Nawet do zoo zabieramy książki (Nowe Zoo w Poznaniu)

Tegoroczna wyprawa do zoo jakoś nie mogła dojść do skutku. Czas nagli, wrocławski ogród zoologiczny odwiedziliśmy, a do poznańskiego jakoś zawsze nie było po drodze. I może nawet odłożylibyśmy wyjście na następny rok, gdyby nie Cisna, mała niedźwiedzica, która kilka miesięcy temu zamieszkała w poznańskim azylu. Trzeba było ją zobaczyć, póki mała, słodka i zwariowana. No, i poszliśmy!

Wyprawę tradycyjnie zaplanowaliśmy na 9 rano i ten plan udało się wykonać, bramę zoo przekroczyliśmy z dwudziestoma innymi osobami. Część z nich kupowała bilety w kasie, część (w tym my) kupiła je wcześniej w internecie. Na 9:30 zaplanowane było spotkanie z Cisną i Barim (czyli mieszkającym z nią mastifem tybetańskim), więc dziarskim krokiem ruszyliśmy w kierunku niedźwiedziarni. Zwierzęta były na wybiegu już wcześniej i, co tu dużo mówić, szalały. Zwłaszcza Cisna. Dzielna, mała niedźwiedzica wspinała się na drzewa, wskakiwała do basenu, rozlewała wodę, zaczepiała Bariego, a potem dawała się głaskać opiekunce. Po drugiej stronie wybiegu w cieniu drzew kryły się pozostałe, dorosłe już niedźwiedzie. Kiedy Tosia nacieszyła oczy widokiem temperamentnej niedźwiedzicy ruszyliśmy w stronę wybiegu dla tygrysów, a stamtąd do słoniarni. To chyba trzy najbardziej atrakcyjne dla młodszych i starszych części poznańskiego zoo. W tym roku do zdjęć wyjątkowo chętnie pozowały słonie.
Tak wczesne przyjście do zoo ma jeden zasadniczy plus. Większość zwierząt ma wtedy porę karmienia, często znajdują się, więc przy ogrodzeniu i można im się bardzo dokładnie przyjrzeć. Zwierzęta, choć mają duże wybiegi, zdają się być jakby na wyciągnięcie ręki. Często słyszę opinie, że komuś nie udało się zobaczyć tego albo tamtego zwierzęcia (najczęściej mowa tu o zebrach i żyrafach). Nigdy czegoś takiego nie doświadczyliśmy, Tosia widziała wszystkie zwierzęta, które mijaliśmy po drodze. Ale wiadomo, co człowiek, to opinia. Nas widok żyrafy wśród drzew satysfakcjonuje, inni muszą mieć ją na wyciągnięcie ręki. Jedni powiedzą, że poznańskie zoo to doskonałe miejsce na długi spacer, inni że odległości między klatkami są zbyt długie, dzieci się nudą, a dorośli męczą. Nam to nie przeszkadza, Tosia o własnych siłach pokonuje cały ogród, nie narzeka, cieszy ją każdy napotkany zwierz. Na szczęście dla tych, którzy dużo chodzić nie mogą lub nie lubią zoo kilka lat temu wprowadziło kolejkę, która jeździ wokół ogrodu zatrzymując się na pięciu stacjach, to doskonałe punkty wypadowe, żeby zobaczyć kolejne zwierzęta. My przejażdżkę kolejką zostawiliśmy sobie na koniec. Taka już nasza tradycja, że najpierw obchodzimy całe zoo, a potem wsiadamy do kolejki i jeszcze raz cało ogród objeżdżamy, podziwiając zwierzęta i utrwalając to, co już widzieliśmy.
Tym, którzy nie znają poznańskiego zoo informuję, że nie jest to jedyna kolejka, która wiąże się z tym miejscem. Do Nowego Zoo dojeżdża prawdziwa kolejka wąskotorowa, której trasa wiedzie wzdłuż jeziora Malta (klik). Przejażdżka nią to olbrzymia atrakcja dla dzieci (ale nie tylko, bo ja sama lubię nią jeździć).

W tym roku serce Tosi skradły karakale, czyli drapieżne ssaki z rodziny kotowatych. Trudno było ją odciągnąć od wybiegu i przez cały dzień wyrażała swój zachwyt nimi. Duży entuzjazm wzbudziło w niej oczywiście małe zoo i koziołek Tadzik. Rozpaczała jedynie, że nie może go nakarmić, tak jak karmiła małe kozy we Wrocławiu. Nie zmieniło to jednak jej ogólnej oceny wyprawy do zoo, w drodze powrotnej kilkukrotnie dziękowała nam za wycieczkę, która (tradycyjnie) była dla niej niespodzianką, bo wsadziliśmy ją do samochodu i podaliśmy zupełnie inny (znacznie mniej ciekawy cel wycieczki).

 
 
Podczas wyprawy towarzyszyła nam książka autorstwa Elizy Piotrowskiej Nowe Zoo. Nie jest to nowa pozycja w naszej biblioteczce, mamy tę książkę już od dłuższego czasu, ale cały czas Tosia chętnie do niej wraca, a w tym roku bardzo chętnie sprawdzała, czy już odwiedziliśmy wszystkie zwierzęta. W domu była wyraźnie rozczarowana, że nie widziała nietoperzy, ale kiedy uświadomiłam jej, że mieszkają one w pawilonie zwierząt nocnych, do którego nie chciała wejść, przestała ubolewać na tą stratą. Z wiekiem też coraz lepiej tę książkę poznaje, a jestem pewna, że dziecko, które potrafi czytać ma z lektury jeszcze większą frajdę.
Za co Tosia tak tę książkę lubi? Przede wszystkim za krótkie wierszyki o zwierzętach. Wierszyki pełne ciekawostek i żartów, każdy z nich przybliża jeden gatunek zamieszkujący ogród zoologiczny. Oprócz tego w książeczce znaleźć można mapę zoo, mnóstwo zagadek, quizów i krzyżówek. To ciekawe przygotowanie do zwiedzania, pomoc w czasie wycieczki, jak również materiał do wspominania.
Polecam Wam serdecznie, po pierwsze wizytę poznańskim Nowym Zoo i, po drugie książkę Elizy Piotrowskiej. A gdybyście do zoo jechali Maltanką, spieszę donieść, że jest również książka o niej!





Nowe Zoo
Eliza Piotrowska
ilustracje


Nasze lektury dla nieco starszych przedszkolaków (seria "Poczytaj ze mną" Egmont)

W życiu każdego rodzica przychodzi taki moment, kiedy okazuje się, że Kicia Kocia i Świnka Peppa to za mało. Bo historia już zbyt prosta, bo zdań za mało, bo bohaterowie nieco się znudzili. Do Kici Koci Tosia wraca chętnie, ale o książeczkach, których bohaterami jest rodzina sympatycznych świnek zapomniała już dawno. Ich zasadniczą wadą (która kiedyś była zaletą) jest niewielka ilość tekstu. Tosia potrzebuje książek coraz dłuższych i coraz bardziej zróżnicowanych w zakresie formy. Udałam się, więc na poszukiwania do księgarni. Przed nami sezon wakacyjnych podróży i potrzebujemy książek do czytania w samochodzie i pociągu. Niedługich, lekkich (w sensie wagi, a nie treści) i przyjaznych młodemu czytelnikowi. Czy takie znalazłam? Tak, moją uwagę przykuła seria Poczytaj ze mną z wydawnictwa Egmont.


Przede wszystkim spodobała mi się różnorodność gatunków, nie są to jedynie opowiadania obyczajowe. Zalazło się miejsce między innymi dla baśni, dla historii fantasy i reportażu. Dla Tosi, na początek wybrałam wierszowaną bajkę Po co komu mamut? oraz kryminał Różowe babeczki. Książeczki nie są długie, ale wyróżnia je duża czcionka, piękne ilustracje i ciekawa fabuła. Wśród autorów i rysowników znaleźć można crème de la crème współczesnych polskich twórców. Opowieść o mamucie napisała na przykład Agnieszka Frączek, a zilustrowała Joanna Rusinek. To dość długi, przezabawny rymowany utwór. Opowiada o mamucie, który znudził się byciem elementem malowidła, schodzi więc ze ściany i rusza w świat. Nie jest to jednak zwyczajny zwierz prehistoryczny
Był włochaty jak należy
i jak trzeba dwa kły szczerzył,
tylko nie wiadomo czemu
twórcy swemu nieznanemu
wyszedł ciut niewymiarowy.
Ot, mamucik kieszkonkowy

Ten właśnie mały mamut rusza odważnie w świat. Najpierw trafia na tresera zwierząt, który takiego okazu w swoim zwierzyńcu jeszcze nie ma i mamuta chętnie wziąłby do siebie. Udaje mu się jednak zbiec, w ten sposób rozpoczyna długą i ciekawą podróż. Poznaje inne zwierzęta, zaprzyjaźnia się z nimi, czasem się trochę dąsa (bo mamut może i jest niewielki, ale jest również charakterny). Cała historia kończy się odpowiedzią na zadane w tytule pytanie. I przyznam Wam się szczerze, że na taką odpowiedź nie wpadłam;)
 




Druga książka z tej serii, którą zdecydowałam się kupić to kryminał Różowe babeczki. Główną bohaterką jest sześcioletnia Lusia Zagadka, córka detektywna Lucjana Zagadki. Dziewczynka często pomaga tacie w pracy, tak samo jest w dniu, w którym rozpoczyna się akcja opowiadanie. Właśnie tego dnia do biura pana Zagadki wpada wstrząśnięta Hanna Bajadera, właściciela znajdującej się nieopodal cukierni. Okazuje się, że właśnie przygotowywała, na specjalne zamówienie, swoje popisowe babeczki z różowym kremem. Wszystko szło po jej myśli, aż do poranka, kiedy weszła do cukierni i znalazła babeczki bez kremu! Ktoś go zjadł, a żeby ukryć swój występek zamiast niego zostawił krem z ciastoliny. Kto to zrobił i dlaczego? Lusia i jej tata muszą się tego dowiedzieć. Najpierw idą do cukierni, szukają śladów, zdejmują odciski palców, a potem rozpoczynają poszukiwania. Krąg podejrzanych szybko zawęża się do jednej osoby. Czy to Helga Kula, pracująca jako pomoc domowa, wyjadła krem z babeczek? A jeśli tak, to dlaczego to zrobiła? Chciała komuś pomóc, a może komuś zaszkodzić? Nie będę zdradzać, w końcu to kryminał, więc każdy sam chce dojść do rozwiązania zagadki.


 


Seria Poczytaj ze mną choć adresowana do przedszkolaków i dzieci, które rozpoczynają swoją przygodę z czytaniem. Wyróżnia bardzo poważne podejście do tej kwestii i skupienie się nie tylko na treści, ale i na formie. Każda z książek rozpoczyna się od opisu gatunku, który reprezentuje. Tam w prosty i zrozumiały dla młodego czytelnika sposób wyjaśniono zasady tworzenia oraz wymieniono najwybitniejszych twórców. Na końcu książki znalazła się ściąga dla rodziców i dzieci, wymieniono tam wszystkie gatunki literackie, które znalazły się w serii Poczytaj ze mną, każdy z nich hasłowo opisano. Ktoś może powiedzieć, że przedszkolak nie musi odróżniać baśni od reportażu i kryminału. Może i nie musi, ale czy coś stoi na przeszkodzie, żeby wiedział, że różne gatunki istnieją?! Dodatkowo w trzech punktach opisano zalety czytania dzieciom i dziećmi. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czytać i czytać, bo dzięki temu dzieci poznają więcej słów i lepiej się uczą:) A poza tym czas spędzony na wspólnym czytaniu jest bezcenny i wyjątkowy, dzięki temu dziecko razem z rodzicem poznaje nową, nieznaną wcześniej historię, przeżywa ją, a potem może o niej z mamą lub tatą rozmawiać.


Tak jak zapowiedziano na okładce, seria Poczytaj ze mną to zaproszenie do świata literatury. To piękny początek tej niezwykłej przygody. 

Po co komu mamut?
Agnieszka Frączek
ilustracje Joanna Rusinek
Egmont, 2016

Różowe babeczki
Joanna Jagiełło
ilustracje Marta Krzywicka
Egmont, 2016 

Środowe recenzje: Po Warszawie z dreszczykiem (DrugaNoga)

Kiedy te książki trafiły w moje ręce nie wiedziałam czego się spodziewać. Ciemne okładki, na jednej król Stanisław August Poniatowski, na drugiej cztery postaci (chłopcy i dorośli). Okładki zdecydowanie przykuwają uwagę. A treść? Treść zaskakuje! Niby to książki dla dzieci, ale ja czytałam je z zapartym tchem!

Odkąd pamiętam interesowałam się historią, a tu się okazuje, że są takie wydarzenia, o których na lekcjach historii się nie mówi. O porwaniu Stanisława Augusta Poniatowskiego nigdy nie słyszałam, a kiedy zaczęłam przeszukiwać internet, okazało się, że informacji na ten temat nie brakuje (klik). Braki w edukacji, udało mi się jednak nadrobić dzięki książce. Książce wyjątkowej! Przypomina mi powieści, które sama czytałam jako dziecko, książki, które podbierałam starszemu kuzynostwu i, które wypożyczałam ze szkolnej biblioteki. Kawał dobrej literatury historycznej. Czy teraz pisze się takie książki? Z radością ogłaszam, że tak!
Porwanie króla, czyli Olaf i Lena na tropie to opowieść o rodzeństwie, które uczy się w jednej szkole. Pewnego dnia Olaf, który i tak jest już spóźniony na lekcję historii, wpada do klasy i dopiero wtedy zauważa, że zapomniał o zmianie butów. Dostrzega to również nauczyciel, profesor Brukwa i zadaje mu pracę domową a raczej wlepia mandat (bo tą terminologią posługuje się nauczyciel). Temat nie jest łatwy, bo Olaf ma przygotować referat, w którym opowie koleżankom i kolegom o stroju koronacyjnym Stanisława Augusta Poniatowskiego. W domu, z pomocą przychodzą rodzice, którzy dają chłopcu książkę poświęconą królowi. Temat tak pochłania Olafa, że razem z siostrą i rodzicami wybierają się na wycieczkę do Łazienek Królewskich. Dzieją się tam dziwne rzeczy, po pierwsze zwiedzanie uniemożliwia śnieżyca, która nawiedziła Warszawę, przewodniczka nie chce ich wpuścić, w końcu się jednak zgadza. Przekonał ją do tego Olaf, który wykazał się niebywałą wiedzą na temat króla Stasia. Tak rozpoczyna się niesamowita podróż w czasie, w której uczestniczą Olaf i Lena. Będzie trochę strasznie, trochę śmiesznie, a przede wszystkim niezwykle edukacyjnie. Po przeczytaniu tej książki wielu uczniów zaimponuje swoim nauczycielom wiedzą historyczną. Książka jest naszpikowana ciekawostkami i faktami historycznymi, autor zgrabnie wplótł je w strukturę powieści. Opisy historyczne nie nużą, wręcz przeciwnie wciągają tak samo, jak opowieść o czasach nam współczesnych!
Polecam serdecznie, nie tylko miłośnikom historii.

 
 
 

Druga książka wydana prze Drugą Nogę zabiera czytelnika w podróż do warszawskiego Muzeum Narodowego. Nuda? Tak właśnie myśleli główni bohaterowie Draki w muzeum, Janek i Stefek. Przed emeryturą w muzeum pracował ich dziadek, wielokrotnie próbował zachęcić chłopców do odwiedzenia go w pracy, ale oni odmawiali. Aż tu nagle zaczęli dziadka o muzeum wypytywać.
Dlaczego? To wszystko efekt sporu z kolegami, chłopcy założyli się bowiem, że na muzeum można napaść. Pytają dziadka o zabezpieczenia, najlepsze kryjówki, pracę strażników. Dziadek chętnie odpowiada, bo jak tłumaczą chłopcy, ta wiedza jest im potrzebna do napisania wypracowania. W końcu proponuje im, że mogą spędzić noc w muzeum. Pójdą tam popołudniu, usiądą w kawiarni, potem ukryją się pod stolikami, a kiedy wszyscy wyjdą, będą mogli zwiedzić muzeum. I tak właśnie robią. Noc w muzeum będzie niezwykle emocjonująca. Chłopcy wraz z dziadkiem będą wchodzić do kolejnych sal, widzieć kolejne obrazy i zastanawiać się, co też mogliby stamtąd ukraść. Krok w krok za nimi będzie szedł strażnik. A potem pojawi się ktoś jeszcze? Kto? Najprawdziwsi złodzieje! Czy dziadkowi i wnukom uda się uchronić muzeum przed rabusiami? I, czy wszystko, co się wydarzyło w muzeum to prawda, czy może ktoś maczał w palce w całej historii? Tego dowiecie się z książki Draka w muzeum.
Oprócz ciekawej historii mamy w tej książce również garść ciekawostek związanych z historią sztuki. Oprócz tekstu mamy tu mnóstwo ilustracji oraz reprodukcji obrazów i rzeźb. To doskonałe uzupełnienie całej historii i ułatwienie dla młodych czytelników oraz pierwszy krok do wielkiej przygody ze sztuką.
 
 
 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tych książek! To doskonała lektura nie tylko dla mieszkańców Warszawy. Ci, którzy właśnie się tam wybierają znajdą tam mnóstwo inspiracji do potencjalnych wycieczek śladami książkowych (ale i historycznych) bohaterów. Ja, dzięki Porwaniu króla mam ogromną ochotę na zwiedzanie Łazienek, a i do Muzeum Narodowego wybrałabym się chętnie (i wcale nie musi być to nocne zwiedzanie).

Wydawnictwo DrugaNoga opublikowało do tej pory dwie książki. Książki, których jestem wielką fanką. Ciekawa historia i niebanalne ilustracje sprawiają, że chce się je czytać i oglądać. Dodatkowo te książki mają niebywałe walory edukacyjne, uczą przez zabawę. Czytelnik nawet nie wie, kiedy informacje z zakresu historii i historii sztuki wchodzą do jego głowy. Książki zachęcają również do dalszych, samodzielnych poszukiwań. Do sięgnięcia po książki, albumy, a może do wybrania się na wycieczkę. A przecież o to w książkach chodzi, żeby pokazywały nam świat. Te robią to doskonale!

Porwanie króla czyli Olaf i Lena na tropie
Michał Wójcik
ilustracje Wojciech Ignaciuk
DrugaNoga, 2016

Draka w Muzeum
Agara Loth – Ignaciuk
ilustracje Bartek Ignaciuk
DrugaNoga, 2016

Podróżowanie z dzieckiem? To pestka, czyli "Podróżownik uniwersalny" (MAC)

Podróżowanie z dzieckiem to temat-rzeka. Na każdym etapie życia sprawa wygląda inaczej. Z niemowlakiem, wiadomo, pakujesz w nosidło, nosidło do samochodu i jedziesz, grunt żeby brzuszek był pełny, a pielucha czysta. Dojeżdżasz na miejsce, pakujesz do nosidła/chusty/wózka i ruszasz poznawać świat. Dziecko śpi, budzi się dopiero wtedy, kiedy pielucha jest brudna albo w brzuszku nieznośnie burczy. Potem przychodzi czas poznawania świata na własnych nogach, to wycieczki już nieco komplikuje, bo każdy kamień, robaczek i kwiatek wymaga szczególnej uwagi, co niemiłosiernie wydłuża spacer. Zwiedzanie muzeów, zabytkowych kościołów, trzeba trochę przesunąć w czasie. Aż tu nagle, ten ledwo trzymający się na nogach roczniak, rusza do przedszkola i, wtedy można z nim ruszyć w świat tak naprawdę, bo on z tych krótszych i dłuższych wojaży coraz więcej pamięta. Warto go wtedy zachęcić do utrwalania swoich wspomnień, żeby potem, w zimowe wieczory, móc wrócić myślą do wspaniałego czasu wakacji.


O serii Podróżowniki pisałam już tutaj, znam ją jednak nieco dłużej, bo w moje ręce trafiły one pod koniec 2015 roku i od razu wydały mi się doskonałą propozycją dla rodziców, którzy chętnie wyjeżdżają ze swoimi dziećmi w różne zakątki Polski i świata. Jak zapewniają na okładce ich autorzy:

Podróżowniki to niezwykła seria książek dla dzieci, będących udanym połączeniem przewodnika i kreatywnego pamiętnika. Dzięki zamieszczeniu w nich zadań dzieci lepiej poznają odwiedzane miejsca, a także wiele nauczą się o otaczającym je świecie.

Do tej pory dotyczyły one jednak konkretnych miejsc, ukazały się:
  • Podróżownik Warmia i Mazury
  • Podróżownik Wybrzeże Polski
  • Podróżownik Tatry i Pieniny
  • Podróżownik Karkonosze i Kotlina Kłodzka
  • Podróżownik Turcja
  • Podróżownik Chorwacja
  • Podróżownik Egipt
  • Podróżownik Grecja
  • Podróżownik Włochy
Niby kierunków dużo, a jednak każdy potrafiłby wymienić jeszcze kilka, których brakuje. My w tym roku wybieramy się nad polskie morze (i Podróżownik czeka już na zapisanie pierwszych stron), ale oprócz tego ruszamy również do Warszawy i do Krakowa. Te wspomnienia również warto utrwalić i zrobimy to w Podróżowniku uniwersalnym
Pierwsze strony wyglądają podobnie, jak w Podróżownikach tematycznych. Jest miejsce na zapisanie kierunku podróży, daty wyjazdu i powrotu, towarzyszy podróży oraz środka transportu. Jest ekwipunek turysty i zestaw podróżnika-reportera. Ale zamiast ciekawostek związanych z konkretnym krajem lub regionem, jest Układ Słoneczny, mapa świata oraz Europy. Jest polska flaga i polskie godło. Nie zabrakło oczywiście miejsca na zasady, których powinniśmy przestrzegać, jeśli chcemy, żeby nasza podróż była bezpieczna obok znalazł się Poradnik Przyjaciela Przyrody (a w nim mnóstwo informacji dotyczących dbania o środowisko). Ciekawostki historyczne, przeplatają się z geograficznymi. Jeśli do tego dodać podstawowe zdania w języku angielskim, niemieckim i włoskim oraz niewielki zbiór znaków drogowych, otrzymujemy przewodnik, który przydać się może nie tylko podczas długich i dalekich wojaży, ale także w życiu codziennym. 

Podróżownik uniwersalny to książka o różnorodności świata. Na obrazkach dzieci widzą swoich rówieśników z innych krajów, poznają inne waluty, a także tradycyjne, dla różnych regionów świata, przysmaki. Mnóstwo ciekawostek, mnóstwo ważnych informacji, a do tego zadania! Kolorowanki, zagadki, krzyżówki, rebusy, labirynty. To jednak nie jest wszystko, bo autorzy przewidzieli oczywiście miejsce na własne zapiski małych podróżników. Trzeba opisać najciekawszą przygodę, jaka spotkała ich podczas wyjazdu, napisać i narysować, co się jadło, zapisać nazwy zwiedzanych miejsc. W ten sposób dziecko staje się współautorem Podróżownika, który jest wspaniałym pamiętnikiem z podróży. Dzięki uzupełnianiu Podróżownika i rozwiązywaniu kolejnych zadać nikt nie będzie się nudził, każdy znajdzie zadanie dla siebie. Na końcu czekają naklejki i gra planszowa. Ogromny plus za ukrycie w skrzydełkach okładki dwóch kartek pocztowych, które można wyciąć i wysłać. Wysyłacie kartki? My tak, Tosia to uwielbia i w każdym odwiedzanym mieście szuka poczty, siada przy stoliku i pisze pozdrowienia. Niestety, sama nie dostaje ich wiele, bo kartki do niej wysyłają jedynie dziadkowie.

Podsumowując, moim zdaniem Podróżownik uniwersalny lub tematyczny powinien trafić do każdego małego plecaka. To bardzo starannie przygotowana i znakomicie napisana seria. Ja jestem ich wielką fanką i niecierpliwie czekam na wakacyjny wyjazd, żeby móc razem z Tosią, zacząć zapisywać wspomnieniami pierwsze strony. 
Przyłączycie się do nas?
 


 

 



Podróżownik uniwersalny
Anna i Krzysztof Kobusowie
ilustracje Ewa Najnigier-Galińska/Podpunkt

"Drobinka Śmieszynka, czyli przygody kropelki wody" (Wydawnictwo Bajka)

To nie jest nowa książka, ukazała się w 2010 roku, czyli jest nawet starsza od Tosi. Nikt jednak nie powiedział, że dobre są tylko książki nowe, tym nieco starszym, ale wartościowym również warto poświęcić czas i uwagę.
Akcja tej książki zaczyna się w siódmym niebie, to tutaj w ciuciubabkę bawią się obłoczek ze srebrną gwiazdką. Zabawa jest tak wesoła, że nagle z oka chmurki kapie roześmiana łezka. To właśnie Śmieszynka. Mała, roześmiana kropelka spada do szóstego, piątego i czwartego nieba. W trzecim spotyka stada gęsi i bocianów, zachęcają ją, żeby ruszyła z nimi na południe nad ciepłe morze. Śmieszynka nie potrafi się zdecydować, dokąd chce lecieć i dalej spada. Podejmuje jednak bardzo ważną decyzję - zostanie gwiazdką spełniającą marzenia. I już niedługo zmienia się w pierwszy płatek śniegu, który spada na ziemię. Niektórzy nie są zadowoleni z nagłego nadejścia zimy, ale dzieci nie potrafią ukryć radości, w końcu razem z zimą i śniegiem, przyjdą święta, a z nimi prezenty. Śmieszynka nie zostaje tam długo, rusza w dalszą podróż. Ta poznaje nowych przyjaciół. Jakich? Między innymi stado małych fok, ryby pływające na dnie morza, żyjące w jaskini nietoperze, stado pingwinów, strusia, który chowa głowę w piasek. Śmieszynka podróżuje przez wszystkie kontynenty i pory roku. Nieustannie się zmienia, żeby dostosować się do zmian pogodowych.

To dużo więcej, niż przygodowa książka dla dzieci, to książka naukowa! Tylu tak przystępnie opisanych zjawisk fizycznych próżno szukać w książkach dla dzieci, do tego mnóstwo ciekawostek o roślinach i zwierzętach. To również prawdziwa skarbnica informacji z zakresu geografii. Kropelka wody wędruje dookoła świata, jest na biegunie, na pustyni, pływa w oceanie, odwiedza las deszczowy. Dziwi się kolumnom, które widzi w jaskiniach, obserwuje zorzę polarną. Tworzy rzekę i drąży skałę. A w każdym z miejsc, które odwiedza nawiązuje przyjaźń. Jest życzliwa, uśmiechnięta i szczęśliwa, że ona, maleńka kropla może robić tyle dobrych rzeczy. A czytelnik cieszy się razem z nią!

Liliana Bardiejewska to jedna z bardziej lubianych przez nas autorek, co więcej, to autorka naszej ulubionej książki, czyli Zielonego wędrowca (o którym pisałam tutaj). Drobinka Śmieszynka trochę przypomina przygody Stworka. To również książka o podróży, tu jednak podróż nie wiąże się z poznawaniem kolorów, ale z poznawaniem świata, obserwowaniem zjawisk i zachodzących zmian. Ale napisana została tym samym niezwykłym i magicznym językiem, który zachwyca mnie, Tosię i jej tatę. Do tych książek chętnie wracamy, Tosia uwielbia ich słuchać. Uwielbia podróżować wraz z bohaterami stworzonym przez Lilianę Bardijewską. Drobinkę Śmieszynkę subtelnie, ale kolorowo i zabawnie zilustrowała Ewa Poklewska-Koziełło.  Dzięki temu tę książkę równie dobrze się czyta i ogląda. Myślę, że warto sięgnąć po nią właśnie teraz, kiedy dzieci nie chodzą do szkoły, a wielu przedszkolach trwa wakacyjna przerwa. Dzięki temu mamy więcej czasu na obserwowanie przyrody, zachodzących w niej zjawisk. Na końcu książki znalazł się przypominajki, czyli wyjaśnienia haseł związanych z przyrodą, zjawiskami atmosferycznymi, które zostały wymienione w książce. To taka niewielkich rozmiarów (bo zaledwie dwustronicowa) encyklopedia dla młodych przyrodników. Warto mieć ją pod ręka, bo jak dobrze wie każdy rodzic, dzieci zadają mnóstwo pytań, na które często odpowiedzieć trudno.
Przygody Drobinki Śmieszynki to gwarancja wspaniałej przygody dla każdego czytelnika. To jak? Ruszacie z nami?!






Drobinka Śmieszynka, czyli przygody kropelki wody
Liliana Bardijewska
ilustracje Ewa Poklewska-Koziełło
Wiek 5+