"Mama w domu - nie leży i nie pachnie, tylko pracuje". Akcja blogerek parentingowych. Poznaj mój typowy dzień.

"Mama w domu - nie leży i nie pachnie, tylko pracuje!" to tytuł akcji, której pomysłodawcą jest Aneta z bloga www.mama-dwojki.pl. Powstała ona, po tym jak przeczytała wpis na blogu u Beaty z bloga www.arbuziaki.pl <-- tutaj przeczytasz post, od którego wszystko się zaczęło.

Ten wpis stał się dla niej inspiracją. Pomyślała, że fajnie będzie przeczytać o tym jak inne matki, zmagają się z codziennością. Poczuć, że inne mają podobnie, a tym samym uświadomić całej reszcie społeczeństwa, że my mamy, które siedzimy w domu, także wykonujemy pewny rodzaj pracy. Pracy za którą nam nikt nie płaci. Tylko postrzega przez pryzmat powiedzenia " Leżę i pachnę".


Aneta
wraz z Beatą postanowiły zaprosić do akcji kilka mam blogerek, w tym mnie, aby każda z nich napisała swoją " kartkę z kalendarza". Oto autorki i ich blogi, które podjęły się udziału w akcji.

⚛️ Mama Migotka ( linkujecie www.mamamigotka.pl)
⚛️ Młoda mama pisze ( www.mlodamamapisze.com)
⚛️ Beztroska Mama (www.beztroskamama.pl)
⚛️ Mama po 30tce ( www.mamapo30tce.blogspot.com)
⚛️ Jaśkowe Klimaty ( www.jaskoweklimaty.pl)
⚛️ Kobieca myślodsiewnia (www.kobiecamyslodsiewnia.blogspot.com)
⚛️ Mamatywna (www.mamatywna.com)
⚛️ Pani Domowa (www.pani-domowa.pl)
⚛️ Matka bez kitu (www.matkabezkitu.blogspot.com)
⚛️ Lady Mamma (www.ladymamma.pl)
⚛️ Nowa w wielkim mieście ( http://nowawwielkimmiescie.blogspot.ie/)
⚛️ Mama Balbinka
⚛️ Kiedy Mama nie śpi ( www.kiedymamaniespi.pl)

⚛️ Oli Loli New life - (www.oliloli-newlife.com)


KARTKA Z KALENDARZA TOSIMAMY

Ja, co prawda pracuję na etacie, ale zdarza mi się marzyć o tym, co mogłabym robić, gdybym nie musiała iść na osiem godzin do pracy (o tym, jak wygląda dzień matki pracującej pisałam TUTAJ). Zdarza mi się również przebywać na opiece, czyli spędzać czas w domu z chorym dzieckiem. Niektórym zdarza się powiedzieć, że to dla nas, matek pracujących na etacie, dodatkowe 60 dni urlopu wypoczynkowego. To jest urlop?

Godzina 6 - pobudka, chora czy zdrowa jest tak przyzwyczajona do wstawania o tej porze, że przestawi się dopiero za kilka dni, ale wtedy trzeba będzie wracać do przedszkola

Godzina 6:15 - mleko, 200 mililitrów mleka krowiego podgrzewa się na kuchence, hop do kubeczka
i pijemy (to znaczy ona pije, ja wracam go kuchni i robię dla siebie herbatę),

Godzina 6:30 - rozpoczyna się walka, mleko zostało wypite, o powrocie do łóżka nie ma mowy. No, to bajka. A niech obejrzy, normalnie nie ma na to czasu. A ja? Mogłabym się położyć i zostawić ją z tym telewizorem, ale kiedy tylko zniknę jej z pola widzenia, rozlegają się krzyki typu: Mama, chodź zobaczyć!, Mama, a gdzie są chusteczki?, Mama, a o której będzie śniadanie?
Dlatego zostaję z nią i oglądamy te bajki razem. 

Godzina 8 - czas na śniadanie. Jajecznica, parówki, może płatki? A gdyby tak zwyczajne kanapki? 
Czasem udaje nam się dojść do porozumienia, czasem nie, wtedy robię dwa śniadania;)

Godzina 8:30 - sprzątanie po śniadaniu, na szczęście mamy zmywarkę, więc tylko wkładamy do niej naczynia i możemy ruszyć na podbój świata...

Godzina 9 - oczywiście w ograniczonym stopniu, bo dziecko jest chore, zanim zaczniemy spędzać miło dzień, trzeba jeszcze wziąć lekarstwa albo przygotować inhalację

Godzina 9:15 - zaczynamy od książek, jedna, druga, trzecia i jeszcze pięć innych

Godzina 10:15 - zanim zaczniemy robić coś innego mam szansę włączyć pralkę

Godzina 10:20 - czas na planszówki, na początek Chińczyk, potem Grzybobranie, memo i Monopoly Junior. W niektóre gramy dwa razy, bo przypadkowo w pierwszej rozgrywce wygrałam ja, więc Tosia musiała się odegrać;)

Godzina 12:00 - zostawiam dziecko z kolorowankami i uciekam do kuchni celem ugotowania obiadu. Korzystając z faktu, że jestem w domu Antonina zamawia naleśniki z musem truskawkowym.

Godzina 13:00 - wracam do dziecka, ciasto na naleśniki jest gotowe, mus czeka, kiedy mąż da znać, że wyjeżdża z pracy zabierzemy się za smażenie. Na razie mamy czas na wspólne kolorowanie.
Chociaż nie, wcześniej muszę rozwiesić pranie, które czeka w pralce.

Godzina 14:30 - jemy obiad, wyjątkowo wcześnie, bo normalnie robimy to dopiero, kiedy wrócę z pracy

Godzina 15:00 - mąż ogarnia kuchnię po obiedzie, my dalej wyżywamy się artystycznie, 
teraz czas na farby!

Godzina 16:00 - farby się jednak znudziły i pojawia się prośba o bajkę z TV, ale jak w przypadku porannego oglądania, nie mogę się oddalić nawet o pół metra.

Godzina 17:00 - druga tura rozgrywek w planszówki, tym razem we troje

Godzina 18:00 - to czas kolacji i druga tura lekarstw i inhalacji, w tym czasie ogarniam pokój Tosi,
bo choć zasadniczo ma sprzątać sama, z chowaniem części rzeczy po prostu sobie nie radzi

Godzina 19:00 - kąpiel Tosi, potem czytanie bajki, przytulanie i błogi sen do rana, dziecka oczywiście, bo przede mną jeszcze prasowanie, ale zanim zacznę prasować włączam komputer i zabieram się za pisanie. Kiedy zadowolona z siebie wyłączam komputer i kieruję swoje kroki w stronę łóżka, przypominam sobie o stercie ubrań do prasowania. Cóż zrobić?! Prasuję..., a kiedy wszystkie ubrania złożone w równą kostkę leżą na swoich miejscach,
 mogę wreszcie położyć się spać. Chociaż nie, może warto byłoby jeszcze wyjąć z pralki pranie, które włączyłam po tym, jak Tosia zasnęła i rzucić okiem na kuchnię. Włożyć do zmywarki kubki 
i talerze. Włączać już jej nie będę, to zrobię rano, w końcu jutro też nie idę do pracy.
Tak właśnie wygląda jeden z sześćdziesięciu dodatkowych dni "urlopu" przysługującego matkom. Jest czas na malowanie paznokci, na maseczkę i długą kąpiel... Sielanka! Po prostu sielanka.

Ktoś powie, że umieściłam w planie dnia tyle obowiązków, bo normalnie pracuję i, kiedy biorę dzień wolnego, to chcę zrobić jak najwięcej rzeczy. Ale kiedy byłam na macierzyńskim te dni wyglądały podobnie, chciałam przygotować obiad, ogarnąć mieszkanie, włączyć pranie. Raz wychodziło, innym razem nie, bo Tosia miała kiepski dzień i musiałam przez cały czas nosić ją na rękach. Nie nudziłam się ani przez chwilę... To był naprawdę intensywny czas, bo tak naprawdę nawet siedząc cały dzień w domu robi się mnóstwo rzeczy. Tak, to też jest praca. Zupełnie inna od tej na etacie, ale równie ważna.

Jeżeli podoba Ci się pomysł akcji, będziemy bardzo wdzięczne za udostępnienie naszych "kartek w kalendarza". Pragniemy uświadomić wszystkim, że siedzenie w domu z dzieckiem /dziećmi, jest także formą pracy. Pracy na więcej niż cały etat bo 24 na dobę, siedem dni w tygodniu. Chcemy, aby nikt nam już nie mówił, że nam się nudzi. Że macierzyństwo to sama radość. Przyjemność siedzenia w domu, bez wysiłku fizycznego czy psychicznego. Odwalamy kawał wielkiej roboty i pragniemy tylko, aby postrzegać nas za to co robimy siedząc w domu. Wbrew pozorom, nie leżymy, nie pachniemy. Jesteśmy w biegu i często zamiast pachnieć, pachniemy, ale nieprzyjemnie, nie mówiąc, że brzydko 😉 Padamy ze zmęczenia, ale rano wstajemy. Choć może się walić i palić, my działamy. Każdego dnia, od rana do nocy.

Ja pracuję na etacie, ale łączę się z dziewczynami całym sercem, bo wiem, że ciężko pracują, dlatego pragniemy uświadomić wszystkim, że siedzenie w domu z dzieckiem /dziećmi, jest także formą pracy. Pracy na więcej niż cały etat bo 24 na dobę, siedem dni w tygodniu. Chcemy, aby nikt nam już nie mówił, że nam się nudzi. Że macierzyństwo to sama radość. Przyjemność siedzenia w domu, bez wysiłku fizycznego czy psychicznego.
 
 

 

Inne nie jest gorsze, "Elmer. Słoń w kratkę" (Wydawnictwo Papilon)

Elmera znam od dawna, opowieści o nim zachwalało wiele moich koleżanek, jednak w Tosi nie budził on żadnych cieplejszych uczuć. Nie ustawałam jednak w zachętach i w końcu wypożyczyła tom przygód sympatycznego słonia z biblioteki. Od tego czasu są dobrymi znajomymi, a tom biblioteczny zastąpił jej własny, który często towarzyszy wieczornemu zasypianiu. Cóż jest w tym słoniu takiego wyjątkowego?

Oczywiście wygląd, bo Elmer nie jest zwyczajnym słoniem. Bardzo wyróżnia się na tle swojej słoniowej rodziny.
Elmer był inny. Elmer był w kratkę. 
Był żółty i pomarańczowy, czerwony i fioletowy,
niebieski i zielony, czarny i biały.
Elemer zdecydowanie nie był koloru słoniowego.

Gdyby Elmer był człowiekiem pewnie spotykałyby go szykany i przykrości ze strony stada. Jednak jest słoniem i nikt się z niego nie śmiał, ani nie robił mu przykrości. 

to dzięki Elmerowi
inne słonie były radosne.
Czasami on żartował z nimi,
a czasami to one dowcipkowały z nim
Gdy tylko w stadzie zaczyłanała się
zabawa, wiadomo było, że to Elmer.

Słoniowi w kratkę zaczęła jednak jego inność przeszkadzać, choć nikt się z niego nie śmiał i nikt mu nie dokuczał, poczuł że chce był koloru słoniowego. Rozpoczął wędrówkę w poszukiwaniu drzewa, którego owoce są właśnie koloru słoniowego, kiedy je znalazł, trząsł drzewem tak długo, aż wszystkie pospadały na ziemię. Elmer tarzał się w nich tak długo, aż całe jego ciało stało się szare. Teraz wyglądał, jak każdy inny słoń. Czy dzięki temu stał się szczęśliwy? Niespecjalnie. Na dodatek nikt nie mógł go rozpoznać. Na szczęście z pomocą przyszła pogoda, na Elemera spadł deszcz, słoń odzyskał swoje kolory, a jego towarzysze uznali, że ze wszystkich żartów, które zrobił im do tej pory ten był zdecydowanie najlepszy. Na pamiątkę tego wydarzenia wszyscy postanowili, że odtąd raz w roku obchodzić będą Dzień Elmera. Wszystkie słonie będą w tym dniu malować się na kolorowo, a Elmer na kolor słoniowy. 
To jedno, z czterech opublikowanych w tym tomie opowiadań. W kolejnych, słoń w kratkę poznaje nowych przyjaciół, trafia do stada, w którym wszystkie słonie są różowe, pomaga kangurowi odzyskać wiarę w siebie. Pomaga także hipopotamom, które twierdzą, że ich rzeka wyschła i dlatego muszą zamieszkać w rzece, z której do tej pory korzystało stado Elmera.

Historia Elmera powinna stać się lekturą obowiązkową dla każdego przedszkolaka. Będzie to doskonały pretekst do rozmowy o tolerancji, do wytłumaczenia dziecku, że rówieśnicy, którzy mają inny kolor skóry, noszą okulary albo jeżdżą na wózku, nie są od nich gorsi i mogą być równie dobrym, a może nawet lepszym towarzyszem zabaw. Chwila refleksji nad tą kwestią przyda się także nam, rodzicom, bo to dorośli często przenoszą na dzieci swoje uprzedzenia, zakazują zabawy z rówieśnikiem swojej pociechy, którego nie lubią albo nie akceptują.
To również ważna książka dla dzieci, które stoją po drugiej stronie, które właśnie różnią się w jakiś sposób od swoich rówieśników. Elmer utwierdzi ich w tym, że są wyjątkowe! Ani lepsze, ani gorsze. Po prostu inne. Tak, jak każdy, bez względu na kolor oczu, długość włosów i kraj pochodzenia, mają swoje wady i zalety. Też lubią grać w piłkę, czytać książki albo bawić się lalkami.
A Wy? W jaki sposób uczycie swoje dzieci tolerancji
i budujecie ich poczucie własnej wartości?

 

 

 
 



Elmer. Słoń w kratkę

David McKee
tłumaczenie Dominika Dominów
Papilon, 2015
Wiek 2+

Za książkę dziękuję
https://publicat.pl/papilon
 
 

"Mały Książę" - film, który powinien zobaczyć każdy rodzic

Ten film obejrzeliśmy w zeszłym roku w kinie, ale niedawno, przy okazji premiery na DVD trafił również do naszego domu. Wtedy obejrzeliśmy go całą rodziną i emocje towarzyszące oglądaniu go były jeszcze większe, niż w kinie. 





Robimy, co możemy, żeby nasze dzieci czuły się kochane. Robimy też wszystko, żeby nasze dzieci miały jak najlepszy start. Wysyłamy je na angielski, od najmłodszych lat kupujemy im zabawki edukacyjne. Uczymy alfabetu, tabliczki mnożenia i podstaw programowania. Wybieramy najlepsze żłobki, przedszkola i szkoły. Wszystko w porządku. Każdy z nas to robi, każdy z nas chce, żeby jego dziecko było mądre. Mądrym jest łatwiej. Mądrzy odnoszą sukcesy (przynajmniej teoretycznie, bo często zdarza się, że odnoszą je ci, którzy mają znajomości). Musimy tylko pamiętać o jednej rzeczy, żeby w tej całej pogoni za sukcesem nie zapomnieć o dzieciach, żeby szanować ich potrzeby i, żeby poświęcać im czas, żeby być przy nich, kiedy tego potrzebują. Banał.
 
Łzy cisnęły mi się do oczu, kiedy patrzyłam na zapracowaną mamę głównej bohaterki, która w pogoni za pracą i za sukcesem zupełnie nie wsłuchiwała się w potrzeby i pragnienia swojego dziecka. Z jednej strony brzmi to banalnie, z drugiej często się o tym zapomina. Tak, jak w Małym Księciu, mama, córka, marzenia, pragnienia, aspiracje i brak czasu. Bo czy ta dziewczynka naprawdę marzyła o tej super elitarnej szkole? Nie, ona chciała mieć przyjaciela i chciała, żeby rodzice poświęcali jej czas, chciała czuć się potrzebna i kochana. Znowu banały. Wychodzi na to, że to jest potwornie banalny film. A jednak jest w nim coś tak magnetycznego, że oglądaliśmy go kilka razy i, co jakiś czas bardzo chętnie do niego wracamy. Jest tu przyjaźń, jest relacja między dzieckiem i rodzicami, jest niesamowita przygoda, a także opowieść o odpowiedzialności, o dorastaniu, o wierności zasadom. A do tego wszystkiego piękna animacja, wspaniały język.
 
Nawet Tosia, która wydaje się za młoda na poruszoną w nim tematykę, rozumie z niego całkiem sporo. Co więcej, zażyczyła sobie ostatnio maskotkę lisa, która pojawia się w filmie. Życzenie zostało spełnione i teraz lis podróżuje z Tosią przez świat.
Nasza czterolatka polubiła Małego Księcia do tego stopnia, że czytamy już nie tylko książkę opartą na scenariuszu filmowym, równie chętnie słucha oryginalnej opowieści. I choć pewnie wiele jeszcze z tego nie rozumie, to coś w pamięci zostaje. 
 
Czy będzie z niej cudowny dorosły? Nie wiem, ale bardzo bym tego chciała! 
A Wy oglądaliście ten film? 
Jeśli tak, podzielcie się wrażeniami, jeśli nie, koniecznie obejrzyjcie!
 
 

Czego chcesz nauczyć swoje dzieci?

Chciałbym, żeby Tosia była mądra, żeby potrafiła pomagać, dzielić się z innymi, żeby potrafiła poświęcić im swój wolny czas, swoją uwagę. Chciałabym, żeby otoczenie uznawało ją za osobę dobrze wychowaną, dlatego staramy się dawać jej dobry przykład.


Każdego ranka po wejściu do przedszkola spotykamy innych rodziców i ich dzieci, każdemu z nich mówię: "Dzień dobry", a Tosia naśladując mnie mówi to samo. Niestety, wielu z nich nie odpowiada. Pewnie spieszą się do pracy, w głowie planują już cały dzień, spotkania, rozmowy z szefem. Poganiają dzieci, szybko przebierają i biegną dalej. Jednak tym swoim zachowaniem, ignorowaniem otoczenia, dają im przykład i przyzwolenie na podobne zachowanie. Na szczęście nie robią tak wszyscy, bo są również rodzice mimo tak wczesnej pory uśmiechnięci i cierpliwi, którzy w tym porannym pośpiechu potrafią znaleźć dwie sekundy na powiedzenie dzień dobry, na przytrzymanie drzwi albo otwarcie furtki prowadzącej na przedszkolny plac zabaw.

Przedszkole to jednak, kolokwialnie mówiąc, mały pikuś przy tym, co dzieje się na balecie. Przychodzimy na zajęcia tak, jak nam się uda. Raz dziesięć minut wcześniej, innym razem minutę przed rozpoczęciem zajęć. Korytarz, w którym znajduje się szatnia jest naprawdę maleńki, trudno więc nie zauważyć nowej osoby, która wchodzi do budynku. Wchodzimy i mówimy: "Dzień dobry" i słyszymy odpowiedź jedynie instruktorki (o ile stoi w drzwiach do sali, bo czasem jest już w środku), żadna z matek (bo te najczęściej przyprowadzają dzieci nie odpowiada). Tak samo było w ostatnią środę, wchodzimy, w środku dwie mamy z dziećmi i instruktorka, która jako jedyna odpowiedziała na nasze przywitanie. Przyzwyczajona nie przejęłam się tym specjalnie, pomogłam Tosi się ogarnąć i stanęłam z boku czekając aż zajęcia się zaczną. Nagle weszła inna matka, która jak wynika z moich obserwacji, przyjaźni się z inną mamą, której córka również wchodzi na balet. Mamy wymieniły zdawkowe: "Cześć", nie zauważyły oczywiście, że stoją tam jeszcze inni rodzice (no, i instruktorka). W tym momencie jedna z tych mam podniosła głos i zaczęła pouczać córkę: "Nie wiesz, co się mówi?! Przywitaj się z Anią i jej mamą!" Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zastanawiałam się, skąd ma wiedzieć, skoro nawet mama z witaniem się z innymi ma problem...

Trudno mi zaakceptować tę ignorancję, nie mogę zrozumieć, dlaczego ludziom tak trudno zwrócić uwagę na innych, zdobyć się na minimum życzliwości, a przede wszystkim dać dzieciom dobry przykład. Nauczyć ich patrzeć trochę dalej, niż tylko na czubek własnego nosa. Nie chodzi przecież o to, żeby dziecko biegało po osiedlu albo centrum handlowym i witało się ze wszystkimi napotkanymi osobami, ale o to, żeby bez przypominania potrafiło powiedzieć dzień dobry, kiedy wejdzie do sklepu, żeby potrafiło podziękować ekspedientce, która poda mu kupioną właśnie zabawkę albo wyda resztę. 
Mała rzecz, a od razu robi się milej i cieplej na sercu, prawda?

Fobie matki

Odkąd zostałam mamą niektóre rzeczy widzę aż nazbyt wyraźnie. Są sytuacje, w których towarzyszy mi irracjonalny lęk, którego nie potrafię się pozbyć...

Pierwsza z nich to wyjazdy bez dziecka. Co się stanie, kiedy zostawimy ją na zajęciach z baletu i pojedziemy do sklepu, a po drodze będziemy mieli wypadek? Przecież instruktorka ma numery telefonu tylko do nas, gdyby coś nam się stało, nasze telefony mogą przestać działać i co wtedy? Kto ją odbierze? Dokąd ją zabiorą? Kiedy trafi do dziadków? Siedzę więc przed salą, w której odbywają się zajęcia i nie ruszam się stamtąd;)

Druga, czyli co mojemu dziecku wpadnie do głowy? Pogoda sprzyja przesiadywaniu na balkonie, Tosia przeniosła się tam z kolorowaniem, grami planszowymi i zabawkami. Siedziałyśmy ostatnio na balkonie, a ja, zła matka, na chwilę wróciłam do domu, zostawiając dziecko na balkonie. Kiedy tylko zorientowałam się, co zrobiłam, już miałam przed oczami Tosię wchodzącą na krzesło, przechylającą się przez barierkę i spadającą wprost na rosnącą pod naszym balkonem, znajdującym się na pierwszym piętrze, trawę!

Trzecia, czyli kto ją odbierze z przedszkola? To moja trauma z dzieciństwa, którą przeniosłam na swoje dorosłe życie, czyli że nikt nie odbierze Tosi z przedszkola. Mojej mamie taka sytuacja zdarzyła się raz, utknęła w drodze między pracą a przedszkolem w tych zamierzchłych czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych. Wszyscy poszli do domu, a ja zostałam razem z opiekunką. Opiekunka mieszkała w tym samym bloku, więc zabrała mnie do siebie i tam czekałyśmy na mamę. Czym się wtedy najbardziej martwiłam? Że mama przyjdzie do przedszkola, zobaczy zamkniętą furtkę i będzie się martwić o to, co się ze mną stało. Mama jednak bez problemu trafiła do domu opiekunki, dziś wydaje mi się, że pani Irka musiała na tej furtce zostawić kartkę, na której informowała mamę dokąd mnie zabrała;)

Do tego mnóstwo wizji związanych z codziennym funkcjonowaniem, przewidywanie upadków, możliwości zakrztuszenia, potrącenia przez samochód, uderzenia o huśtawkę, upadku z karuzeli...

Też tak macie? Wydaje mi się, że nie jestem specjalnym czarnowidzem, po prostu z wiekiem widzę niektóre rzeczy wyraźniej. Gubię gdzieś tę dziecięcą ufność i wiarę w ludzi. Ślizgaliście się w dzieciństwie na zamarzniętych kałużach? Na pewno, ja spędzałam na tym długie godziny, a teraz, kiedy widzę takie naturalne lodowisko omijam je szerokim łukiem... Nawet na rolkach jeżdżę ostrożniej, niż piętnaście lat temu. Czyżby matka-wariatka? 

Moje dziecko chce mnie zagadać!

Opanowała tę umiejętność już jakiś czas temu. Teraz nieustannie ją doskonali. Moje dziecko nie mówi, mojemu dziecku buzia nie zamyka się od chwili, w której wstaje z łóżka. Moje dziecko chce mnie zagadać!

Mnie, bo ona najwięcej mówi do mnie. Ja dużo mówię i zawsze mówiłam dużo, ale nigdy nie mówiłam tak dużo jak ona. Ona gada cały czas, gada kiedy ma coś powiedzenia i gada dla samego gadania, w domu, w sklepie, w samochodzie, na placu zabaw, w kawiarni i w lesie. Mówi tak wiele, że po godzinie słuchania w dzień wolny od pracy, mam jej głosu serdecznie dość. Jak radzą sobie przedszkolanki nie wiem, pewnie tam, mając wielu słuchaczy, zagaduje każdego po kolei. Tosia gada o wszystkim, o ptakach za oknem, o kurzu na półce, o książkach, o bajkach, o lalkach. Może gdyby tylko gadała nie byłoby aż takiego problemu, ale ona, oprócz tego, że sama gada, oczekuje jeszcze, żeby ktoś (najczęściej ja) z nią gadał. Powiem szczerze - łatwo dotrzymać jej kroku nie jest, najczęściej w połowie opowieści (mimo skupienia na niej całej swojej uwagi) gubię się w imionach, pseudonimach, konkretnych wydarzeniach. Chcę bardzo, ale nie nadążam... Najtrudniej jest powtarzać wypowiadane przez nią zaklęcia, staram się, ale często nie wychodzi. Nie denerwuje się, choć widać ogarniającą ją bezradność wobec niezbyt rozgarniętej matki. Oczywiście rozmawiać mogę tylko z nią, kiedy próbuję ostatkiem sił, w przypływie desperacji powiedzieć coś mężowi, natychmiast wkracza do akcji, bo przypomina sobie o niezwykle ważnej sprawie, o której zapomniała. Próbujemy jej wytłumaczyć, że teraz mama i tata rozmawiają, że jak tylko powiemy sobie te dwa zdania, będziemy jej słuchać i rozmawiać z nią. Wydaje się, że przyjmuje to do wiadomości, bo pozwala nam powiedzieć do siebie dwa, trzy słowa, ale to na tyle, bo ona przerywa i zaczyna swój wywód... Ech, trudne życie rodzica.

Musimy to chyba przeczekać, innego rozwiązania nie widzę. Nagada się chyba w końcu, prawda? Taki jej urok, taki ma charakter, taki ma temperament. Gadulstwo wyssała z mlekiem matki. 

W miejscach, w których gadać się nie powinno (kościół, teatr, kino), udaje się ją poskromić. Może po prostu rozumie, że w niektórych okolicznościach gadać nie wypada. Te chwile zdarzają się jednak rzadko (najczęściej kościół - raz w tygodniu). Czasem patrzę na dzieci, które jeszcze nie mówią, na takie, które wymawiają pojedyncze słowa albo bardzo proste zdania. Wtedy mam wrażenie, że Tosia mówi (a raczej gada) od zawsze. Tak jakby takich chwil nie było, a przecież być musiały! Ba! Wydaje mi się nawet, że kiedyś martwiłam się, że Tosia mówi za mało. Chciałam - mam! Uważajcie więc z marzeniami, bo niektóre mogą się spełnić.






Rodzicu, pomyśl za dziecko!

Zdarza mi się obserwować sytuacje, które nie powinny się zdarzyć, w których na plecach cierpnie skóra, a w głowie kołacze się pytanie: "Jak tak można zrobić?" Co to za sytuacje? Takie, w których rodzic pozwolił dziecku robić co chce, a dziecko często robi rzeczy niebezpieczne...

Pamiętam zasady, które wpajał mi w dzieciństwie mój tata: "Nie jedz gofrów z bitą śmietaną" (w domyśle: żebyś nie zatruła się w budce, w której nie dba się odpowiednio o produkty; z tego powodu pierwszego gofra ze śmietaną zjadłam mając lat 23), "Nie zawiązuj sznurowadeł przy krawędzi ulicy" (w domyśle: żeby żaden rozpędzony samochód w ciebie nie wpadł), "W tramwaju siadaj zawsze z przodu, blisko motorniczego, zwłaszcza kiedy wracasz sama późnym wieczorem" (tak mi mówił, a mojej głowie ta zasada nadal tkwi, w jego nie, bo ostatnio umówiliśmy się w tramwaju i szukał mnie na końcu, a ja karnie siedziałam zaraz za motorniczym). Tata miał pewnie traumę po wypadku, któremu uległyśmy z mamą. Kiedy miałam rok rozpędzony motocyklista wpadł na chodnik i obie wylądowałyśmy w dość poważnym stanie w szpitalu. Myślę jednak, że po prostu mój tata był (w czasach kiedy byłam dzieckiem) i jest (teraz, jako dziadek) rozsądny, rozważny i przewidujący. Też staram się taka być, próbuję przewidzieć jak najwięcej sytuacji, które mogą mieć przykre lub tragiczne konsekwencje. Uważam, żeby dziecko nie bawiło się w pobliżu deski do prasowania, żeby nie dotykało płyty, na której gotuję obiad, żeby samo nie otwierało piekarnika. Kiedy idziemy chodnikiem, pilnuję żeby szła ze mną za rękę, żeby nie szła przy krawędzi chodnika. W autobusie nie pozwalam jej wstawać, kiedy wsiadamy wybiera sobie miejsce i na nim musi spędzić całą podróż - innej opcji nie ma. Nie przewidziałam raz, że dziecko wyjęte z wanny, spróbuje pójść gdzieś samo i uderzy głową o płytki. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. 

Ten przydługi wstęp był po to, żeby przytoczyć kilka sytuacji, które zdarzyło mi się obserwować. Wszystkie miały miejsce na tej samej drodze. Po wyjściu z naszego osiedla, żeby dostać się na przystanek musimy około 150 metrów przejść ulicą bez chodnika. Kierowcy zachowują się tam bardzo różnie, jedni zwalniają, inni wchodzą w zakręt jak szaleni, jedni przezornie poczekają aż przejedzie samochód nadciągający z drugiej strony, inni na siłę będą próbowali przejechać. Na pieszych uwagi nie zwracają tak samo rodzice, jak i osoby bezdzietne (trochę się w końcu tych ludzi już zna i kojarzy).

Sytuacja nr 1 

Okolice godziny 8, z naszego osiedla wyjeżdżają kolejne samochody, wszyscy spieszą się do pracy, do szkoły albo do przedszkola. Mama pcha wózek, za nią, w odległości dwóch-trzech kroków idzie starsza pociecha i ogląda gazetkę dla dzieci. Chłopiec w ogóle nie zwraca uwagi na to co dzieje się wokół niego, mama ma wzrok skierowany na wózek. A za nimi i przed nimi samochody. Nic się nie stało, ale mogłoby, gdyby maluch zaaferowany tym, co zobaczył w gazetce stracił równowagę albo nagle chciał pokazać coś mamie i ruszyłby do niej...

Sytuacja nr 2

Późne popołudnie, listopad. Wracamy z baletu, czyli jest około godziny 19. Na przystanku mijamy tatę z trzylatkiem na rowerze biegowym. Chłopiec radzi sobie świetnie. Jesteśmy w połowie tej drogi bez chodnika i nagle słyszę za sobą krzyk tego taty, odwracam się, a młody śmiga slalomem po całej szerokości jezdni. Tata krzyczy, ale nie wpada na pomysł, żeby zabrać rower, wziąć syna ze rękę i przejść te kilkadziesiąt metrów. Robi tak wielu innych rodziców i robimy tak my, bo kierowców-szaleńców naprawdę nie brakuje. Tosia początkowo buntowała się, kiedy zabieraliśmy jej wózek/hulajnogę/rower, ale zrozumiała (chyba), że robimy to dla jej bezpieczeństwa.

Sytuacja nr 3

Godzina 17, szczyt powrotów z pracy. Dwóch ojców rozmawia stojąc na chodniku. Wokół nich biega dwóch chłopców, raz wybiegną na ulicę, innym razem krążą wokół rozdzielni prądu z wiele mówiącym napisem: Nie dotykać, niebezpieczne dla życia. Dzieci co jakiś czas zatrzymują się przy tym małym, betonowym domku skrywającym prąd i próbują zajrzeć do środka. Wiem, wybuch takiego transformatora byłby nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, ale jednak jakieś niebezpieczeństwo istnieje. Poza tym trzeba najmłodszych na takie miejsca uczulać. Żeby potem nie żałować.

Każdy z nas robi głupoty, każdemu zdarza się popełniać błędy, nikt nie jest idealny. Ale od dnia, w którym zostajemy rodzicami, odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za siebie, ale też za te małe skarby, które pojawiły się w naszym życiu. 
Nie ma co popadać w fatalizm i zaprzestać wychodzenia z domu, ale warto myśleć, także za dziecko, ono naprawdę wielu rzeczy nie potrafi przewidzieć. Może czasem zanim wyjmiemy spokojnego roczniaka z wózka w jadącym autobusie, zastanowimy się, czy to na pewno niezbędne, bo co w sytuacji, kiedy autobus gwałtownie zahamuje, a maluch uderzy głową w jakąś rurę (a taką sytuację niestety widziałam). A może czasem warto chwycić malca za rękę, kiedy idziemy przy ruchliwej ulicy? Może warto go ostrzegać przed nieodpowiedzialnymi kierowcami? Uświadamiać jakie niebezpieczeństwo na niego może czekać. Dziś najczęściej przemieszczamy się samochodami, zapominając o tym, jak to jest chodzić pieszo albo jeździć komunikacją miejską, a przecież za kilka lat nasze pociechy wsiądą same do tramwaju albo będą wracać same ze szkoły. Niech się uczą od małego, że o własne bezpieczeństwo warto dbać, a najlepszym wzorem będziemy dla nich my!




Mam córkę!

To przyszło nagle i dość niespodziewanie. Właściwie nikt nie wie, kiedy dokładnie to się stało, choć od kilku miesięcy działy się w moim życiu rzeczy, które pozwalały podejrzewać, że ten moment nadchodzi.

Najpierw w mojej torebce zaczęły pojawiać się spinki do włosów, wkrótce dołączyły do nich kolorowe gumki, łączyłam to jednak bardziej z moimi zaniedbaniami, niż z faktyczną zmianą, która nadchodziła. W tym samym czasie, na najniższym drążku w szafie zaczęły pojawiać się sukienki, było ich mnóstwo i odnoszę wrażenie, że co miesiąc ich przybywa. Powoli brakuje wieszaków, powoli żegnam się z kolejnymi parami spodni. 
Potem w domu pojawiły się lalki, najpierw jedna sztuka lalki zwanej Barbie, potem dołączyły do niej Anna i Elsa, w Boże Narodzenie dołączyła do nich Barbie-baletnica i Steffi. Lokomotywy trafiły do kartonu i są wyjmowane tylko w dniu wyjazdu do dziadków.
Z lalkami przybyły kolorowanki z księżniczkami, na nich Bella, Śpiąca Królewna, Kopciuszek i Roszpunka. Są wszędzie, w każdym pomieszczeniu, od rana do wieczora, regularne przerwy na kolorowanie. 
Pojawił się również kartonowy domek dla lalek do kolorowania, w którym co wieczór układane są wszystkie lalki oraz zamek księżniczek z serii Play-Doh do zabawy ciastoliną. Zamek jest ulubioną zabawką, a kolekcja figurek jest regularnie wzbogacana. W tajnej szafie już czeka zestaw postaci z bajki Jej wysokość Zosia, która jest ostatnio bajką ulubioną. 



Nie ma śladu po mojej chłopczycy, jest księżniczka, jest dama w sukience i srebrnych pantofelkach, jest baletnica w tiulowej sukience. Jest to o czym, prawdopodobnie, marzy każda przyszła mama dziewczynki - są sukienki, buciki, spineczki i gumeczki. 
Róż nas nie opanował, ale kiedy zapytać ją o ulubiony kolor bez wahania wymienia różowy. Jest snucie planów o ślubie, jest chłopak w przedszkolu, chęć malowania paznokci, posiadania własnych kosmetyków do makijażu i flakonika perfum. Są wreszcie coraz dłuższe włosy, kitki, koki, warkocze i chyba właśnie one sprawiają, że coraz mniej w Tosi bobasa, a coraz więcej prawdziwej dziewczynki! I nie ma w tym ani naszej zasługi, ani naszej winy, po prostu wydarzyło się to obok nas, nagle stała się mała damą:)


BUNT z amerykańskim wątkiem w tle!

Jeśli przeczytaliście kiedyś mój komentarz na blogu Waszym (i nie tylko), w którym pisałam, że moje dziecko się nie buntuje, możecie go usunąć. Nasz świat zawalił się w sobotę około godziny 13. Zawalił się z powodu amerykanów!

Amerykany, czyli ciastka składające się z mleka, jajek, mąki, cukru, masła i amoniaku. Smakują jak biszkopty, są okrągłe, oblane lukrem, czasem ozdobione czekoladą. Takie ciastko lubi raz na jakiś czas, przy okazji wizyty u dziadków, zjeść Tosia. Dlaczego u dziadków? Ano dlatego że w pobliżu ich domu jest cukiernia, w której amerykany można nabyć. Tak też było w ostatnią sobotę, wybrałyśmy się w towarzystwie dziadka na cmentarz, a w drodze powrotnej mijałyśmy cukiernię z amerykanów słynącą. Dziecko zapytało, czy możemy wejść i kupić ciacho. W dowód uznania dla jej wytrwałości (spędziłyśmy trzy godziny na mrozie), zgodziłam się i to był błąd...

W cukierni amerykanów już nie było, dziecko zapłakało wielkim, ale niemym płaczem. Łzy lały się po malutkich policzkach. Pani ekspedientka walczy z wyrzutami sumienia, widać że jej głupio, na dodatek amerykany będą dopiero we wtorek. Ja próbuję załagodzić sytuację, proponuję dziecku inne ciastka, proponuję nawet ciasto z galaretką, ale to nic nie pomaga. To tylko pogarsza sytuację, dziecko zaczyna zanosić się coraz większym płaczem i wydaje z siebie coraz więcej dźwięków. Nie zastanawiam się długo, biorę ją na ręce i wychodzę z cukierni. Wtedy się zaczyna...

Płacz, krzyk, tupanie, ciągnę ją za rękę - ona próbuje się wyrwać. Tak przez 20 metrów, w końcu biorę ją na ręce, stawiam w bezpiecznej odległości od jeżdżących ulicą samochodów i zaczynam rozmowę, ale to nic nie pomaga, bo z jej ust wydobywają się tylko dwa słowa: "Chcę amerykana!" I na nic tłumaczenie, że amerykanów nie ma, że we wtorek babcia kupi i jej przywiezie - nic, ryk, krzyk... W końcu przychodzi moment uspokojenia, do małej głowy docierają racjonalne myśli, przeprasza za swoje zachowanie i nie chce wracać do sprawy. Dziadek mówi tylko: "Nie wiedziałem, że ty też tak umiesz krzyczeć". 

Cóż dodać - ja też nie wiedziałam, do soboty, w sobotę przeżyłam opóźniony o dwa lata bunt dwulatka. Jedyne czego brakowało, to kładzenia się na ziemię, ale na to było za zimo, latem pewnie leżałaby na chodniku.
Na pocieszenie mam dla niej dziś amerykana. Na otarcie łez:)

*jeśli ktoś nie wie jak wyglądają amerykany, niech zajrzy tutaj Moje Wypieki

Kiedy kupić dziecku zwierzę?

W czasie wakacji przez niemal trzy tygodnie mieliśmy w domu letników, na czas urlopu właścicieli przygarnęliśmy pod swój dach świnki morskie. Chcieliśmy w ten sposób sprawdzić, czy Tosię zwierzęta w ogóle zainteresują. Zainteresowanie było duże i regularne, a w dniu wyjazdu świnek płakała w progu i nie chciała nawet przyjąć czekolady, którą dostała za troskliwą opiekę. Od tego czasu, co kilka tygodni, prosi żeby kupić jej świnkę, a najlepiej dwie!

Na razie umówiliśmy się z nią, że zwierzę może pojawić dopiero jesienią. Czekamy więc wakacji, najpierw musimy na nie pojechać, dopiero potem możemy wrócić do sprawy świnek. Rozważamy wiele scenariuszy, choć jesteśmy przygotowani, że zwierzę w końcu pojawi się w naszym domu. Na pewno nie będzie to pies, mógłby to być kot, ale najbliżej nam do gryzoni. Cały czas jest jednak wiele znaków zapytania.

To, co nas najbardziej zniechęca do zakupu, to właśnie wyjazdy i konieczność podrzucenia komuś zwierzaków. Moi rodzice często wyjeżdżają na wakacje w tym samym czasie co my, a rodzice męża mają kota, więc trochę strach byłoby gryzonia tam zawieźć. Obawiamy się również alergii, Tosia kaszlała, kiedy świnki spędzały u nas wakacje, ale czy to było uczulenie na ich sierść musielibyśmy potwierdzić testami. Nie wyobrażam sobie kupić zwierzaka, a potem szukać dla niego nowego domu. Jeśli alergia zostanie wykluczona, opieka na ewentualny wyjazd uzgodniona, pozostaje jeszcze jedna kwestia. Czy Tosia się zwierzakiem po miesiącu nie znudzi i cała opieka spadnie na nas. Jest jeszcze mała, przeżywa fascynację mnóstwem rzeczy, jeszcze dwa tygodnie temu nie mogliśmy oderwać jej od kredek, dziś kredki leżą w szufladzie, zachwyca się ciastoliną. Długi czas jej ulubionymi zabawkami były lokomotywy, teraz bawi się lalkami, a na lokomotywy spogląda rzadko. To jednak tylko przedmioty, które można bez wahania odłożyć w kąt, o zwierzęciu zapomnieć się nie da.
Martwi mnie jeszcze ewentualna śmierć zwierzęcia, moja pierwsza świnka morska okazała się chora i zdechła po trzech dniach, ale byłam wtedy starsza od Tosi. Nie wiem jak ona zareagowałaby na odejście zwierzęcia, dla niej nawet śmierć człowieka jest abstrakcją, bo (na szczęście) w swoim świadomym życiu nie zetknęła się z nią.

Więcej minusów nie widzę, zakup świnki i klatki to nie jest duży wydatek, nie musimy ich szczepić, karma nie jest kosztowna, dodatkowo jedzą mnóstwo rzeczy, które są w każdym domu.
Największym plusem jest dla mnie nauka odpowiedzialności, zwierzątko byłoby Tosi i zachęcalibyśmy ją żeby sama o nie dbała (oczywiście na miarę swoich możliwości). Żywe stworzenie nie jest maskotką, musiałaby je karmić, latem chodzić zrywać mlecze, pilnować żeby miały świeżą wodę. Darowalibyśmy jej tylko sprzątanie klatki;)

Jeśli nic się nie zmieni poważnie rozważymy zakup zwierzątka na piąte urodziny Tosi. I najpewniej będzie to świnka morska albo królik. Mały futrzak, któremu łatwo zapewnić opiekę i, który nie będzie się męczył w mieszkaniu.
A Wasze dzieci mają zwierzęta, czy może tak jak my właśnie wahacie się, 
czy kupić dziecku jakiegoś czworonoga?
 



500 złotych na dziecko - my nie dostaniemy

Podobno rozpoczęły się szerokie konsultacje społeczne dotyczące sztandarowego projektu partii rządzącej, czyli "500 złotych na dziecko". Nikt mnie do tych konsultacji nie zaprosił, więc swoją opinię na ten temat wyrażę tutaj! Na drugie i każde kolejne, choć nawet pani premier w dzisiejszym wywiadzie powiedziała: "500 złotych na każde dziecko". Ot, tak skrót myślowy, małe niedopowiedzenie, a potem się niektórzy dziwią, że im jednak przysługiwać nie będzie. 

Tak jak nam, bo dziecko mamy jedno, a jeśli kiedykolwiek podejmiemy decyzję o drugim, to na pewno nie wpłynie na nią sławne 500 złotych. A gdyby te pieniądze miały nas motywować, to szczerze mówiąc trochę bałabym się tego, że w czasie ciąży powiększy się dziura budżetowa, trzeba będzie pomóc górnikom, dołożyć pielęgniarkom i 500 zł zniknie tak szybko jak się pojawiło. 

Tak, jesteśmy rodzicami jednego dziecka, to nasza sprawa ile dzieci mamy, ile chcemy mieć, czy i dlaczego mamy je w ogóle. Nie oceniamy rodzin wielodzietnych, patrzymy z podziwem na mamy, które wychowują pięcioro dzieci oraz na takie, które prowadzą rodzinne domy dziecka. Nasze dziecko nie jest w niczym gorsze od swoich rówieśników, którzy mają rodzeństwo, oni w niczym nie są lepsi od niej. Dlaczego więc ktoś twierdzi, że my wychowujemy ją dla siebie, bo każde dziecko powyżej jednej sztuki wychowuje się dla państwa?! 
Jedni decyzję o posiadaniu dzieci i konkretnej liczby potomków podejmują sami (warunki mieszkaniowe, sytuacja w pracy, wsparcie ze strony babć, oferta żłobków i przedszkoli), za innych decyduje los (kwestie medyczne, traumatyczny pierwszy poród), nic nikomu do tego. Przekonanych do posiadania większej ilości dzieci 500 złotych nie przekona, ewentualnie może przyspieszyć ich decyzję o staraniach, tych którzy chcą mieć jedno dziecko 500 zł nie skusi i nie zmieni ich postanowienia - chcieli jedno, mają jedno. Ja jestem jedynaczką, czy to oznacza, że moi rodzice są egoistami? To chyba ostatnie słowo, którymi mogłabym ich określić. Ktoś zarzuci im, że teraz tylko jedno dziecko pracuje na ich emerytury? No, przepraszam, pracowali dostatecznie długo, niech odpoczną, należy im się. 

Wracając jednak do głównego wątku, czyli dlaczego powinni dostać wszyscy. Izabela Łukomska-Pyżalska - mama sześciorga dzieci, która na brak pieniędzy nie narzeka, ogłosiła ostatnio, że jej dzieciom te pieniądze także się należą, mimo tego, że pochodzą z bogatej rodziny. I absolutnie się z nią zgadzam, skoro obiecywano to każdemu (drugiemu i kolejnemu dziecku), to dlaczego one miałyby tych 500 złotych nie dostać? Jedni krzykną, że to niesprawiedliwe, bo mają dosyć i dodatkowe bonusy od państwa nie są im potrzebne, przecież samotna matka z jedynym dzieckiem, która zarabia najniższą krajową nie dostanie ani złotówki, bo przekracza dopuszczalny dochód. Rząd apeluje do bogatych, żeby po te pieniądze nie szli, bo im nie wypada. Ale tak naprawdę dlaczego nie mają iść? Skoro dają, to biorą! Mnie to nie dziwi. Nie miejmy więc pretensji do bogatych, którym się udało, którzy zarobili więcej, którzy dostali pieniądze od rodziców. To autorzy pomysłu nie przemyśleli składanej propozycji. Nie pomyśleli o rodzicach jedynaków, którzy spłacają kredyty na kawalerki i dwupokojowe mieszkania na obrzeżach dużych miast, którzy zarabiają razem tyle, że przekraczają dopuszczalne progi i nie dostaną 500 zł na pierwsze dziecko, które przysługiwać będzie najbiedniejszym. Jednak dużą część swoich miesięcznych zarobków przeznaczą na spłatę raty kredytu hipotecznego, w ten sposób spełniając dość podstawową jednak potrzebę posiadania mieszkania dla siebie i swojego dziecka. Czy ci rodzice dostaną jakieś wsparcie od państwa, czy jedynie zostaną zachęceni do aktywniejszej prokreacji żeby ten bonus otrzymać? A może ktoś wbije im nóż w plecy likwidując ulgę podatkową, która przysługuje im dzisiaj i często ratuje domowe budżety, daje szansę na jakiś extra wydatek, na wakacje, na kurs angielskiego albo na kolonie dla pociechy? 

Poza tym 500 zł to przysłowiowa ryba, nikt nie pomyślał o tym, żeby dać rodzinom wędkę, żeby zachęcić matki, które po urodzeniu dzieci nie wróciły do pracy do ponownego wejścia na rynek pracy. Dzieci poszły do przedszkoli, do szkół, a mamy zostały same. Część z nich robi w domu mnóstwo rzeczy (szyją, blogują), są jednak i takie, które popadły w marazm, z którego same mogą się już nie wydostać. Im trzeba pomóc w lepszy sposób, niż przelewając na ich konto pieniądze. 
I jest jeszcze kwestia rodzin patologicznych, co prawda wspomina się co jakiś czas o bonach, które te rodziny dostają, o instytucjach, które mogłyby wydatkowanie tych pieniędzy kontrolować. Dobrze jednak wiemy jak to jest i pewnie część tych naprawdę biednych dzieci, z rodzin dotkniętych uzależnieniami nie ujrzy nawet paczki pieluch albo tabliczki czekolady kupionych za te pieniądze. Cały czas słyszymy również o utracie zasiłków socjalnych, stypendiów i różnych form pomocy, z których korzystały ubogie rodziny. Pani minister powiedziała, że w ten sposób te rodziny wyjdą spod kurateli opieki społecznej, bo to wina państwa, że im do tej pory nie pomogło i do opieki musieli chodzić. Ale czy to na pewno o to chodzi? Opieka społeczna sprawowała jednak nad swoimi podopiecznymi jakąś kontrolę, a teraz? Kto się tym zajmie? Powstanie jakaś nowa organizacja?

I na koniec dodam, że gdyby 500 złotych przysługiwało na wszystkie dzieci, wielu rodzicom jedynaków (zwłaszcza tym mniej zamożnym) pewnie łatwiej byłoby zdecydować się na drugie dziecko. Przez dziewięć miesięcy ciąży mogliby przygotować dom na nowego członka rodziny, kupić wszystkie potrzebne sprzęty i ubrania (które już być może zostały oddane innym) bez konieczności oszczędzania na dziecku, które już jest.

A Wy co myślicie na ten temat?
 Czy 500 złotych na dziecko skłoniłoby Was do powiększenia rodziny? 
Bo nie ma co ukrywać, że wzrost demograficzny jest również jedynym z celów tego programu.


Dlaczego chciałabym żeby zakazano reklamowania zabawek?

Znacie tę sytuację? Dziecko ogląda bajkę, bajka się kończy i rozpoczyna się cykl reklam, a tam Barbie, Kucyki Pony, Świnka Peppa, interaktywny pies, wyścigowe samochody, tablet edukacyjny i... tu możecie wpisać to o czym zapomniałam. Dziecko ogląda i w tej chwili z jego ust wydobywają się te dwa, znienawidzone przez rodziców słowa: "Takie chcę"!

Pół biedy, jeśli to "coś" wydaje się rodzicowi potrzebne, rozsądne, ładne, edukacyjne, ciekawe, ale co jeśli jest to tylko kolejny kucyk, kolejny samochód albo kolejna gra, która zainteresuje malca tylko na kilka minut?! Pół biedy, jeśli cena tej zabawki nie przekracza budżetu założonego na prezenty dla kilkorga dzieci, ale co powiecie na te, które kosztują kilkaset złotych (a tak naprawdę są tylko sklejonym w kilku miejscach plastikiem). I wreszcie, pół biedy, kiedy rodzica na tę wypatrzoną w telewizji zabawkę stać, ale co kiedy portfel świeci pustkami, a do pierwszego (lub dziesiątego) daleko?

Dzieci to doskonali odbiorcy reklam. Nie rozumieją wartości pieniądza, nie odróżniają tanich zabawek od drogich, ładnych od brzydkich. Im głośniejsza, im bardziej świecąca i kiczowata, tym dla dziecka lepiej.
Jest w telewizji kilka reklam, które nie wzbudzają w moim dziecku pożądania, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki (wśród nich jest taka z biegającą po planszy do gry dłonią, której się boi). Większość jej się podoba, interesuje, niektóre nawet zachwycają i wzbudzają okrzyki radości. Z jednej strony traktuję te reklamy jako swoistą inspirację dla nas (bo o wielu zabawkach mogłabym się nigdy nie dowiedzieć), ale co za dużo to niezdrowo. Ileż można! Reklamy między bajkami, reklamy przed filmem w kinie, reklamy w gazetkach promocyjnych marketów. Z każdej strony maluchy atakowane są spotami przedstawiającymi przedmioty ich pożądania. To nic, że wcześniej nie wiedziały o istnieniu Kucyków Pony - teraz już wiedzą i chcą tego kopytnego stwora mieć!
A Ty, Rodzicu co na to? Kupujesz? Tłumaczysz, że nie można mieć wszystkich zabawek świata? Obiecujesz, że kupisz przy najbliższej okazji (licząc, że do urodzin i tak zmieni zdanie)? Nieważne co robisz, przez minimum dwa tygodnie przynajmniej raz dziennie słyszysz: "Kup! Proszę, kup! Ja tak chcę to mieć!"

Reklamy to nieodłączny element naszego życia, tak jak napisałam wyżej są wszędzie, nawet jeśli nie masz w domu telewizora, atakują Cię na niemal każdej stronie internetowej którą odwiedzasz, atakują w radiu, w centrum handlowym, blogi też pełne są polecanych produktów od których może zakręcić się w głowie. Czasem dorosłym trudno się oprzeć, nie dziwię się więc dzieciom, że kolorowe i odpowiednio przedstawione zabawki wzbudzają ich zachwyt. Rodzice też czasem patrząc na reklamę i obserwując zainteresowanie malucha pokazywanym przedmiotem, stwierdzają: "O, podoba mi się, możemy kupić" i wtedy często dochodzi do brutalnego zderzenia z rzeczywistością. Też macie wrażenie, że reklamują tylko te najdroższe zabawki? Licencyjne albo dużych rozmiarów, albo takie które ruszają się albo mówią, więc przy nich cena zawsze rośnie. I tu zawsze myślę o rodzicach, których na te reklamowane cuda naprawdę nie stać, o dzieciach dla których te zabawki zawsze pozostaną tylko w sferze marzeń. Tosia ostatnio wyjęła ze sterty makulatury przygotowanej do wyrzucenia gazetkę z Biedronki i ze smutną miną oglądała pokazane tam lalki, mówiąc babci, że chciałaby taką. A babcia na to, że skoro mama tę gazetkę wyrzuciła to pewnie tych lalek już nie ma. Pogodziła się z losem, odłożyła gazetkę na stertę, ale następnego dnia wyjęła ją znowu, przyszła z nią do babci i poprosiła o wycięcie zdjęcia tej lalki, żeby miała na pamiątkę! Babcia wycięła i głupio się z tym wszystkim czuła, bo dziecko ewidentnie załamane, a babcia tę lalkę w szafie trzyma, bo Tosia znajdzie ją pod choinką. Znajdzie, bo możemy pozwolić sobie na jej kupienie, bo możemy spełniać dużą część jej marzeń, ale wiele osób na prezenty urodzinowe dla dzieci odkłada pieniądze miesiącami. I potem dziwią się jedni, że drudzy na święta biorą pożyczki, które spłacają przez kolejny rok.

Dlatego właśnie uważam, że ilość reklam adresowanych do najmłodszych powinna zostać zdecydowanie ograniczona. Dzieci są bezbronne, a autorzy spotów bezwzględnie to wykorzystują. Skupiłam się na zabawkach (bo przy okazji wybierania prezentów świątecznych ten temat wielokrotnie krążył w mojej głowie), ale to samo mogłabym napisać o reklamach słodkich, sztucznie barwionych soczków, batoników składających się niemal w całości z cukru i napojów o smaku kakaowym (bo przecież zwykłe kakao jest beee). I tłumacz tu dziecku zasady zdrowego żywienia, skoro te niezdrowe są takie ładne i kolorowe, a do tego na pewno smaczne!

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Wasze pociechy są odporne na reklamy, czy też chcą mieć niemal wszystkie przedmioty, które pojawiają się w telewizji albo gazetkach reklamowych?

A Ty wierzysz w Świętego Mikołaja?

Za nami Mikołajki. Tosia po raz pierwszy aż tak świadomie czekała na przybycie Świętego Mikołaja i na podarki, które miały znaleźć się w jej butach. Wierzy w niego absolutnie i gdyby zapytała ją, czy istnieje, bez wahania odpowiedziałaby, że tak!

Cieszę się, że wierzy, że czeka, że ma w sobie tę niezwykłą dziecięcą ufność. Jej dziecięcość mnie zachwyca, urzeka mnie również radość, z jaką wita wymarzony prezent, ale też taki, o którym nigdy nie myślała, ale który doskonale trafia w jej gust. 6 grudnia nie znalazła w bucie niczego o czym wcześniej mówiła (te prezenty zostawiamy na Boże Narodzenie), wszystkie rzeczy ją zaskoczyły, ale każda bardzo ucieszyła. I cały dzień zastanawiała się skąd Święty Mikołaj wiedział, że lubi "Krainę Lodu" i kolorowanki! 
Dzień przed Mikołajkami spędziliśmy na kolejnej już kolejowej wyprawie. Zabytkowy parowóz, historyczne wagony, czyli to co Tosia i Dziadek lubią najbardziej. Jedną z atrakcji, którą organizator przygotował dla pasażerów był przechadzający się między podróżnymi Święty Mikołaj. Tosia zamarła z zachwytu, kiedy zobaczyła go wchodzącego do wagonu i niecierpliwie przebierała nogami, żeby jak najszybciej znalazł się obok nas. Małych pasażerów było jednak tylu, że na osobiste spotkanie ze Świętym musiała trochę poczekać. W tym czekaniu towarzyszyła jej starsza o rok dziewczynka. Tosia w emocjach wykrzykuje: "Mikołaj, Mikołaj! Jak on się tutaj znalazł? Mikołaj w parowozie?! Mikołaj, Mikołaj! Pewnie wszedł kominem parowozu!". A dziewczynka na to: "To nie jest prawdziwy Mikołaj, pan się za niego przebrał". Rodzice dziewczynki zareagowali mówiąc, że to na pewno ten jedyny, właściwy Święty, mała przestała kwestionować jego prawdziwość. Tosia jest przekonana, że w pociągu był prawdziwy Mikołaj, a ja jej nie będę tej pewności pozbawiać. Sama długo wierzyłam w jego istnienie. Pewnie w przedszkolu albo szkole ktoś jej wytłumaczy jak to jest z tymi prezentami, ale na razie niech się cieszy swoją dziecięcą wiarą (albo naiwnością).

Dzisiaj rozmawialiśmy z mężem o tej radości, która przepełnia Tosię, kiedy dostaje nową zabawkę. Ostatnio na zakupach dostała pluszowego misia (reklamówkę pewnego płynu do płukania), jak ona się cieszyła (choć misiów ma w domu pod dostatkiem). Weszła do domu, przedstawiła go innym pluszakom, a potem bawiła się nim cały dzień. Mam jej już teraz tłumaczyć jak to jest z prawami rynku i naciąganiem konsumentów? Na razie robię to przy okazji reklam zabawek, które ogląda. 

Cenię i lubię w niej tę jej dziecięcą naiwność, jest dzieckiem, niech z tego korzysta. Nie chcę, żeby na siłę dorastała, żeby przestała wierzyć w Mikołaja. Od tego jest dzieciństwo! Szczerze mówiąc trochę dziwnie się poczułam, kiedy ta dziewczynka powiedziała wczoraj Tosi, że pan w czerwonym stroju to zwyczajny przebieraniec. Była tylko rok starsza od niej, niewiele wyższa i nawet gorzej mówiła, więc jak najbardziej powinna w Mikołaja wierzyć :)

A jak sytuacja wygląda u Was? Wasze pociechy wierzą w Mikołaja?

Moje dziecko nie chce grać na tablecie!

Nie interesują ją również smartfony. Dlaczego tak jest? I czy w jakiś sposób zaważy to na jej przyszłości?

Nie mam na swoim smartfonie gier, nie mam, bo nie gram, nie lubię. Czas spędzony w autobusie lub tramwaju poświęcam na czytanie książek. Przygotowując się do wyjazdu na wakacje zadbałam jednak o to, żeby mój telefon wzbogacił się o jakąś grę. Chciałam mieć jakieś zabezpieczenie na wypadek gdyby Tosi nie zamykała się buzia, gdyby nagle stwierdziła, że chce wysiąść albo z jakiegoś innego powodu nie udałoby mi się zająć jej czymś innym. Pograła, owszem, dwa razy i oddała mi telefon, raz poprosiła o grę sama, później wolała układać tradycyjne puzzle, ale w wersji podróżnej (czyli układanka idealnie mieściła się pudełku). Takie dziecko. Przez ostatnie miesiące w ogóle nie upominała się o grę. Smartfon lubi wykorzystać do tego, żeby obejrzeć odcinek bajek, które lubi, ale które nie są pokazywane w telewizji lub oglądania teledysków/słuchania piosenek. To jednak również nie zdarza się często. Choć regularnie telefon lub tablet widzi w naszych rękach.

W minioną sobotę spędziliśmy w samochodzie ponad cztery godziny, połowa tego czasu przypadła na godziny, w których przy świetle dziennym czytałam Tosi książki, drugą część podróży odbyliśmy późnym popołudniem. Na dworze robiło się coraz ciemniej, a ja bardzo nie chciałam żeby Tosia zasnęła. Próbowałam ją zagadywać, wymyślać zabawy, w końcu Tosia poprosiła o memo na smarftonie. Znowu zagrała dwa razy i poprosiła o jeden odcinek Kitki i Pompona, w bonusie ode mnie dostała drugi, a do tego Mam tę moc. Powiedziałam, że na tym koniec i schowałam telefon. Nawet smutna nie była. Takie dziecko.

Nie izolujemy jej od technicznych nowinek, mamy w domu telewizor, komputer, tablet i dwa smartfony. Jej do nich nie ciągnie. Czyja to zasługa albo czyja to wina? Nie wiem, taka po prostu jest. Nie patrzę złym wzrokiem na rodziców, których pociechy grają w gry na tablecie, choć czasem zastanawiam się, dlaczego tata, który czeka z córką na zajęcia baletowe nie rozmawia z nią, tylko wręcza smartfona i tym zajmuje uwagę dziewczynki. Moje dziecko na razie woli książki i kredki, czy i kiedy jej to minie? Nie wiem, ale pewnie kiedyś minie, zapragnie własnego smartfona i sama wybierze jakie aplikacje się na nim znajdą. Nie odmówimy - takie czasy, sami kiedyś marzyliśmy o telefonach komórkowych. Na razie cieszymy się tym, co jest, nie chciałabym walczyć z nią o telefon, prosić o oddanie, kiedy ja chcę z niego skorzystać. Jest na tyle mała, że nie musi umieć obsługiwać wszystkich aplikacji. Choć coraz częściej myślę o tym, żeby nauczyć ją wykonywania połączeń, do taty, do dziadków, tak na wszelki wypadek.
A Wasze dzieci? Nie rozstają się z nowinkami technicznymi, czy ich również do tabletów nie ciągnie?

Moje dziecko ogląda bajki, a ja się tego nie wstydzę!

Mamy w domu telewizor. Nie jest przesadnie duży, ale nie da się go nie zauważyć. Stoi na specjalnej do tego przeznaczonej szafce z IKEI i jest podłączony do prądu. Dość regularnie uruchamiamy to nasze "okno na świat". Nie czujemy potrzeby usuwania telewizora z naszego życia, nie wypełnia go całkowicie, ale potrafi je uzupełnić albo urozmaicić. Wszystko to sprawia, że telewizja jest obecna również w życiu naszego dziecka.

Tak, Tosia ogląda bajki. Ma swoje ulubione, preferencje co jakiś czas się zmieniają. Pamiętam jak kochała Dorę, potem Myszkę Miki, a w końcu Tomka. Każda przez jakiś czas była jedyną i ukochaną. Tosia lubi oglądać bajki wypijając poranny kubek mleka przed wyjściem do przedszkola, lubi po przedszkolu, kiedy zmęczona kładzie się na kanapie domagając się przykrycia kocem i czasem ogląda wieczorem, kiedy przygotowuję dla niej kąpiel. W ogóle nie prosi o włączenie bajek, kiedy jesteśmy poza domem. U dziadków zdarza jej się obejrzeć "Tomka". Na wakacjach bajek nie było i nie narzekała. Ponieważ nie mamy problemu z wyłączeniem telewizora albo z przełączeniem na inny kanał, nie wiąże się to z rzucaniem się na podłogę, koniecznością wynagrodzenia tego faktu tabliczką czekolady, pozwalamy jej oglądać ulubione kreskówki. Oczywiście w granicach rozsądku i w większości przypadków razem. Po pierwsze dlatego że bajka nie ma jej zastąpić nas, może za to stać się kolejną okazją do spędzenia czasu razem, do przytulanek i pogaduszek, po drugie (i pewnie nawet ważniejsze) chcę mieć kontrolę i wiedzieć, co dokładnie ogląda.

Są jednak rodzice, którzy z dumą oznajmiają, że ich dzieci nie oglądają bajek, że nawet nie wiedzą czym jest telewizor. Wierzę im, bo dlaczego miałabym nie wierzyć? Dlaczego mieliby mnie okłamywać?
Zastanawiam się tylko skąd ich dzieci tak dobrze znają bajkowych bohaterów, bo o ile Peppę, Myszkę Miki i Tomka znają wszyscy, o tyle Wanda i Zielony Ludek albo Blaze i Mega Maszyny to nieco mniej popularne bajki. I jak to się dzieje, że te dzieci, które nie oglądają telewizji znają wszystkie, nawet całkiem nowe reklamy zabawek? Czyżby ściema? Takie drobne, małe kłamstewko, żeby dowartościować siebie albo swoje dziecko? Naprawdę nie myślę źle o rodzicach, którzy pozwalają swoim pociechom oglądać bajki. Sama jestem taką matką. Sama oglądałam je jako dziecko. Ach ten Yattaman, Smerfy i Miś Uszatek. Lubiłam i wspominam z sympatią. Mój mąż też oglądał;)

I jeszcze jedno - wiele osób szczyci się faktem, że nie posiadają w domu telewizora, a jednocześnie są doskonale zorientowani we wszystkich programach i serialach, ponieważ oglądają je w internecie. Telewizor to po prostu mebel, z którego zrezygnowali i zastąpili laptopem albo tabletem. Ta sama sytuacja dotyczy dzieci, telewizora w domu nie ma, ale dostęp do bajek jest. I to nieograniczony, bo możne non stop oglądać tylko te, które lubi. Poza tym ten tablet można zabrać ze sobą wszędzie, a telewizor jest mało mobilny. Może są ludzie, którzy wychowują swoje dzieci zupełnie bez bajek, znacie kogoś takiego? Ja nie. Każdy maluch z mojego otoczenia jakieś migające obrazki w swoim życiu widział.
Bajki nie zaszkodzą, jeśli my-rodzice czuwamy nad czasem, który dzieci spędzają przed telewizorem i nad treścią, które przekazują naszym dzieciom. Dora nauczyła Tosię wielu angielskich słów, Myszka Miki pokazała jej jak ważne jest działanie zespołowe, Księżniczka Zosia doskonale wpisuje się w jej dziewczęcą naturę i marzenia o tym, żeby być prawdziwą damą. Nie są więc one bezwartościowym wypełnieniem czasu, który spędzamy w domu. Staramy się znaleźć czas na wszystko, na książki, na rysowanie, na wygłupy, a także na bajki!
A Wasze dzieci, czy oglądają bajki?


Czy posiadanie dziecka jest modne?

Usłyszałam ostatnio historię babci, która zajmuje się swoim wnukiem, bo jej córka, a mama tego dziecka zupełnie sobie z tym nie radzi. Babcia chodzi z dzieckiem na spacery, zabiera do lekarza, a mama większość czasu spędza przed komputerem. Ma prawie 25 lat, ale nie umie zająć się swoją pociechą, jest całkowicie nieporadna. Babcia to dla tego dziecka bardziej mama, niż babcia. Dlaczego tak jest?

Trudno jednoznacznie powiedzieć i trudno mi uwierzyć, że ktoś decyduje się na dziecko, bo koleżanka ma takiego małego, słodkiego bobaska, więc ja też chcę. Będę miała ten super modny wózek, kupię te piękne sukienki albo body z muchą, a potem usiądę na ławce, wystawię twarz do słońca i jak ta matka-celebrytka będę błyszczeć w nowej roli. Brzmi niewiarygodnie, a może jest to możliwe?

Kiedy nie byłam jeszcze mamą wyobrażałam sobie jak wygląda opieka nad dzieckiem, ale tak naprawdę poznałam smak macierzyństwa dopiero w dniu, w którym Tosia wróciła do domu. Nie było i nie jest źle. Córka nie chorowała (ani nie choruje), nie mieliśmy (i nie mamy problemów z jedzeniem), jest mądra, szybko się uczy. Oboje chodzimy do pracy, dziecko chodziło najpierw do żłobka, od osiemnastu miesięcy chodzi do przedszkola - lubimy spędzać ze sobą czas, więc w wolnych chwilach żadne z nas nie ucieka do znajomych. Wydatki związane z posiadaniem dziecka nie zaskoczyły nas - spodziewaliśmy się tego, że pieluchy i ubrania kosztują. Nie jesteśmy zdziwieni i zaskoczeni. Wierzę jednak, że młoda dziewczyna, która nagle poczuła chęć zostania matką i plan wprowadziła w życie, może być zaskoczona. Tutaj powinni wkroczyć rodzice, czyli dziadkowie noworodka, ale nie powinni młodych rodziców we wszystkim wyręczać, lepiej żeby dyskretnie radzili i pomagali. Żeby byli życzliwi, a nie złośliwi, żeby pomagali, a nie wchodzili w rolę rodziców. Bo młodzi muszą się nauczyć sami zajmować się dzieckiem. Przecież babcia może zaproponować zajęcie się dzieckiem, żeby jego rodzice mogli wyjść razem, nawet nie do kina, ale na zakupy. Niech ta babcia nie przynosi młodym wałówki na cały tydzień, niech nie kupuje pieluch, kiedy te się skończą. Trzeba jakoś wymóc na rodzicach wzięcie odpowiedzialności za własne dziecko. Na pewno jest to trudniejsze, kiedy wszyscy mieszkają razem, ale na pewno również można. Babcie chcą dobrze dla swoich dzieci i wnuków, chcą pomóc, chcą wspierać, od nas - rodziców zależy w jaki sposób to wykorzystamy. Można urodzić i wychowywać dziecko nie rezygnując z dotychczasowych aktywności, wiele mam tak robi. Nie można jednak żyć tak, jakby tego dziecka nie było i opiekę nad nim zrzucać na innych członków rodziny.

Nie generalizuję, znam młode mamy, które radzą sobie doskonale i znam takie, które urodziły dziecko po trzydziestce i z każdą wątpliwością dzwonią do mamy, która swoje ostatnie dziecko miała jakieś dwadzieścia lat temu. Ja rzadko proszę o radę, nie jestem wszechwiedząca, ale decyzje dotyczące Tosi podejmujemy razem z mężem. Od jakiegoś czasu jestem coraz bardziej wyzwolona, coraz częściej chodzę do teatru i do kina, coraz częściej wychodzę na zakupy, ale robię wszystko, żeby nie odbijało się to na Tosi, a także nie chcę, żeby było to obciążeniem dla Dziadków (lub Dziadka), kiedy robię coś bez niej. I bardzo zabolałoby mnie, gdyby Tosia uderzyła się albo przewróciła i zamiast "Mama!" zawołała "Babcia!" albo "Dziadek"...

Moje dziecko ma brzydkie buty...

Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadzieje, ale nie myślałam, że stanie to się tak szybko. Tosia nie chce nosić do przedszkola swoich jesiennych butów, bo koleżanki powiedziały, że są brzydkie i, że są to buty dla chłopców...

Mają różowe sznurowadła i różowe elementy wykończeniowe, ale na koleżankach nie robi to wrażenia. Buty są chłopięce i już. I regularnie Tosi o tym przypominają. O tym dowiedziałam się przypadkowo, ale wiedziałam, że coś z tymi butami jest na rzeczy, bo pewnego dnia dziecko oznajmiło, że buty są za małe i nogi bolą od chodzenia w nich. Najbardziej cisną od poniedziałku do piątku, w soboty nie cisną w ogóle, w niedzielę popołudniu noga się powiększa i wtedy znowu źle się w nich chodzi. Pierwsze kilka dni zignorowałam jej narzekania, bo widziałam, że buty za małe nie są na pewno, aż w końcu zapytałam, kto powiedział jej, że ma brzydkie buty. Moje przeczucie okazało się słuszne, bo Tosia przyznała, że dwóm koleżankom jej buty się nie spodobały. 
Okrutny ten dziecięcy świat... Od miesiąca Tosia chodzi na balet, czekając aż zajęcia się zaczną/skończą słyszę rozmowy dzieci z innych grup. Najpierw trzylatka powiedziała mamie, że jakaś dziewczynka brzydko tańczy, mama zamiast powiedzieć, że może później dołączyła do grupy albo w jakiś inny sposób wytłumaczyć jej dlaczego nie powinna mówić, że ktoś brzydko tańczy, przyznała jej rację. A w ostatnią środę sześciolatki wyśmiewały imiona i nazwiska dzieci z innych grup... Rodzice stali obok i nie reagowali.

Nigdy nie powiedziałam przy Tosi, że nie podoba mi się sukienka/spodnie/buty innego dziecka, nie chciałam, żeby oceniała innych przez pryzmat stroju. Nawet, kiedy przy okazji świątecznych spotkań w przedszkolu rozmawialiśmy z mężem o tym, że część dzieci nie miała na sobie niczego elegantszego, niż normalnie. Nigdy też nie słyszałam, żeby Tosia skomentowała na ulicy, w kościele albo w przedszkolnej szatni strój innego dziecka. A gdyby to powiedziała usłyszałaby ode mnie, że każdy nosi to, co jemu się podoba i w czym czuje się dobrze. Dlatego tak mi przykro, że słyszy negatywne opinie o swoim stroju, którymi bardzo się przejmuje, bo o tym mówi.  

Cały czas myślę, co powinnam zrobić. Rozmawiam na ten temat z Tosią, bo sprawa wraca niemal codziennie. Tłumaczę jej, że ma wygodne, ładne i dziewczęce buty (chłopcy przecież nie noszą różowych). W tę sprawę włączeni zostali nawet Dziadkowie, bo Tosia wczoraj im się na koleżanki pożaliła. Wczoraj sama wybrała buty zimowe dla siebie, nie wybrała różowych, bo powiedziała, że jej się nie podobają - zobaczymy co będzie, kiedy zacznie je nosić do przedszkola ;)

I na koniec te chłopięce buty ;) I pomyśleć, że martwiły mnie sznurowadła i pytałam pań, czy będzie to dla nich duży kłopot wiązać je, kiedy będą wychodzić na spacer... A, jak się okazało, problem wcale nie tkwi w sznurowadłach;)

Moje dziecko za mną tęskni...

Miniony tydzień spędziłam z przeziębioną Tosią w domu. Nie było dnia, żebym przed jej pójściem spać miała choć chwilę spokoju. To wszystko prowadzi mnie do smutnej refleksji - moje dziecko za mną tęskni.

Tosia lubi chodzić do przedszkola, nie płacze kiedy ją tam zostawiamy, koleżanki i kolegów zaczepia już w szatni, w sali wita się z panią i biegnie w kierunku zabawek. Jednak codziennie rano zadaje pytanie, które budzi we mnie smutek: "Kto mnie odbierze z przedszkola". Odpowiedzi są dwie, bo odbiera ją albo tata, albo babcia. Ja robię to bardzo rzadko, raz na kilka miesięcy. Taka praca, gdybym chciała ją odbierać, musiałaby siedzieć w przedszkolu dwie godziny dłużej, dlatego tego nie praktykujemy. Wracam więc do domu dwie godziny po jej powrocie i mamy dwie i pół godziny dla siebie. W tym czasie jemy obiad, a potem staram się maksymalnie wykorzystać te minuty, które nam zostały. Nie będę jednak ukrywać, że czasem wyskoczy coś, co muszę zrobić w danym momencie i tego czasu zostaje coraz mniej. Najbardziej skupiona na niej jestem w czasie kąpania, siedzę wtedy obok niej i gadamy o całym dniu, o planach na jutro, o tym co będziemy robić w weekend, czasem wspominamy wakacje albo planujemy następne. Ostatnim elementem naszego dnia jest czytanie i usypianie. Jeszcze latem Tosia chciała, żeby siedzieć obok niej, kiedy zasypia, teraz zasypia w trakcie czytania albo chwilę po nim, znika więc okazja do bycia razem. A to dopiero 20... Do tej godziny nie mam jednak ani chwili spokoju, Tosia jest cały czas przy mnie, widać że tęskniła, bo kiedy wracam stoi przy drzwiach i przebiera niecierpliwie nogami.

Tak mijają nam kolejne dni, od których różni się jedynie weekend, bo wtedy mamy dla siebie mnóstwo czasu i staramy się jak najlepiej go wykorzystać. Jest spacer, plac zabaw albo malowanie farbami, jeśli akurat nie dopisuje pogoda. Latem były wycieczki, teraz kino albo teatr, planów nie brakuje. Mamy potem co wspominać w ciągu tygodnia. Szkoda jednak, że weekend jest tak krótki,

Chciałabym móc poświęcić jej więcej czasu, odbierać z przedszkola, a po powrocie do domu mieć więcej czasu na zabawę i rozmowy. Tosia coraz częściej sygnalizuje, że tego potrzebuje, a ja walczę z wyrzutami sumienia i tęsknotą, bo tęsknię za nią każdego dnia od ponad trzech lat. Codziennie bardziej... Na szczęście do soboty coraz bliżej, idziemy na targi, będziemy oglądać lokomotywy w miniaturze.


Rodzicu, wyluzuj...

Pamiętam, jak trochę zazdrościłam mamom rówieśników Tosi, że ich dzieci chodzą, kiedy ona jeszcze raczkowała. Pamiętam, jak zazdrościłam tym rodzicom, którzy opowiadali o swoich mówiących już pociechach, kiedy Tosia mówiła pojedyncze słowa. Zazdrościłam też tym, których dzieci układały puzzle albo potrafiły spędzać całe godziny z kredką w dłoni... Czy było czego zazdrościć?

Dziś mam chyba najbardziej wygadane dziecko w gminie, które na własnych nogach i bez narzekania pokonuje coraz większe odległości. Godzinami rysuje i układa coraz bardziej skomplikowane puzzle. Ile prawdy było w tym, co mówili inni rodzice nie wiem, choć w kilku przypadkach okazywało się, że dziecko, które układało już 60 elementów ledwo radzi sobie z 24, a te rzekomo mówiące "r" wcale go nie wymawiają i ich długie, skomplikowane zdania wcale takie nie są...
Bardzo często słyszę takie opowieści na placu zabaw, mamy prześcigają się opowieściach o kolejnych umiejętnościach swoich pociech. Chyba powinnam chwalić sobie półroczny urlop macierzyński, który przysługiwał mi po urodzeniu Tosi. Przypadł na okres jesienno-zimowy, pozostały mi więc samotne spacery po okolicy. Kiedy na naszym osiedlu powstał plac zabaw, a Tosia zaczęła się na nim bawić, chodziła już do żłobka, więc czas na korzystanie z jego dobrodziejstw mieliśmy w weekendy, wtedy przychodziliśmy tam razem z tatą. Umiem o moim dziecku opowiadać godzinami, ale nie wiem, czy wtedy miało tak wybitne osiągnięcia, żeby opowiadać tylko o niej. Ząb wyszedł jej dość szybko, ale wtedy słyszałam tylko: "O, tak szybko, no to jej błyskawicznie wypadną, bo słabsze będą". Nie chwaliłam się jej odsmoczkowaniem, bo ci, którzy nie widzieli jej wieczorem, kiedy zasypiała nie wiedzieli nawet, że używa smoczka. Z odpieluchowania też nie robiłam wielkiego halo, po prostu zaczęła chodzić bez pieluchy i tyle. Nie zależało mi na tym, żeby chwalić się tym, że chodzi wiosną lub jesienią bez czapki, naprawdę nie czułam się gorszą matką zakładając jej tę czapkę wczoraj, kiedy przed siódmą rano szłyśmy na autobus. I zapisałam ją tylko na balet, choć słyszałam od innych mam, które również przyprowadziły swoje dzieci na zajęcia, że ich dzieci chodzą także na zumbę i na basen. Niech chodzą, my w tym czasie czytamy książki. Jesteśmy lepsi, czy gorsi? Aha, i nie krzyczałabym na nią, gdyby nie chciała chodzić na ten balet, tak jak zrobiła to inna mama, której córka nawet nie chciała wejść do sali, to ma być zabawa - nic więcej, nie wiążemy przyszłości z baletem.

Lubimy się licytować, my-ludzie i my-rodzice. Lubimy się chwalić osiągnięciami naszych pociech i wcale mnie to nie dziwi, bo one po prostu nas cieszą i są powodem do dumy. Weźmy jednak czasem po uwagę, że dla innych mogą stać się powodem frustracji (zwłaszcza jeśli te nasze opowieści są trochę podkolorowane). Maluchy na oczekiwania rodziców będą raczej odporne, gorzej z przedszkolakami zachęcanymi do kolejnych aktywności, zapisywanych na angielski, na lepienie z gliny itp. Rodzicu, wyluzuj! Masz najfajniejsze dziecko w mieście!


O soli, cukrze i spacerach

Dyskusja o szkolnych sklepikach, o cukrze i soli w przedszkolnych obiadach trwa, codziennie wpada w moje ręce jakiś artykuł dotyczący tej, bulwersującej rodziców, uczniów i właścicieli sklepików, sprawy. To ja też dorzucę swoje trzy grosze!

Moje dziecko jadło i je. Ma swoje preferencje, ma rzeczy, których absolutnie nie spróbuje, ma takie, które może nie jeść tygodniami, a potem wygłodniała rzuci się na nie i je codziennie przez jakiś czas. Nie bronię jej, to jej kubki smakowe, jej kulinarne zachcianki. Prawie codziennie zjada jakąś małą słodycz.  Jednak o tym, co znajdzie się w lodówce decydujemy my - rodzice. Oczywiście na zakupach dajemy jej jakieś rzeczy do wyboru i kupujemy jej to na co sama się zdecyduje, ale ponieważ nie umie jeszcze czytać i nie ma specjalnej wiedzy dotyczącej chemii ładowanej do jedzenia, to my przeprowadzamy selekcję. Nie chodzi nam nawet o izolowanie jej od rzeczy niezdrowych (bo z nimi i tak, prędzej czy później się spotka), ale o to, żeby nie piła słodzonego soku, jeśli ten jednodniowy smakuje jej tak samo, a jest zdrowszy i ma dużo lepszy skład. Mam nadzieję (a może łudzę się?!), że dzięki temu sama będzie dokonywała trafnych wyborów, kiedy bez naszej asysty przekroczy próg sklepu. Dlatego bez niepokoju przyjmuję to, co napisano w rozporządzeniu ministra zdrowia (które w całości przeczytałam), Tosia z przedszkola głodna nie wraca, nie narzeka również na to, że tamtejsze jedzenie przestało jej smakować. A kiedy pójdzie do szkoły to?

Ostatnio zapytaliśmy ją, co kupiłaby sobie do jedzenia w szkolnym sklepiku, kiedy już przekroczy próg wymarzonej szkoły, pomyślała chwilę i oznajmiła: "Kanapkę". Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, więc pytałam dalej, bo może z kremem czekoladowym miałaby ochotę tę kanapkę zjeść. I tu kolejne zaskoczenie, ponieważ po kilku sekundach namysłu oznajmiła, że tę kanapkę zjadłaby najchętniej z serem i papryką. Miód na moje matczyne serce! I czoła chylę przed przedszkolem, które raz w tygodniu na podwieczorek, kładzie przed nimi ciemny chleb, ser, sałatę, paprykę, pomidory i ogórki i zachęca małych smakoszy do własnoręcznego przygotowania kanapek. Odnoszę wrażenie, że to ulubiony podwieczorek mojego dziecka i żadne herbatniki, banany i jogurty nie mogą go pokonać. Takie kanapki pozwalaliśmy jej robić na wakacjach i znikały z talerza błyskawicznie, a Tosia cieszyła się z możliwości wyboru i kolorowych śniadań. 
Nie mamy specjalnego problemu z jedzeniem przez nią warzyw w każdej formie, ale wierzę, że są rodzice, którzy muszą walczyć o każdą zjedzoną paprykę albo marchewkę. Z czego to wynika? Nie wiem, może z nawyków, które maluchy wynoszą z domu. My, dorośli, jemy szybko, często nie zwracając uwagi na to, co ląduje na naszych talerzach i w naszych żołądkach. Czytając artykuły poświęcone rozporządzeniu ministra zdrowia trafiałam na wypowiedzi dyrektorów i nauczycieli, którzy wspominali o tym, że ich uczniowie przychodzą do szkoły bez śniadania, bo w domu nikt ich tych śniadań jeść nie nauczył. Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma im kto tych kanapek przygotować, bo rodzice spieszą się do pracy, bo nie ma ich w domu, kiedy dzieci wychodzą. Moich rodziców też nigdy nie było, ale na stole stał talerz, a na nim kilka kanapek przygotowanych przez mamę albo tatę, które miałam zjeść przed wyjściem do szkoły. Swojemu dziecku też mogę takie przygotować, skoro teraz przed wyjściem z domu i tak zjada podaną przez któregoś z nas kanapkę. Nie chcemy, żeby wychodziła z domu z pustym żołądkiem i godzinę czekała na przedszkolne śniadanie. Przeraziła mnie, więc wypowiedź licealistki, która powiedziała, że przed wyjściem do szkoły nie je nic, a od kiedy w sklepiku nie ma drożdżówek, to w szkole również nie je i po lekcjach zjada pizzę...

Z tym zdrowym jedzeniem jest jak z czytaniem książek. Wszyscy dziwią się, że Tosia zna wiele słów, mówi długimi i pełnymi zdaniami. Owszem, ale niemal od urodzenia czytaliśmy jej książki, więc miała szansę te słowa i zasady budowania zdań poznać. I tak samo jest z ostatnią kwestią, którą chciałam poruszyć, czyli ze spacerami albo mówiąc szerzej z chodzeniem. Dzieci dziś nie chodzą, na zebraniu w przedszkolu nauczycielka narzekała, że nie mogą chodzić na dłuższe spacery, niż wokół przedszkola, bo dzieci nie chcą chodzić i narzekają na zmęczenie. Rodzice nie byli nawet zdziwieni, więc muszą zdawać sobie z tego sprawę. Nie wiem, czy my chodzimy dużo, ale Tosia na pewno jest wytrwałym piechurem i chodzić lubi, udowodniła to w tym roku wielokrotnie. Okazuje się jednak, że jest wyjątkiem. Od początku września jeździmy do przedszkola autobusem, ale większość dzieci (żeby nie powiedzieć wszystkie) przyjeżdżają samochodem. Trudno tutaj winić rodziców, którzy spieszą się do pracy, ale podejrzewam, że weekendy wyglądają podobnie i na zakupy, na basen, czy do kościoła. A szkoda, bo taki zwykły spacer, to czasem niezwykła przygoda.