który słuchał muzyki z youtuba. Oczywiście, mogli akurat odłożyć książkę, nie mieć ochoty na czytanie, mogły rozboleć ich oczy albo mogli pomyśleć, że kilkulatka, która wsiadła na stacji Wrocław Główny będzie tak hałaśliwa, że czytać się nie da. Mogli, ale tak nie było. Skąd ten wniosek? Bo w całym przedziale widać było tylko jedną książkę, czyli Baltica Tosi (drugą miała w plecaku, ale nie zdążyła wyjąć, bo w trakcie czytania pierwszego rozdziału zasnęła na moich kolanach). Książek nie było na półkach, nie było na stolikach. Nie było nawet gazety, żadne Życie na gorąco, Nasz Dziennik, Twój Styl, Fakt ani Wyborcza nie rzuciły nam się w oczy. Czyli społeczeństwo nie czyta nawet w tak sprzyjających warunkach, jakie serwują mu Polskie Koleje Państwowe. 
Mam wrażenie, że nawet w autobusach i tramwajach coraz rzadziej widzę osoby czytające. Coś w tym raportach o czytelnictwie w Polsce być musi... Niestety.

Cóż robić? Pocieszający wydaje się fakt, że rodzice czytają swoim dzieciom. Choć może to właśnie ci rodzice są wśród tym 37%, które czyta? I, kiedy te dzieci dorosną, to nadal będzie czytać tylko 37%?
Problem wydają się dostrzegać przedszkola i szkoły, które organizują konkursy i projekty związane z czytelnictwem. Tu jednak pojawia się pytanie, czy nauczyciele czytają? Czy mogą być dla swoich uczniów wzorem? Czy polecają im ciekawe, warte przeczytania nowości? Bo z nimi jest podobnie jak z rodzicami, jeśli nie dają dzieciom przykładu, jeśli w domu nie ma książek i rodzica z książką dziecko nigdy nie widziało, to dlaczego ono ma czytać? 
Na targach książki i spotkaniach autorskich nie brakuje osób zainteresowanych literaturą. Czytają, ale nie kupują? A może kupują, ale nie czytają? A wypożyczają? Byłyśmy ostatnio kilka razy w bibliotece i amatorów książek dało się tam zauważyć. Czyli czytają? Niektórzy na pewno, podobno 37%...

A jakie są Wasze obserwacje?

Czego chcesz nauczyć swoje dzieci?

Chciałbym, żeby Tosia była mądra, żeby potrafiła pomagać, dzielić się z innymi, żeby potrafiła poświęcić im swój wolny czas, swoją uwagę. Chciałabym, żeby otoczenie uznawało ją za osobę dobrze wychowaną, dlatego staramy się dawać jej dobry przykład.


Każdego ranka po wejściu do przedszkola spotykamy innych rodziców i ich dzieci, każdemu z nich mówię: "Dzień dobry", a Tosia naśladując mnie mówi to samo. Niestety, wielu z nich nie odpowiada. Pewnie spieszą się do pracy, w głowie planują już cały dzień, spotkania, rozmowy z szefem. Poganiają dzieci, szybko przebierają i biegną dalej. Jednak tym swoim zachowaniem, ignorowaniem otoczenia, dają im przykład i przyzwolenie na podobne zachowanie. Na szczęście nie robią tak wszyscy, bo są również rodzice mimo tak wczesnej pory uśmiechnięci i cierpliwi, którzy w tym porannym pośpiechu potrafią znaleźć dwie sekundy na powiedzenie dzień dobry, na przytrzymanie drzwi albo otwarcie furtki prowadzącej na przedszkolny plac zabaw.

Przedszkole to jednak, kolokwialnie mówiąc, mały pikuś przy tym, co dzieje się na balecie. Przychodzimy na zajęcia tak, jak nam się uda. Raz dziesięć minut wcześniej, innym razem minutę przed rozpoczęciem zajęć. Korytarz, w którym znajduje się szatnia jest naprawdę maleńki, trudno więc nie zauważyć nowej osoby, która wchodzi do budynku. Wchodzimy i mówimy: "Dzień dobry" i słyszymy odpowiedź jedynie instruktorki (o ile stoi w drzwiach do sali, bo czasem jest już w środku), żadna z matek (bo te najczęściej przyprowadzają dzieci nie odpowiada). Tak samo było w ostatnią środę, wchodzimy, w środku dwie mamy z dziećmi i instruktorka, która jako jedyna odpowiedziała na nasze przywitanie. Przyzwyczajona nie przejęłam się tym specjalnie, pomogłam Tosi się ogarnąć i stanęłam z boku czekając aż zajęcia się zaczną. Nagle weszła inna matka, która jak wynika z moich obserwacji, przyjaźni się z inną mamą, której córka również wchodzi na balet. Mamy wymieniły zdawkowe: "Cześć", nie zauważyły oczywiście, że stoją tam jeszcze inni rodzice (no, i instruktorka). W tym momencie jedna z tych mam podniosła głos i zaczęła pouczać córkę: "Nie wiesz, co się mówi?! Przywitaj się z Anią i jej mamą!" Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zastanawiałam się, skąd ma wiedzieć, skoro nawet mama z witaniem się z innymi ma problem...

Trudno mi zaakceptować tę ignorancję, nie mogę zrozumieć, dlaczego ludziom tak trudno zwrócić uwagę na innych, zdobyć się na minimum życzliwości, a przede wszystkim dać dzieciom dobry przykład. Nauczyć ich patrzeć trochę dalej, niż tylko na czubek własnego nosa. Nie chodzi przecież o to, żeby dziecko biegało po osiedlu albo centrum handlowym i witało się ze wszystkimi napotkanymi osobami, ale o to, żeby bez przypominania potrafiło powiedzieć dzień dobry, kiedy wejdzie do sklepu, żeby potrafiło podziękować ekspedientce, która poda mu kupioną właśnie zabawkę albo wyda resztę. 
Mała rzecz, a od razu robi się milej i cieplej na sercu, prawda?

Fobie matki

Odkąd zostałam mamą niektóre rzeczy widzę aż nazbyt wyraźnie. Są sytuacje, w których towarzyszy mi irracjonalny lęk, którego nie potrafię się pozbyć...

Pierwsza z nich to wyjazdy bez dziecka. Co się stanie, kiedy zostawimy ją na zajęciach z baletu i pojedziemy do sklepu, a po drodze będziemy mieli wypadek? Przecież instruktorka ma numery telefonu tylko do nas, gdyby coś nam się stało, nasze telefony mogą przestać działać i co wtedy? Kto ją odbierze? Dokąd ją zabiorą? Kiedy trafi do dziadków? Siedzę więc przed salą, w której odbywają się zajęcia i nie ruszam się stamtąd;)

Druga, czyli co mojemu dziecku wpadnie do głowy? Pogoda sprzyja przesiadywaniu na balkonie, Tosia przeniosła się tam z kolorowaniem, grami planszowymi i zabawkami. Siedziałyśmy ostatnio na balkonie, a ja, zła matka, na chwilę wróciłam do domu, zostawiając dziecko na balkonie. Kiedy tylko zorientowałam się, co zrobiłam, już miałam przed oczami Tosię wchodzącą na krzesło, przechylającą się przez barierkę i spadającą wprost na rosnącą pod naszym balkonem, znajdującym się na pierwszym piętrze, trawę!

Trzecia, czyli kto ją odbierze z przedszkola? To moja trauma z dzieciństwa, którą przeniosłam na swoje dorosłe życie, czyli że nikt nie odbierze Tosi z przedszkola. Mojej mamie taka sytuacja zdarzyła się raz, utknęła w drodze między pracą a przedszkolem w tych zamierzchłych czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych. Wszyscy poszli do domu, a ja zostałam razem z opiekunką. Opiekunka mieszkała w tym samym bloku, więc zabrała mnie do siebie i tam czekałyśmy na mamę. Czym się wtedy najbardziej martwiłam? Że mama przyjdzie do przedszkola, zobaczy zamkniętą furtkę i będzie się martwić o to, co się ze mną stało. Mama jednak bez problemu trafiła do domu opiekunki, dziś wydaje mi się, że pani Irka musiała na tej furtce zostawić kartkę, na której informowała mamę dokąd mnie zabrała;)

Do tego mnóstwo wizji związanych z codziennym funkcjonowaniem, przewidywanie upadków, możliwości zakrztuszenia, potrącenia przez samochód, uderzenia o huśtawkę, upadku z karuzeli...

Też tak macie? Wydaje mi się, że nie jestem specjalnym czarnowidzem, po prostu z wiekiem widzę niektóre rzeczy wyraźniej. Gubię gdzieś tę dziecięcą ufność i wiarę w ludzi. Ślizgaliście się w dzieciństwie na zamarzniętych kałużach? Na pewno, ja spędzałam na tym długie godziny, a teraz, kiedy widzę takie naturalne lodowisko omijam je szerokim łukiem... Nawet na rolkach jeżdżę ostrożniej, niż piętnaście lat temu. Czyżby matka-wariatka? 

Kobieca dusza w czteroletnim ciele

Dziś Dzień Kobiet, więc tekst idealnie wpasuje się w tę uroczystość. Tosia, jak wiadomo, jest dziewczynką, ale długo w kręgu jej zainteresowań były wyłącznie lokomotywy, a lalki nie wzbudzały w niej entuzjazmu. Potem przyszedł moment, w którym zdecydowała, że od tego dnia będzie nosić sukienki, a w kąt poszły wszystkie spodnie i spódniczki. Potem w jej życiu pojawiły się lalki, księżniczki, kucyki...

Często, obserwując jej zabawy, zastanawialiśmy się, kiedy stanie się małą kobietką, kiedy będzie chciała mieć długie włosy, kiedy będzie nosić falbaniaste sukienki i zacznie się bawić lalkami. No, to to wszystko nastąpiło. Włosy są coraz dłuższe, sukienki stanowią podstawę jej garderoby, a lalki potrafią skupić jej uwagę na bardzo długi czas. Jest prawdziwą, małą dziewczynką! Obserwuje swoje koleżanki i czasem zapyta, czy mogłaby mieć pomalowane paznokcie. Od jednej z koleżanek otrzymała kiedyś zabawkowy zestaw do makijażu (zdecydowanie nie jestem jego fanką, Tosia robi to dość nieumiejętnie, a cienie schodzą wyjątkowo trudno, na szczęście przypomina sobie o jego istnieniu bardzo rzadko). Nie bronimy jej tego, traktujemy jako niewinną zabawę (choć malowanie paznokci zostawiamy na lato i wakacyjny wyjazd, a Tosia się na to godzi).
Jest dziewczynką, której gust kształtuje się na podstawie tego, co widzi wokół siebie. A co widzi?
Po rozmowie z mamami innych dziewczynek wiem, że podstawą są długie włosy. Dziewczynki, z których włosów nie można zrobić kitki albo upleść warkocza, nie mają łatwo, więc mamy robią im mini-kitki, żeby przypadkiem żadna nie usłyszała, że ma włosy jak chłopak. Podpytywałam Tosię, czy ona zrobiła kiedyś przykrość koleżankom, które mają krótkie włosy, twierdzi, że nie, ale swoich obciąć nie pozwala. Coś może więc być na rzeczy.
Druga sprawa - sukienki i zdecydowany protest przeciwko szortom, leginsom i jeansom, bo te są dla chłopaków. Wyjątkowo zgadza się na szorty w piątki, kiedy w przedszkolu mają gimnastykę i przebierają się w strój sportowy. Szorty łatwiej zdjąć, niż sukienkę z wszytym zamkiem albo rzędem guzików na plecach. Spodnie przechodzą również przy okazji wizyty u lekarza i ewentualnie wyjścia na plac zabaw (choć to wyjątkowo rzadko, nauczyła się już korzystać ze wszystkich sprzętów w sukienkach).
Trzecia - zabawki, czyli lalki i księżniczki w każdej formie. Kolekcja Barbie regularnie się powiększa, a zabawa figurkami księżniczek to jedna z ulubionych form spędzania czasu. Z dziadkiem, z którym dotąd bawiła się w małego kolejarza, teraz bawi się w Kopciuszka. Staje się mamą dla swoich lalek, karmi je, przewija, przebiera. Jedynie w książkach istnieje różnorodność, ma swoje ulubione, uniwersalne, idealne dla każdego kilkulatka, bez względu na płeć, choć nie gardzi również i z radością przyjmuje lektury typowo dziewczyńskie.

Nie ukrywam, że z zachwytem obserwuję ten różowy, dziewczęcy okres jej życia. Jest tak samo piękny, jak każdy inny. Tosia jest uroczą małą księżniczką:) Pewnie z tego wyrośnie, cieszę się więc tym czasem, póki trwa.

A Wam, drogie Panie, 
w dniu naszego Święta
życzymy dużo radości, uśmiechu 
i satysfakcji w każdej sferze życia!


Dajemy na to przyzwolenie!

Od kilku dni internet huczy o właścicielu drukarni, który poproszony o rabat na wydruk ulotek przez matkę niepełnosprawnego dziecka, nie tylko tego rabatu nie udzielił (do czego miał oczywiście pełne prawo i nikt o to nie ma do niego pretensji), ale posunął się o krok dalej, pytając o sens płodzenia takich dzieci. Trudno przejść obok tej sprawy obojętnie, bo trudno zgodzić się na panujący w każdej sferze naszego życia brak kultury osobistej. A jednak się na to godzimy.

Pozwalamy, żeby młodzież i studenci siedzieli w środkach komunikacji miejskiej, kiedy stoją obok nich ludzie starsi, kobiety w ciąży, matki z dziećmi i niepełnosprawni. Pozwalamy ludziom, żeby w komunikacji miejskiej zajmowali dwa miejsca siedzące, na jednym siedzi człowiek, na drugim torba. Dajemy przyzwolenie, żeby kobiety w ciąży stały w kolejce, jak każdy normalny klient, nie proponujemy im, żeby przeszły na początek kolejki, a kiedy zaproponuje to kasjerka, cały sklep popada w święte oburzenie. Gapimy się w te swoje smartfony, zamiast rozejrzeć się wokół i być może zaproponować komuś pomoc. Nie zwracamy uwagi dzieciom, żeby nie trzymały brudnych butów na siedzeniach w pociągu. W sklepie zdejmujemy produkty z półek i wkładamy do koszyków, a kiedy rezygnujemy z zakupu, zostawiamy je w dowolnie wybranym miejscu. Jest więc czekolada w ziemniakach i mięso w podpaskach. My się na to wszystko zgadzamy. Pozwalamy chamstwu panoszyć się wśród nas. A, kiedy ktoś zwróci uwagę naszemu dziecku, popadamy w święte oburzenie, bo to przecież dziecko, bo dziecku wolno. A potem takie dziecko rośnie, dojrzewa, dorasta i staje się aspołeczną, egoistyczną istotą, która w nosie ma wszystko i wszystkich. Działajmy, póki nie jest za późno, żeby ten nasz obecny przedszkolak, za dziesięć lat pomógł starszej pani wnieść zakupy, ustąpił miejsca kobiecie w ciąży i dbał o coś więcej, niż tylko o siebie!

Moje dziecko chce mnie zagadać!

Opanowała tę umiejętność już jakiś czas temu. Teraz nieustannie ją doskonali. Moje dziecko nie mówi, mojemu dziecku buzia nie zamyka się od chwili, w której wstaje z łóżka. Moje dziecko chce mnie zagadać!

Mnie, bo ona najwięcej mówi do mnie. Ja dużo mówię i zawsze mówiłam dużo, ale nigdy nie mówiłam tak dużo jak ona. Ona gada cały czas, gada kiedy ma coś powiedzenia i gada dla samego gadania, w domu, w sklepie, w samochodzie, na placu zabaw, w kawiarni i w lesie. Mówi tak wiele, że po godzinie słuchania w dzień wolny od pracy, mam jej głosu serdecznie dość. Jak radzą sobie przedszkolanki nie wiem, pewnie tam, mając wielu słuchaczy, zagaduje każdego po kolei. Tosia gada o wszystkim, o ptakach za oknem, o kurzu na półce, o książkach, o bajkach, o lalkach. Może gdyby tylko gadała nie byłoby aż takiego problemu, ale ona, oprócz tego, że sama gada, oczekuje jeszcze, żeby ktoś (najczęściej ja) z nią gadał. Powiem szczerze - łatwo dotrzymać jej kroku nie jest, najczęściej w połowie opowieści (mimo skupienia na niej całej swojej uwagi) gubię się w imionach, pseudonimach, konkretnych wydarzeniach. Chcę bardzo, ale nie nadążam... Najtrudniej jest powtarzać wypowiadane przez nią zaklęcia, staram się, ale często nie wychodzi. Nie denerwuje się, choć widać ogarniającą ją bezradność wobec niezbyt rozgarniętej matki. Oczywiście rozmawiać mogę tylko z nią, kiedy próbuję ostatkiem sił, w przypływie desperacji powiedzieć coś mężowi, natychmiast wkracza do akcji, bo przypomina sobie o niezwykle ważnej sprawie, o której zapomniała. Próbujemy jej wytłumaczyć, że teraz mama i tata rozmawiają, że jak tylko powiemy sobie te dwa zdania, będziemy jej słuchać i rozmawiać z nią. Wydaje się, że przyjmuje to do wiadomości, bo pozwala nam powiedzieć do siebie dwa, trzy słowa, ale to na tyle, bo ona przerywa i zaczyna swój wywód... Ech, trudne życie rodzica.

Musimy to chyba przeczekać, innego rozwiązania nie widzę. Nagada się chyba w końcu, prawda? Taki jej urok, taki ma charakter, taki ma temperament. Gadulstwo wyssała z mlekiem matki. 

W miejscach, w których gadać się nie powinno (kościół, teatr, kino), udaje się ją poskromić. Może po prostu rozumie, że w niektórych okolicznościach gadać nie wypada. Te chwile zdarzają się jednak rzadko (najczęściej kościół - raz w tygodniu). Czasem patrzę na dzieci, które jeszcze nie mówią, na takie, które wymawiają pojedyncze słowa albo bardzo proste zdania. Wtedy mam wrażenie, że Tosia mówi (a raczej gada) od zawsze. Tak jakby takich chwil nie było, a przecież być musiały! Ba! Wydaje mi się nawet, że kiedyś martwiłam się, że Tosia mówi za mało. Chciałam - mam! Uważajcie więc z marzeniami, bo niektóre mogą się spełnić.






Rodzicu, pomyśl za dziecko!

Zdarza mi się obserwować sytuacje, które nie powinny się zdarzyć, w których na plecach cierpnie skóra, a w głowie kołacze się pytanie: "Jak tak można zrobić?" Co to za sytuacje? Takie, w których rodzic pozwolił dziecku robić co chce, a dziecko często robi rzeczy niebezpieczne...

Pamiętam zasady, które wpajał mi w dzieciństwie mój tata: "Nie jedz gofrów z bitą śmietaną" (w domyśle: żebyś nie zatruła się w budce, w której nie dba się odpowiednio o produkty; z tego powodu pierwszego gofra ze śmietaną zjadłam mając lat 23), "Nie zawiązuj sznurowadeł przy krawędzi ulicy" (w domyśle: żeby żaden rozpędzony samochód w ciebie nie wpadł), "W tramwaju siadaj zawsze z przodu, blisko motorniczego, zwłaszcza kiedy wracasz sama późnym wieczorem" (tak mi mówił, a mojej głowie ta zasada nadal tkwi, w jego nie, bo ostatnio umówiliśmy się w tramwaju i szukał mnie na końcu, a ja karnie siedziałam zaraz za motorniczym). Tata miał pewnie traumę po wypadku, któremu uległyśmy z mamą. Kiedy miałam rok rozpędzony motocyklista wpadł na chodnik i obie wylądowałyśmy w dość poważnym stanie w szpitalu. Myślę jednak, że po prostu mój tata był (w czasach kiedy byłam dzieckiem) i jest (teraz, jako dziadek) rozsądny, rozważny i przewidujący. Też staram się taka być, próbuję przewidzieć jak najwięcej sytuacji, które mogą mieć przykre lub tragiczne konsekwencje. Uważam, żeby dziecko nie bawiło się w pobliżu deski do prasowania, żeby nie dotykało płyty, na której gotuję obiad, żeby samo nie otwierało piekarnika. Kiedy idziemy chodnikiem, pilnuję żeby szła ze mną za rękę, żeby nie szła przy krawędzi chodnika. W autobusie nie pozwalam jej wstawać, kiedy wsiadamy wybiera sobie miejsce i na nim musi spędzić całą podróż - innej opcji nie ma. Nie przewidziałam raz, że dziecko wyjęte z wanny, spróbuje pójść gdzieś samo i uderzy głową o płytki. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. 

Ten przydługi wstęp był po to, żeby przytoczyć kilka sytuacji, które zdarzyło mi się obserwować. Wszystkie miały miejsce na tej samej drodze. Po wyjściu z naszego osiedla, żeby dostać się na przystanek musimy około 150 metrów przejść ulicą bez chodnika. Kierowcy zachowują się tam bardzo różnie, jedni zwalniają, inni wchodzą w zakręt jak szaleni, jedni przezornie poczekają aż przejedzie samochód nadciągający z drugiej strony, inni na siłę będą próbowali przejechać. Na pieszych uwagi nie zwracają tak samo rodzice, jak i osoby bezdzietne (trochę się w końcu tych ludzi już zna i kojarzy).

Sytuacja nr 1 

Okolice godziny 8, z naszego osiedla wyjeżdżają kolejne samochody, wszyscy spieszą się do pracy, do szkoły albo do przedszkola. Mama pcha wózek, za nią, w odległości dwóch-trzech kroków idzie starsza pociecha i ogląda gazetkę dla dzieci. Chłopiec w ogóle nie zwraca uwagi na to co dzieje się wokół niego, mama ma wzrok skierowany na wózek. A za nimi i przed nimi samochody. Nic się nie stało, ale mogłoby, gdyby maluch zaaferowany tym, co zobaczył w gazetce stracił równowagę albo nagle chciał pokazać coś mamie i ruszyłby do niej...

Sytuacja nr 2

Późne popołudnie, listopad. Wracamy z baletu, czyli jest około godziny 19. Na przystanku mijamy tatę z trzylatkiem na rowerze biegowym. Chłopiec radzi sobie świetnie. Jesteśmy w połowie tej drogi bez chodnika i nagle słyszę za sobą krzyk tego taty, odwracam się, a młody śmiga slalomem po całej szerokości jezdni. Tata krzyczy, ale nie wpada na pomysł, żeby zabrać rower, wziąć syna ze rękę i przejść te kilkadziesiąt metrów. Robi tak wielu innych rodziców i robimy tak my, bo kierowców-szaleńców naprawdę nie brakuje. Tosia początkowo buntowała się, kiedy zabieraliśmy jej wózek/hulajnogę/rower, ale zrozumiała (chyba), że robimy to dla jej bezpieczeństwa.

Sytuacja nr 3

Godzina 17, szczyt powrotów z pracy. Dwóch ojców rozmawia stojąc na chodniku. Wokół nich biega dwóch chłopców, raz wybiegną na ulicę, innym razem krążą wokół rozdzielni prądu z wiele mówiącym napisem: Nie dotykać, niebezpieczne dla życia. Dzieci co jakiś czas zatrzymują się przy tym małym, betonowym domku skrywającym prąd i próbują zajrzeć do środka. Wiem, wybuch takiego transformatora byłby nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, ale jednak jakieś niebezpieczeństwo istnieje. Poza tym trzeba najmłodszych na takie miejsca uczulać. Żeby potem nie żałować.

Każdy z nas robi głupoty, każdemu zdarza się popełniać błędy, nikt nie jest idealny. Ale od dnia, w którym zostajemy rodzicami, odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za siebie, ale też za te małe skarby, które pojawiły się w naszym życiu. 
Nie ma co popadać w fatalizm i zaprzestać wychodzenia z domu, ale warto myśleć, także za dziecko, ono naprawdę wielu rzeczy nie potrafi przewidzieć. Może czasem zanim wyjmiemy spokojnego roczniaka z wózka w jadącym autobusie, zastanowimy się, czy to na pewno niezbędne, bo co w sytuacji, kiedy autobus gwałtownie zahamuje, a maluch uderzy głową w jakąś rurę (a taką sytuację niestety widziałam). A może czasem warto chwycić malca za rękę, kiedy idziemy przy ruchliwej ulicy? Może warto go ostrzegać przed nieodpowiedzialnymi kierowcami? Uświadamiać jakie niebezpieczeństwo na niego może czekać. Dziś najczęściej przemieszczamy się samochodami, zapominając o tym, jak to jest chodzić pieszo albo jeździć komunikacją miejską, a przecież za kilka lat nasze pociechy wsiądą same do tramwaju albo będą wracać same ze szkoły. Niech się uczą od małego, że o własne bezpieczeństwo warto dbać, a najlepszym wzorem będziemy dla nich my!




Mam córkę!

To przyszło nagle i dość niespodziewanie. Właściwie nikt nie wie, kiedy dokładnie to się stało, choć od kilku miesięcy działy się w moim życiu rzeczy, które pozwalały podejrzewać, że ten moment nadchodzi.

Najpierw w mojej torebce zaczęły pojawiać się spinki do włosów, wkrótce dołączyły do nich kolorowe gumki, łączyłam to jednak bardziej z moimi zaniedbaniami, niż z faktyczną zmianą, która nadchodziła. W tym samym czasie, na najniższym drążku w szafie zaczęły pojawiać się sukienki, było ich mnóstwo i odnoszę wrażenie, że co miesiąc ich przybywa. Powoli brakuje wieszaków, powoli żegnam się z kolejnymi parami spodni. 
Potem w domu pojawiły się lalki, najpierw jedna sztuka lalki zwanej Barbie, potem dołączyły do niej Anna i Elsa, w Boże Narodzenie dołączyła do nich Barbie-baletnica i Steffi. Lokomotywy trafiły do kartonu i są wyjmowane tylko w dniu wyjazdu do dziadków.
Z lalkami przybyły kolorowanki z księżniczkami, na nich Bella, Śpiąca Królewna, Kopciuszek i Roszpunka. Są wszędzie, w każdym pomieszczeniu, od rana do wieczora, regularne przerwy na kolorowanie. 
Pojawił się również kartonowy domek dla lalek do kolorowania, w którym co wieczór układane są wszystkie lalki oraz zamek księżniczek z serii Play-Doh do zabawy ciastoliną. Zamek jest ulubioną zabawką, a kolekcja figurek jest regularnie wzbogacana. W tajnej szafie już czeka zestaw postaci z bajki Jej wysokość Zosia, która jest ostatnio bajką ulubioną. 



Nie ma śladu po mojej chłopczycy, jest księżniczka, jest dama w sukience i srebrnych pantofelkach, jest baletnica w tiulowej sukience. Jest to o czym, prawdopodobnie, marzy każda przyszła mama dziewczynki - są sukienki, buciki, spineczki i gumeczki. 
Róż nas nie opanował, ale kiedy zapytać ją o ulubiony kolor bez wahania wymienia różowy. Jest snucie planów o ślubie, jest chłopak w przedszkolu, chęć malowania paznokci, posiadania własnych kosmetyków do makijażu i flakonika perfum. Są wreszcie coraz dłuższe włosy, kitki, koki, warkocze i chyba właśnie one sprawiają, że coraz mniej w Tosi bobasa, a coraz więcej prawdziwej dziewczynki! I nie ma w tym ani naszej zasługi, ani naszej winy, po prostu wydarzyło się to obok nas, nagle stała się mała damą:)


Był ksiądz....

z wizytą duszpasterską, potocznie zwaną kolędą przyszedł. Dwóch ministrantów z nim przyszło, zaśpiewali kolędę i wyszli, a mąż biegł za nimi, żeby im coś do skarbonki wrzucić. 

A ksiądz? Ksiądz mieszkanie poświęcił, modlitwę odmówił, nie pytał, czy może zostać (choć ostatnio wszyscy o to pytali). Może widział, że na rozmowę mamy ochotę, a może taka jego proboszczowska natura. Za herbatę, kawę, sok i wodę podziękował, bo we wcześniejszych mieszkaniach już wypił. Usiadł na kanapie i nie zaczął rozglądać się tęsknym wzrokiem w poszukiwaniu koperty. Zdjęciem wiszącym nad telewizorem się zainteresował, że takie ładne, że takie wesołe, z jakiej okazji powstało pytał. Nie komentował genderowych i feministycznych książek piętrzących się na regałach, o geju Witkowskim, pijaku Pilchu i antypolaku Gombrowiczu słowa nie powiedział. O przedszkole pytał, do którego chodzi, dlaczego tam, bo przecież są inne bliżej, ale powody podane przez nas absolutnie go uspokoiły, że problemem dla nas nie jest te pięć minut w samochodzie, zamiast dwóch. Powspominał jak tu wokół tylko pola były, jak plany mu burmistrz dopiero pokazywała, że tu bloki będą, a tu szkołę gmina wybuduje. O plac zabaw zapytał, czy dzieci dużo i, czy się im podoba. O religii w przedszkolach porozmawialiśmy, że w wielu nie ma, a mogłaby być, dla chętnych oczywiście, bez zmuszania, żeby dzieciom wiarę przybliżyć i rodzicom sprawę ułatwić, bo czasem nie wiedzą jak na niektóre pytania dotyczące wiary odpowiedzieć językiem dla dziecka zrozumiałym. Bo jego, proboszcza, serce boli, kiedy dziecko przychodzi do komunii się przygotowywać i nie umie znaku krzyża zrobić i, że to taki stres dla dziecka, bo szuka wzrokiem kolegi, który podpowie co i jak zrobić trzeba. O zajęciach dodatkowych rozmawialiśmy, o wysyłaniu dzieci na angielski, kiedy słabo po polsku mówią, o zrzucaniu odpowiedzialności na przedszkole i szkołę, o narzucanie nauczycielom konieczności wychowywania dzieci.  

Aż żal było się żegnać, kiedy wychodził, żeby kolejną rodzinę odwiedzić. Poszedł jeszcze pożegnać się z Tosią, która nieco znudzona rozmowami dorosłych, poszła do siebie i tam zaczęła się bawić. 
I w korytarzu tę straszną kopertę dostał, nie przeliczał, upchnął do teczki, z którą przyszedł. Upchnął w pierwsze wolne miejsce, nie opisywał numerem mieszkania i naszym nazwiskiem. Podziękował nieco zakłopotany, bo wie, że ludzie wydatków dużo mają. Ale my dobrze wiemy, że jemu wydatków też nie brakuje, bo kościół cały czas w budowie i kredytów do spłacenia jeszcze kilka zostało. 

Kolejna kolęda za nami, znowu było tak normalnie, miło, życzliwie. Znowu ksiądz nie szukał kontrowersji, nikogo nie atakował, nie agitował politycznie. Życie parafian go interesowało, czy dobrze się mieszka i, czy w kościele parafialnym wszystko się podoba. 

Nuda? 
Nie narzekamy i wpuścimy znowu, za rok!

(zdjęcie ze strony liturgiczne.com)

Dajesz na WOŚP? A może dajesz na Caritas?

Internet oszalał, wszystko z powodu wypowiedzi krytykujących Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i poddających w wątpliwość uczciwość rozliczania zebranych przez nią pieniędzy. Temat powraca co roku i zawsze znajdzie się "mądry" ksiądz albo polityk. I z roku na rok drażni coraz bardziej.

Do puszki WOŚP nie wrzuciłam raz, w pierwszym roku jej grania. Powód był banalny. W mojej okolicy nie było żadnego wolontariusza z puszką. Potem wrzucałam co roku i wrzucam do dziś. Kibicowałam i kibicuję temu zjawisku od początku. Bo jak nie wspierać czegoś tak dobrego?! 
Choć nie ukrywam, że zawsze się zastanawiam dlaczego musimy składać się na sprzęt ratujący ludzkie życie, dlaczego nasze państwo samo nie zapewnia odpowiedniej opieki najmłodszym i najstarszym Polakom? I wtedy mam ochotę zapytać tych wszystkich polityków, którzy sprawują władzę i krytykują Owsiaka, co zrobią kiedy zabraknie pieniędzy z ogólnopolskiej zbiórki, a sprzęt medyczny zużyje się albo zepsuje?

O słuszności i wielkości idei Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pisać nie będę, każdy myślący człowiek ją rozumie. Kiedy Tosia się urodziła zobaczyliśmy jak wiele sprzętu w szpitalu, w którym przyszła na świat pochodzi ze środków zebranych w ramach tej ogólnopolskiej zbiórki. Na inkubatorze, w którym leżała było znane nam dobrze czerwone serduszko, w jej książeczce zdrowia widnieje naklejka z wynikiem badania słuchu wykonanym za orkiestrowe środki. Dzieci naszych znajomych i rodziny również miały zbadany słuch, części z nich sprzęt ufundowany przez WOŚP uratował życie. Doceniamy więc te wszystkie dobre rzeczy, które wydarzyły się w polskiej służbie zdrowia dzięki pomysłowi Jurka Owsiaka. I nie mówimy o WOŚP źle, nikt w naszym otoczeniu źle nie mówi, nawet ci, którzy mają odmienne od nas poglądy polityczne, którym bliżej do obecnej władzy niż nam. To smutne, że część księży i polityków robi wszystko, żeby odebrać Polakom ten wyjątkowy dzień, w którym wszyscy jesteśmy razem, w którym każdy z dumą eksponuje przyklejone do kurtki albo czapki serduszko.
Tak trudno nam, Polakom jednoczyć się przy okazji wydarzeń pozytywnych. Wspólnotą czuliśmy się w dniu śmierci Jana Pawła II, w dni katastrofy smoleńskiej, ale tu jednoczył nas smutek, zjednoczmy się więc w chwilach radosnych, nieśmy razem pomoc najsłabszym!

Wrócę jeszcze do pytania postawionego w tytule. Daję na WOŚP i na Caritas, wrzucam produkty spożywcze do koszy Banku Żywności, w naszym domu w okresie bożonarodzeniowym zawsze jest świeca Caritasu,a przed Bożym Narodzeniem zawsze dokładamy coś do Szlachetnej Paczki i wspieramy akcję radiowej Trójki Święta bez granic. Każda z tych organizacji robi coś dobrego, każda wspiera inną grupę osób, każda pomaga. Jedni fundują sprzęt dla szpitali, inni pomagają ubogim, jeszcze inni niepełnosprawnym. W ten sposób staramy się uczyć Tosię dzielenia się z innymi, dzielenia się z tymi, którzy znajdują się w trudnej sytuacji, którzy potrzebują pomocy. Kiedyś ona może znowu potrzebować pomocy, tak jak potrzebowała inkubatora z serduszkiem.


Moje zdanie w sprawie sześciolatków!

Stało się! Marzenie wszystkich rodziców i ich dzieci zostało spełnione. Błędy zostały naprawione. Odtąd dzieciństwo będzie tak długie jak być powinno, odtąd żadne dziecko nie przekroczy progu szkoły nieprzygotowane. Cieszycie się? My nie.

Tosia nie może się doczekać dnia, w którym rozpocznie naukę w szkole. Uwielbia swoje przedszkole, ale szkoła wywołuje w niej bardzo pozytywne uczucia (nie wiem dlaczego, bo wśród bliskich nam rodzin jest tylko jeden uczeń). Jednym z powodów jest zapewne to, że szkołę wybudowano tuż obok naszego domu i przez cały czas budowy regularnie ją odwiedzaliśmy, a Tosia od początku wiedziała, że tu budują jej szkołę. Drugi powód to zapewne brak negatywnych historii i czarnych wizji związanych z edukacją, które moglibyśmy jej zaserwować. Ja wspominam szkołę bardzo dobrze, lubiłam się uczyć, wiedza w zasadzie sama wchodziła mi do głowy, lubiłam koleżanki, kolegów i nauczycieli, lato zawsze niemiłosiernie się dłużyło i odliczałam dni do 1 września. Mąż również złego słowa o swojej ścieżce edukacyjnej nigdy nie powiedział. Tacy z nas szczęściarze. Uczniowie elitarnych, kameralnych szkół podstawowych? Ależ skąd. Chodziliśmy do dwóch różnych szkół, w niegdyś robotniczej dzielnicy, w klasach mieliśmy dzieci z rodzin kierowców, sprzedawców, raczej nie było dzieci z rodzin profesorskich, niewielu rodziców miało skończone studia, byli za uczniowie z rozbitych rodzin, którzy nigdy nie spotkali własnego ojca, były dzieci z pobliskiego domu dziecka. Trudno więc mówić o izolowaniu od problemów, o cieplarnianych warunkach. Mimo wszystko było fajnie! Do dziś utrzymujemy kontakt z ludźmi, których poznaliśmy w podstawówce. Liceum wybieraliśmy już świadomiej, więc mąż pozostał w robotniczej dzielnicy, a ja uciekłam do centrum, do szkoły, która świetnie wypadła w rankingach. I znowu - żadne z nas nie przeżyło traumy, daliśmy radę, zdaliśmy maturę, a potem egzaminy na studia. Trudno więc oczekiwać od nas żebyśmy zaczęli Tosię straszyć szkołą, po prostu nie mamy takich doświadczeń.

Bez żadnych oporów przyjęliśmy decyzję poprzedniego rządu o obniżeniu wieku rozpoczęcia edukacji. Nie pojmowaliśmy tego ani jako kary, ani jako wielkiej szansy. Niech idzie, dzieci teraz są bystrzejsze, szybciej dojrzewają, szybciej poznają świat. Chodzą na angielski, na judo, na basen. Potrafią obsługiwać tablet i znaleźć odpowiednią aplikację na smartfonie rodziców. Czym więc może im grozić pójście do szkoły? Poza tym teraz często dzieci z jednego przedszkola kontynuują naukę w tej samej klasie w podstawówce. Nie baliśmy się tego, że pójdzie do szkoły w wieku sześciu lat, przeciwnie! Cieszyło nas to. Nie martwiliśmy się wakacjami, feriami, przerwami świątecznymi. Wyszliśmy z założenia, że nasi rodzice jakoś ogarniali ten temat, nam udało się nie podpalić domów rodzinnych, więc i z Tosią sobie poradzimy. Nie martwiła nas konieczność odrabiania z dzieckiem lekcji, bo sami odrabialiśmy je ponad dwadzieścia lat temu, więc i ona będzie to robić. W zasadzie wszystko mieliśmy ułożone w głowach, panie z przedszkola sugerowały, że Tosia jest zdolna, mądra i rozgarnięta.
 Obaw nie było, ale teraz już są.
Bo jak te nowe-stare szkoły z siedmiolatkami w pierwszych klasach będą wyglądać? W tym roku pójdzie do szkół pewnie połowa (a może i więcej) sześciolatków, do tego siedmiolatki odroczone rok temu. A potem? Tylko siedmiolatki, a młodsi jak kiedyś, tylko ci zdolniejsi i chętni. Rozumiem. Pani minister wspominała coś o zerówce dla młodszych, których rodzice będą pewni tego że ich dzieci pójdą do szkoły rok wcześniej. A kto to zorganizuje? Przedszkole? Podzielą grupę Tosi na dwie? Jedna - zdolniejsza/ambitniejsza będzie uczyć się literek, a druga bawić się na dywanie? Czyli więcej pań zatrudnią? A może dzieci, która mają iść do szkoły będą na czas zajęć prowadzić do starszej grupy i tam pani będzie prowadzić edukację w grupie trzydziestoosobowej? A może to ci nadambitni rodzice sami będą edukować dzieci w domach?

A co zrobią szkoły? Jak podzielą dzieci? Zrobią specjalną klasę dla dzieci sześcioletnich, czy rozdzielą sześciolatki do innych klas? I jak podzielą te klasy? Według daty urodzenia? Tosia (urodzona we wrześniu) trafiłaby do klasy z dziećmi z końca roku, czy może tymi z początku (różniłyby ich niemal dwa lata)? Pytania się mnożą i coraz bardziej przeraża nas ten bałagan, który funduje nam rząd. Robią to podobno na prośbę rodziców, którzy nie chcą odbierać swoim dzieciom dzieciństwa i, którzy najlepiej wiedzą co jest dobre dla ich pociech. Na pewno? Czy dzieciństwo kończy się w dniu przekroczenia po raz pierwszy progu szkoły? Czy dawanie dzieciom tabletów, zamiast rozmowy albo wspólnej zabawy to jest ta "najlepsza" forma spędzania czasu z dzieckiem?
Znam wielu rodziców, większość pozytywnie podchodziła do pomysłu sześciolatków w szkołach, ci którzy byli temu przeciwni rzadko mówili o niedojrzałości dzieci, zawsze jednak wspominali o dwumiesięcznych wakacjach i własnej wygodzie, którą daje otwarte niemal cały rok przedszkole.

Czy nie lepiej byłoby zamiast odwoływać całą reformę, doinwestować szkoły, zmusić nauczycieli do nieustannej edukacji? Czy rodzice naprawdę myślą że jeśli nauczyciel nie radzi sobie z sześciolatkami (albo nie umie/nie chce uczyć tych maluchów), to lepiej będzie radził sobie z siedmiolatkami? Zły, znudzony albo zniechęcony nauczyciel nigdy nie trafi do uczniów, bez względu na to ile oni będą mieli lat. Nauczyciel, który nie lubi uczyć albo nie lubi uczniów nigdy nie rozbudzi w nich pasji zdobywania wiedzy!
Po raz kolejny okazało się jednak, że najlepiej wszystko zburzyć, zniszczyć i nie oglądać się na to co myślą wszyscy, tylko na to co krzyczą ci najgłośniejsi. Sama widzę na wielu blogach i forach wpisy rodziców, którzy wysłali sześciolatka do szkoły i choć początkowo mieli obawy (myślę, że ma je każdy rodzic, kiedy jego dziecko idzie do nowej szkoły, także do liceum), teraz cieszą się z tego, że mają w domu ucznia. Zadowoleni są rodzice - zadowolone są dzieci.
A tu zmiana... 
Kto na niej ucierpi najbardziej?

Moje Boze Narodzenie

Święta nigdy nie wiązały się dla mnie ze stresem, nigdy nie podchodziłam z niechęcią do spotkań z rodziną, lubiłam wyjazdy do dziadków, do kuzynostwa, lubiłam kiedy goście przyjeżdżali do nas. W moim rodzinnym domu na kilka dni przed każdymi świętami rozpoczynały się mniej lub bardziej nerwowe przygotowania, nie wiązały się one jednak z kłótniami, sporami. Podział obowiązków był jasny i każdy wiedział co ma robić. U nas jest podobnie, więc niecierpliwie czekam na Boże Narodzenie.

Coraz częściej w rozmowach z bliższymi i dalszymi znajomymi słyszę, że oni nie lubią świąt, że rodzinna atmosfera ich męczy, że święta są po to, żeby odpocząć, a nie po to, żeby stać przy garach, a potem usługiwać gościom. Rodziny są różne, dla wielu osób już samo gotowanie potraw, których nie przygotowuje się regularnie bywa trudne i stresujące. Ja w kuchni odpoczywam, uwielbiam piec i gotować, ale wiem, że są ludzie, którzy tego nie lubią i nawet nie próbuję ich przekonywać do swoich racji. Mnie gotowanie naprawdę cieszy, nie wiem czego to jest kwestia, dobrej organizacji, spokoju w głowie, ale nigdy przed świętami nie jestem w niedoczasie. Nieważne, czy spędzamy je u kogoś, czy zostajemy w domu, wszystko udaje nam się przygotować na godzinę, która została wcześniej ustalona. Nie ma nerwowego biegania i poszukiwania, sytuacja jest dynamiczna, ale panujemy nad nią.

Ja lubię spotykać się ze swoją rodziną, ale wiem, że są ludzie, którzy nie znoszą swoich ciotek i wujków, których męczy zrzędzenie babci i wieczne narzekanie matki. U nas nikt nie narzeka aż tak, bo narzeka przecież każdy, ale kiedy się spotykamy, cieszymy się czasem, który został nam dany. 
Świąteczny odpoczynek? Odpoczywamy wieczorami, kiedy wrócimy do domu albo kiedy goście pojadą do siebie. Wtedy bez pośpiechu jemy kolację, gadamy, czytamy książki albo oglądamy filmy. Tak było w moim domu rodzinnym i ten zwyczaj przeniosłam do naszej małej rodziny. Po Świętach nie wracam do pracy z poczuciem ulgi, że to już, że nareszcie skończył się ten męczący czas. Przeciwnie, maksymalnie przedłużam czas urlopu świąteczno-noworocznego wybierając zaległy urlop. Mamy wtedy jeszcze więcej dni dla siebie, dni, które zamiast w pracy i przedszkolu spędzamy na spacerach, na pogaduchach i na wygłupach. Tak robił (i robi nadal) mój tata, a ja ten zwyczaj kultywuję. 
W tym roku zamęczałam męża prośbami o jak najszybsze przywiezienie choinki, obserwowałam Wasze zdjęcia i zazdrościłam Wam, że w domach macie już ubrane drzewko, a ja cały czas czekam. Teraz choinka czeka na balkonie aż wniesiemy ją do domu, ozdobimy lampkami i bombkami.  

Co najważniejsze uwielbiam również tę metafizyczno-religijną warstwę Bożego Narodzenia, kolędy, żłóbek w kościele i przede wszystkim Pasterkę (na którą pierwszy raz od czterech lat uda nam się pójść). Lubię dotykać tej Tajemnicy, która stała się naszym udziałem. A w tym roku czuję niezwykłość tej nocy wyjątkowo mocno, bo Tosia rozumie coraz więcej, sama pyta i zachwyca się tamtymi wydarzeniami.

Wiele osób mówi mi, że tak czekam na Święta, bo mamy Tosię, ale ja czekałam na nie zawsze, bo zawsze niosły ze sobą coś dobrego, przyjemnego, były ciepłe i rodzinne. Po prostu takie jakie powinny być Święta!
   

A Wam na te wyjątkowy czas życzę spokoju, miłości i rodzinnego ciepła.
Niech radość płynąca z Bożego Narodzenia wypełni Wasze serca szczęściem,
nie traćcie czasu na kłótnie i spory,
cieszcie się wyjątkową chwilą, która została nam wszystkim dana.
Dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, 
którym jest Mesjasz, Pan
(Łk 2, 11)  



500 złotych na dziecko - my nie dostaniemy

Podobno rozpoczęły się szerokie konsultacje społeczne dotyczące sztandarowego projektu partii rządzącej, czyli "500 złotych na dziecko". Nikt mnie do tych konsultacji nie zaprosił, więc swoją opinię na ten temat wyrażę tutaj! Na drugie i każde kolejne, choć nawet pani premier w dzisiejszym wywiadzie powiedziała: "500 złotych na każde dziecko". Ot, tak skrót myślowy, małe niedopowiedzenie, a potem się niektórzy dziwią, że im jednak przysługiwać nie będzie. 

Tak jak nam, bo dziecko mamy jedno, a jeśli kiedykolwiek podejmiemy decyzję o drugim, to na pewno nie wpłynie na nią sławne 500 złotych. A gdyby te pieniądze miały nas motywować, to szczerze mówiąc trochę bałabym się tego, że w czasie ciąży powiększy się dziura budżetowa, trzeba będzie pomóc górnikom, dołożyć pielęgniarkom i 500 zł zniknie tak szybko jak się pojawiło. 

Tak, jesteśmy rodzicami jednego dziecka, to nasza sprawa ile dzieci mamy, ile chcemy mieć, czy i dlaczego mamy je w ogóle. Nie oceniamy rodzin wielodzietnych, patrzymy z podziwem na mamy, które wychowują pięcioro dzieci oraz na takie, które prowadzą rodzinne domy dziecka. Nasze dziecko nie jest w niczym gorsze od swoich rówieśników, którzy mają rodzeństwo, oni w niczym nie są lepsi od niej. Dlaczego więc ktoś twierdzi, że my wychowujemy ją dla siebie, bo każde dziecko powyżej jednej sztuki wychowuje się dla państwa?! 
Jedni decyzję o posiadaniu dzieci i konkretnej liczby potomków podejmują sami (warunki mieszkaniowe, sytuacja w pracy, wsparcie ze strony babć, oferta żłobków i przedszkoli), za innych decyduje los (kwestie medyczne, traumatyczny pierwszy poród), nic nikomu do tego. Przekonanych do posiadania większej ilości dzieci 500 złotych nie przekona, ewentualnie może przyspieszyć ich decyzję o staraniach, tych którzy chcą mieć jedno dziecko 500 zł nie skusi i nie zmieni ich postanowienia - chcieli jedno, mają jedno. Ja jestem jedynaczką, czy to oznacza, że moi rodzice są egoistami? To chyba ostatnie słowo, którymi mogłabym ich określić. Ktoś zarzuci im, że teraz tylko jedno dziecko pracuje na ich emerytury? No, przepraszam, pracowali dostatecznie długo, niech odpoczną, należy im się. 

Wracając jednak do głównego wątku, czyli dlaczego powinni dostać wszyscy. Izabela Łukomska-Pyżalska - mama sześciorga dzieci, która na brak pieniędzy nie narzeka, ogłosiła ostatnio, że jej dzieciom te pieniądze także się należą, mimo tego, że pochodzą z bogatej rodziny. I absolutnie się z nią zgadzam, skoro obiecywano to każdemu (drugiemu i kolejnemu dziecku), to dlaczego one miałyby tych 500 złotych nie dostać? Jedni krzykną, że to niesprawiedliwe, bo mają dosyć i dodatkowe bonusy od państwa nie są im potrzebne, przecież samotna matka z jedynym dzieckiem, która zarabia najniższą krajową nie dostanie ani złotówki, bo przekracza dopuszczalny dochód. Rząd apeluje do bogatych, żeby po te pieniądze nie szli, bo im nie wypada. Ale tak naprawdę dlaczego nie mają iść? Skoro dają, to biorą! Mnie to nie dziwi. Nie miejmy więc pretensji do bogatych, którym się udało, którzy zarobili więcej, którzy dostali pieniądze od rodziców. To autorzy pomysłu nie przemyśleli składanej propozycji. Nie pomyśleli o rodzicach jedynaków, którzy spłacają kredyty na kawalerki i dwupokojowe mieszkania na obrzeżach dużych miast, którzy zarabiają razem tyle, że przekraczają dopuszczalne progi i nie dostaną 500 zł na pierwsze dziecko, które przysługiwać będzie najbiedniejszym. Jednak dużą część swoich miesięcznych zarobków przeznaczą na spłatę raty kredytu hipotecznego, w ten sposób spełniając dość podstawową jednak potrzebę posiadania mieszkania dla siebie i swojego dziecka. Czy ci rodzice dostaną jakieś wsparcie od państwa, czy jedynie zostaną zachęceni do aktywniejszej prokreacji żeby ten bonus otrzymać? A może ktoś wbije im nóż w plecy likwidując ulgę podatkową, która przysługuje im dzisiaj i często ratuje domowe budżety, daje szansę na jakiś extra wydatek, na wakacje, na kurs angielskiego albo na kolonie dla pociechy? 

Poza tym 500 zł to przysłowiowa ryba, nikt nie pomyślał o tym, żeby dać rodzinom wędkę, żeby zachęcić matki, które po urodzeniu dzieci nie wróciły do pracy do ponownego wejścia na rynek pracy. Dzieci poszły do przedszkoli, do szkół, a mamy zostały same. Część z nich robi w domu mnóstwo rzeczy (szyją, blogują), są jednak i takie, które popadły w marazm, z którego same mogą się już nie wydostać. Im trzeba pomóc w lepszy sposób, niż przelewając na ich konto pieniądze. 
I jest jeszcze kwestia rodzin patologicznych, co prawda wspomina się co jakiś czas o bonach, które te rodziny dostają, o instytucjach, które mogłyby wydatkowanie tych pieniędzy kontrolować. Dobrze jednak wiemy jak to jest i pewnie część tych naprawdę biednych dzieci, z rodzin dotkniętych uzależnieniami nie ujrzy nawet paczki pieluch albo tabliczki czekolady kupionych za te pieniądze. Cały czas słyszymy również o utracie zasiłków socjalnych, stypendiów i różnych form pomocy, z których korzystały ubogie rodziny. Pani minister powiedziała, że w ten sposób te rodziny wyjdą spod kurateli opieki społecznej, bo to wina państwa, że im do tej pory nie pomogło i do opieki musieli chodzić. Ale czy to na pewno o to chodzi? Opieka społeczna sprawowała jednak nad swoimi podopiecznymi jakąś kontrolę, a teraz? Kto się tym zajmie? Powstanie jakaś nowa organizacja?

I na koniec dodam, że gdyby 500 złotych przysługiwało na wszystkie dzieci, wielu rodzicom jedynaków (zwłaszcza tym mniej zamożnym) pewnie łatwiej byłoby zdecydować się na drugie dziecko. Przez dziewięć miesięcy ciąży mogliby przygotować dom na nowego członka rodziny, kupić wszystkie potrzebne sprzęty i ubrania (które już być może zostały oddane innym) bez konieczności oszczędzania na dziecku, które już jest.

A Wy co myślicie na ten temat?
 Czy 500 złotych na dziecko skłoniłoby Was do powiększenia rodziny? 
Bo nie ma co ukrywać, że wzrost demograficzny jest również jedynym z celów tego programu.


Dzień matki pracującej

Pomysł nie jest mój, podpatrzyłam go na blogu Mamine Skarby, tam poświęcony był dniu mamy-blogerki, która nie chodzi do pracy, ja do pracy chodzę, więc jak taki zwykły dzień wygląda u mnie?
RANO
Budzik dzwoni o 5:50, jeszcze kilka minut w łóżku i czas wstawać, szybko ogarniam rzeczywistość, robię herbatę i budzę Tosię. Ta wypija mleko, ubiera się, wypija łyżkę tranu, myje zęby i jest gotowa do wyjścia. Dom opuszczamy ok. 6:50-7:00. Do przedszkola docieramy do 5 minutach, zmiana obuwia, szybki buziak i rozstanie. Tosia zostaje pod troskliwą opieką pani i w towarzystwie koleżanek, je idę na przystanek, z którego już za chwilę odjedzie autobus. W autobusie czytam, bo tak naprawdę często tylko wtedy mam na to czas i siły. 
KOLEJNE OSIEM GODZIN
Spędzam w pracy, co tu dużo pisać? Co się robi w pracy każdy wie. W drodze do domu robię często szybkie zakupy, potem podróż autobusem i po 17 wracam do dziecka. Zjadam obiad i mam czas dla niej. Co robimy? Różnie, czytamy, rysujemy, kolorujemy, zdarza się nam również usiąść pod kocykiem i oglądać bajki. Możemy się wtedy tulić i gadać o tym, co robiłyśmy w ciągu dnia. 
O 19 przychodzi czas kąpieli, która trwa od dwudziestu do trzydziestu minut, potem czytanie przed snem i najpóźniej o 20 dziecko śpi.
Plan popołudnia wygląda inaczej w środy, kiedy Tosia idzie na balet, wtedy z trzech godzin razem robią się dwie, ale póki balet sprawia jej przyjemność i  chce na te zajęcia chodzić, nie bronimy jej.

WIECZÓR (KIEDY DZIECKO ŚPI)  
Prasowanie, gotowalnie,  blog, pisanie recenzji dla portalu Qlturka.pl i tak mija czas, bo o 23 najczęściej już śpię, żeby następnego dnia wstać o 5:50. Na wiele rzeczy brakuje czasu i sił, dzień jest za krótki, kiedy większość dnia spędzam w pracy i w drodze do niej. Przydałyby się jeszcze przynajmniej dwie godziny dla Tośki. Pocieszam się myślą o wiośnie i lecie, o dłuższych dniach, kiedy będziemy mogły po moim powrocie z pracy wychodzić na spacer albo na plac zabaw.

Jak widać w tygodniu spędzam z Tosią jakieś trzy-cztery godziny. Mało? Mało, zdecydowanie za mało. Nie odbieram jej z przedszkola, wracam późno, jestem zmęczona, ona jest zmęczona. Taki los matki pracującej. Nic nie poradzę. Codziennie spotykamy w szatni kolegę Tosi, którego mama wychodzi z domu i wraca do niego o tej samej porze co ja. Nie jestem jedyna - jakieś pocieszenie to jest. 

Na szczęście są weekendy! Jak je spędzamy? Intensywnie, choć wszystko zaczyna się od leniwego poranka, kakao pite w piżamach, potem ruszamy w miasto, teatr, kino, dwa tygodnie temu wycieczka parowozem, a w minioną sobotę wycieczka do galerii handlowej i nieograniczony czas na podziwianie wystaw u jubilera, gofry i przejażdżka świąteczną kolejką. Popołudniu zaś spacer na poznański Stary Rynek, a tam świąteczna atmosfera i świąteczne przysmaki. Niedziele nieco spokojniejsze, bo najczęściej spędzamy popołudnie na spacerze (jeśli pogoda dopisze) albo czytamy i kolorujemy. Wieczorem najczęściej porzucam świat wirtualny i ten czas, który spędziłabym przed komputerem poświęcam mężowi. Jest czas na kolację, film, a coraz częściej radio, bo telewizja nie proponuje niczego godnego uwagi. 

NUDA! Nic się nie dzieje, codziennie to samo, dom-praca-dom, ale tak naprawdę na monotonną codzienność narzeka każdy. Ciężarna na zwolnieniu, matka na macierzyńskim, pracownik na etacie. Ja cały tydzień czekam na weekend, który mija tak szybko, że czasem wydaje mi się jakby go w ogóle nie było.