"Mama w domu - nie leży i nie pachnie, tylko pracuje". Akcja blogerek parentingowych. Poznaj mój typowy dzień.

"Mama w domu - nie leży i nie pachnie, tylko pracuje!" to tytuł akcji, której pomysłodawcą jest Aneta z bloga www.mama-dwojki.pl. Powstała ona, po tym jak przeczytała wpis na blogu u Beaty z bloga www.arbuziaki.pl <-- tutaj przeczytasz post, od którego wszystko się zaczęło.

Ten wpis stał się dla niej inspiracją. Pomyślała, że fajnie będzie przeczytać o tym jak inne matki, zmagają się z codziennością. Poczuć, że inne mają podobnie, a tym samym uświadomić całej reszcie społeczeństwa, że my mamy, które siedzimy w domu, także wykonujemy pewny rodzaj pracy. Pracy za którą nam nikt nie płaci. Tylko postrzega przez pryzmat powiedzenia " Leżę i pachnę".


Aneta
wraz z Beatą postanowiły zaprosić do akcji kilka mam blogerek, w tym mnie, aby każda z nich napisała swoją " kartkę z kalendarza". Oto autorki i ich blogi, które podjęły się udziału w akcji.

⚛️ Mama Migotka ( linkujecie www.mamamigotka.pl)
⚛️ Młoda mama pisze ( www.mlodamamapisze.com)
⚛️ Beztroska Mama (www.beztroskamama.pl)
⚛️ Mama po 30tce ( www.mamapo30tce.blogspot.com)
⚛️ Jaśkowe Klimaty ( www.jaskoweklimaty.pl)
⚛️ Kobieca myślodsiewnia (www.kobiecamyslodsiewnia.blogspot.com)
⚛️ Mamatywna (www.mamatywna.com)
⚛️ Pani Domowa (www.pani-domowa.pl)
⚛️ Matka bez kitu (www.matkabezkitu.blogspot.com)
⚛️ Lady Mamma (www.ladymamma.pl)
⚛️ Nowa w wielkim mieście ( http://nowawwielkimmiescie.blogspot.ie/)
⚛️ Mama Balbinka
⚛️ Kiedy Mama nie śpi ( www.kiedymamaniespi.pl)

⚛️ Oli Loli New life - (www.oliloli-newlife.com)


KARTKA Z KALENDARZA TOSIMAMY

Ja, co prawda pracuję na etacie, ale zdarza mi się marzyć o tym, co mogłabym robić, gdybym nie musiała iść na osiem godzin do pracy (o tym, jak wygląda dzień matki pracującej pisałam TUTAJ). Zdarza mi się również przebywać na opiece, czyli spędzać czas w domu z chorym dzieckiem. Niektórym zdarza się powiedzieć, że to dla nas, matek pracujących na etacie, dodatkowe 60 dni urlopu wypoczynkowego. To jest urlop?

Godzina 6 - pobudka, chora czy zdrowa jest tak przyzwyczajona do wstawania o tej porze, że przestawi się dopiero za kilka dni, ale wtedy trzeba będzie wracać do przedszkola

Godzina 6:15 - mleko, 200 mililitrów mleka krowiego podgrzewa się na kuchence, hop do kubeczka
i pijemy (to znaczy ona pije, ja wracam go kuchni i robię dla siebie herbatę),

Godzina 6:30 - rozpoczyna się walka, mleko zostało wypite, o powrocie do łóżka nie ma mowy. No, to bajka. A niech obejrzy, normalnie nie ma na to czasu. A ja? Mogłabym się położyć i zostawić ją z tym telewizorem, ale kiedy tylko zniknę jej z pola widzenia, rozlegają się krzyki typu: Mama, chodź zobaczyć!, Mama, a gdzie są chusteczki?, Mama, a o której będzie śniadanie?
Dlatego zostaję z nią i oglądamy te bajki razem. 

Godzina 8 - czas na śniadanie. Jajecznica, parówki, może płatki? A gdyby tak zwyczajne kanapki? 
Czasem udaje nam się dojść do porozumienia, czasem nie, wtedy robię dwa śniadania;)

Godzina 8:30 - sprzątanie po śniadaniu, na szczęście mamy zmywarkę, więc tylko wkładamy do niej naczynia i możemy ruszyć na podbój świata...

Godzina 9 - oczywiście w ograniczonym stopniu, bo dziecko jest chore, zanim zaczniemy spędzać miło dzień, trzeba jeszcze wziąć lekarstwa albo przygotować inhalację

Godzina 9:15 - zaczynamy od książek, jedna, druga, trzecia i jeszcze pięć innych

Godzina 10:15 - zanim zaczniemy robić coś innego mam szansę włączyć pralkę

Godzina 10:20 - czas na planszówki, na początek Chińczyk, potem Grzybobranie, memo i Monopoly Junior. W niektóre gramy dwa razy, bo przypadkowo w pierwszej rozgrywce wygrałam ja, więc Tosia musiała się odegrać;)

Godzina 12:00 - zostawiam dziecko z kolorowankami i uciekam do kuchni celem ugotowania obiadu. Korzystając z faktu, że jestem w domu Antonina zamawia naleśniki z musem truskawkowym.

Godzina 13:00 - wracam do dziecka, ciasto na naleśniki jest gotowe, mus czeka, kiedy mąż da znać, że wyjeżdża z pracy zabierzemy się za smażenie. Na razie mamy czas na wspólne kolorowanie.
Chociaż nie, wcześniej muszę rozwiesić pranie, które czeka w pralce.

Godzina 14:30 - jemy obiad, wyjątkowo wcześnie, bo normalnie robimy to dopiero, kiedy wrócę z pracy

Godzina 15:00 - mąż ogarnia kuchnię po obiedzie, my dalej wyżywamy się artystycznie, 
teraz czas na farby!

Godzina 16:00 - farby się jednak znudziły i pojawia się prośba o bajkę z TV, ale jak w przypadku porannego oglądania, nie mogę się oddalić nawet o pół metra.

Godzina 17:00 - druga tura rozgrywek w planszówki, tym razem we troje

Godzina 18:00 - to czas kolacji i druga tura lekarstw i inhalacji, w tym czasie ogarniam pokój Tosi,
bo choć zasadniczo ma sprzątać sama, z chowaniem części rzeczy po prostu sobie nie radzi

Godzina 19:00 - kąpiel Tosi, potem czytanie bajki, przytulanie i błogi sen do rana, dziecka oczywiście, bo przede mną jeszcze prasowanie, ale zanim zacznę prasować włączam komputer i zabieram się za pisanie. Kiedy zadowolona z siebie wyłączam komputer i kieruję swoje kroki w stronę łóżka, przypominam sobie o stercie ubrań do prasowania. Cóż zrobić?! Prasuję..., a kiedy wszystkie ubrania złożone w równą kostkę leżą na swoich miejscach,
 mogę wreszcie położyć się spać. Chociaż nie, może warto byłoby jeszcze wyjąć z pralki pranie, które włączyłam po tym, jak Tosia zasnęła i rzucić okiem na kuchnię. Włożyć do zmywarki kubki 
i talerze. Włączać już jej nie będę, to zrobię rano, w końcu jutro też nie idę do pracy.
Tak właśnie wygląda jeden z sześćdziesięciu dodatkowych dni "urlopu" przysługującego matkom. Jest czas na malowanie paznokci, na maseczkę i długą kąpiel... Sielanka! Po prostu sielanka.

Ktoś powie, że umieściłam w planie dnia tyle obowiązków, bo normalnie pracuję i, kiedy biorę dzień wolnego, to chcę zrobić jak najwięcej rzeczy. Ale kiedy byłam na macierzyńskim te dni wyglądały podobnie, chciałam przygotować obiad, ogarnąć mieszkanie, włączyć pranie. Raz wychodziło, innym razem nie, bo Tosia miała kiepski dzień i musiałam przez cały czas nosić ją na rękach. Nie nudziłam się ani przez chwilę... To był naprawdę intensywny czas, bo tak naprawdę nawet siedząc cały dzień w domu robi się mnóstwo rzeczy. Tak, to też jest praca. Zupełnie inna od tej na etacie, ale równie ważna.

Jeżeli podoba Ci się pomysł akcji, będziemy bardzo wdzięczne za udostępnienie naszych "kartek w kalendarza". Pragniemy uświadomić wszystkim, że siedzenie w domu z dzieckiem /dziećmi, jest także formą pracy. Pracy na więcej niż cały etat bo 24 na dobę, siedem dni w tygodniu. Chcemy, aby nikt nam już nie mówił, że nam się nudzi. Że macierzyństwo to sama radość. Przyjemność siedzenia w domu, bez wysiłku fizycznego czy psychicznego. Odwalamy kawał wielkiej roboty i pragniemy tylko, aby postrzegać nas za to co robimy siedząc w domu. Wbrew pozorom, nie leżymy, nie pachniemy. Jesteśmy w biegu i często zamiast pachnieć, pachniemy, ale nieprzyjemnie, nie mówiąc, że brzydko 😉 Padamy ze zmęczenia, ale rano wstajemy. Choć może się walić i palić, my działamy. Każdego dnia, od rana do nocy.

Ja pracuję na etacie, ale łączę się z dziewczynami całym sercem, bo wiem, że ciężko pracują, dlatego pragniemy uświadomić wszystkim, że siedzenie w domu z dzieckiem /dziećmi, jest także formą pracy. Pracy na więcej niż cały etat bo 24 na dobę, siedem dni w tygodniu. Chcemy, aby nikt nam już nie mówił, że nam się nudzi. Że macierzyństwo to sama radość. Przyjemność siedzenia w domu, bez wysiłku fizycznego czy psychicznego.
 
 

 

Rodzicu, wyluzuj...

Pamiętam, jak trochę zazdrościłam mamom rówieśników Tosi, że ich dzieci chodzą, kiedy ona jeszcze raczkowała. Pamiętam, jak zazdrościłam tym rodzicom, którzy opowiadali o swoich mówiących już pociechach, kiedy Tosia mówiła pojedyncze słowa. Zazdrościłam też tym, których dzieci układały puzzle albo potrafiły spędzać całe godziny z kredką w dłoni... Czy było czego zazdrościć?

Dziś mam chyba najbardziej wygadane dziecko w gminie, które na własnych nogach i bez narzekania pokonuje coraz większe odległości. Godzinami rysuje i układa coraz bardziej skomplikowane puzzle. Ile prawdy było w tym, co mówili inni rodzice nie wiem, choć w kilku przypadkach okazywało się, że dziecko, które układało już 60 elementów ledwo radzi sobie z 24, a te rzekomo mówiące "r" wcale go nie wymawiają i ich długie, skomplikowane zdania wcale takie nie są...
Bardzo często słyszę takie opowieści na placu zabaw, mamy prześcigają się opowieściach o kolejnych umiejętnościach swoich pociech. Chyba powinnam chwalić sobie półroczny urlop macierzyński, który przysługiwał mi po urodzeniu Tosi. Przypadł na okres jesienno-zimowy, pozostały mi więc samotne spacery po okolicy. Kiedy na naszym osiedlu powstał plac zabaw, a Tosia zaczęła się na nim bawić, chodziła już do żłobka, więc czas na korzystanie z jego dobrodziejstw mieliśmy w weekendy, wtedy przychodziliśmy tam razem z tatą. Umiem o moim dziecku opowiadać godzinami, ale nie wiem, czy wtedy miało tak wybitne osiągnięcia, żeby opowiadać tylko o niej. Ząb wyszedł jej dość szybko, ale wtedy słyszałam tylko: "O, tak szybko, no to jej błyskawicznie wypadną, bo słabsze będą". Nie chwaliłam się jej odsmoczkowaniem, bo ci, którzy nie widzieli jej wieczorem, kiedy zasypiała nie wiedzieli nawet, że używa smoczka. Z odpieluchowania też nie robiłam wielkiego halo, po prostu zaczęła chodzić bez pieluchy i tyle. Nie zależało mi na tym, żeby chwalić się tym, że chodzi wiosną lub jesienią bez czapki, naprawdę nie czułam się gorszą matką zakładając jej tę czapkę wczoraj, kiedy przed siódmą rano szłyśmy na autobus. I zapisałam ją tylko na balet, choć słyszałam od innych mam, które również przyprowadziły swoje dzieci na zajęcia, że ich dzieci chodzą także na zumbę i na basen. Niech chodzą, my w tym czasie czytamy książki. Jesteśmy lepsi, czy gorsi? Aha, i nie krzyczałabym na nią, gdyby nie chciała chodzić na ten balet, tak jak zrobiła to inna mama, której córka nawet nie chciała wejść do sali, to ma być zabawa - nic więcej, nie wiążemy przyszłości z baletem.

Lubimy się licytować, my-ludzie i my-rodzice. Lubimy się chwalić osiągnięciami naszych pociech i wcale mnie to nie dziwi, bo one po prostu nas cieszą i są powodem do dumy. Weźmy jednak czasem po uwagę, że dla innych mogą stać się powodem frustracji (zwłaszcza jeśli te nasze opowieści są trochę podkolorowane). Maluchy na oczekiwania rodziców będą raczej odporne, gorzej z przedszkolakami zachęcanymi do kolejnych aktywności, zapisywanych na angielski, na lepienie z gliny itp. Rodzicu, wyluzuj! Masz najfajniejsze dziecko w mieście!


Dzień Dziecka

Wczoraj była zabawa na festynie, spacer, lody... Dzisiaj przedszkole, a tam kolejne atrakcje. Czego więcej potrzeba do szczęścia takiemu małemu człowiekowi?

Czasem mówi, że jest smutna. Kiedy się posprzeczamy idzie do swojego pokoju i oznajmia, że w domu nikt jej nie lubi. Zasypiając pyta: "Mamusiu, jesteś zdrowa?". A, kiedy usłyszy odpowiedź twierdzącą każe mi położyć się obok siebie, śpiewać i głaskać. Taka jest... Cudowna, mała księżniczka. Wymarzone, idealne dziecko. Po prostu Tosia. Ma świetną pamięć i doskonałą, jak na trzylatkę dykcję. Pięknie mówi wierszyki w przedszkolu, wspaniale śpiewa piosenki i tańczy. Chciałaby zostać baletnicą albo księżniczką. Moja żaba kochana... Panna w sukience i trampkach. Mała miłośniczka dobrej literatury, a od niedawna fanka teatru lalkowego. 

Czego mogę jej życzyć w dniu jej święta? Żeby każdy dzień przynosił jej uśmiech, żeby codziennie uczyła się czegoś nowego, żeby była najszczęśliwszym dzieckiem świata! A ze swojej strony obiecuję jej w tym pomagać!!!