Podróże Tosi: zima w Tatrach po raz pierwszy

Pomysł spędzenia ferii zimowych w górach kołatał się w mojej głowie od dawna. Wszyscy dobrze wiemy, jak od kilku lat wygląda zima w Polsce. Śnieg jest rzadkością, doskonale pamiętam lata, kiedy nie spadł ani jeden płatek śniegu. Tosia zawsze mówiła, że marzy o zobaczeniu zimy w górach, więc postanowiłam spełnić jej marzenia i zarezerwowałam pobyt pod Tatrami. I z nadzieją, ale również pewnym niepokojem obserwowałam prognozy pogody.

 

Tydzień przed naszym przyjazdem śnieg w Zakopanem stopniał, co nie napawało mnie przesadnym optymizmem. Kiedy nasz pociąg przejeżdżał przez Śląsk nieśmiało zaczął prószyć śnieg. Niestety, w Krakowie zmienił się w deszcz. Na szczęście w trakcie podróży autobusem do samego Zakopanego, śnieg zaczął padać tak mocno, że zaplanowana na niewiele ponad dwie godziny podróż, wydłużyła się o godzinę. Ale nie narzekałyśmy. Marzenia o białych feriach właśnie się spełniały, choć na początku przypominało to film katastroficzny. Nie sprawdzałam ile czasu zajęła nam droga z dworca do pensjonatu. Do pokonania miałyśmy 900 metrów. W śnieżycy, która rozpętała się nad Zakopanem nie było to łatwe zadanie, dodatkową motywację stanowiły coraz lepiej słyszalne grzmoty. Burza w styczniu? Cóż, jak widać, wszystko jest możliwe. Zameldowałyśmy się pensjonacie, odpoczęłyśmy, wypiłyśmy ciepłą herbatę, przebrałyśmy się w odpowiednie na górską zimę ubrania i ruszyłyśmy w miasto. Obiad, spacer, pierwsze zjazdy na znajdującej się na Równi Krupowej górce i już wiedziałyśmy, że o taką właśnie zimę nam chodziło!

Ponieważ żadna z nas nie jeździ na nartach, plany skupiały się głównie wokół chodzenia po górskich szlakach. Zima w górach znacznie różni się od tej w mieście, a szlaki w niczym nie przypominają tego, co znamy z lata, więc plany nie były przesadnie ambitne, ale miałyśmy nadzieję na zrobienie kilku kilometrów i pokonanie niewielkich przewyższeń. Na pierwszy ogień, dzień po przyjeździe, Droga pod Reglami, od Wielkiej Krokwi do Krzeptówek, połączona z przejściem Doliny Strążyskiej. Tosia miała już okazję przejść tę trasę z dziadkami, dla mnie była to nowość. Droga okazała się niezbyt wymagająca, ale za to bardzo malownicza. W Herbaciarni Parzenica na Polanie Strążyskiej wypiłyśmy gorącą czekoladę, zagryzłyśmy ją szarlotką i ruszyłyśmy w dół. Dalszą wędrówkę uzależniłyśmy od busa, jeśli odjeżdżałby w ciągu następnych kilku (kilkunastu) minut, wróciłybyśmy do Zakopanego. Jednak bus miał odjechać dopiero za 50 minut, a do Krzeptówek miałyśmy minut 40, więc wybór był jasny. Po zejściu ze szlaku zajrzałyśmy jeszcze do Sanktuarium MB Fatimskiej na Krzeptówkach i busem wróciłyśmy do centrum Zakopanego. A niezmordowana Tosia miała jeszcze siłę na wieczorną zabawę na sankach.

Kolejnego dnia musiałyśmy wstać wcześniej, bo zaplanowałyśmy sobie spacer do Morskiego Oka. Nie udało nam się dotrzeć tam latem, więc postanowiłyśmy zrobić to zimą. Z Palenicy Białczańskiej pomaszerowałyśmy najpierw do Starej Roztoki. Niezwykle urokliwego schroniska, do którego prowadzi szlak rozpoczynający się w pobliżu Wodogrzmotów Mickiewicza. To dość unikatowe miejsce w polskich Tatrach. Do schroniska zaglądają w większości ci, którzy o nim choć raz słyszeli. Inni idą prosto w stronę Morskiego Oka albo odbijają w prawo w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich. Niech żałują ci, którzy przynajmniej raz tam nie byli. Polana przed schroniskiem jest doskonałym miejscem odpoczynku, a samo schronisko kusi pyszną kuchnią, ze szczególnym uwzględnieniem, najlepszej moim zdaniem, tatrzańskiej szarlotki. Zejście do niego zajmuje kwadrans, powrót na trasę do Morskiego Oka około dwudziestu minut. Ile spędzicie w schronisku, zależy od Was, ale pamiętajcie, że jeśli chcecie pójść dalej, to czeka Was jeszcze przynajmniej 1,5 godziny marszu. A potrzebujecie jeszcze czas na powrót do Palenicy. Do Morskiego Oka dotarłyśmy zgodnie z czasem wskazywanym przed drogowskazy. Śnieg był ubity, a pogoda sprzyjała wędrówkom, więc szło się dobrze. W schronisku, jak to w Morskim Oku, tłum. Tłumy również na zamarzniętej tafli jeziora. Usiadłyśmy na zewnątrz, zjadłyśmy zabrane na drogę kanapki, popiłyśmy herbatą z termosu i napawałyśmy się widokami. Trzeba było, bo trudno powiedzieć, czy wrócimy tam latem. Plany są, bo marzy nam się Czarny Staw pod Rysami, ale tłumy na drodze skutecznie zniechęcają.



Trzeciego dnia chciałyśmy wybrać się na Kalatówki albo do Doliny Kościeliskiej. Nie poszłyśmy w żadne z tych miejsc, ponieważ prognozowano kiepską pogodę i duże opady śniegu. Zdecydowałyśmy, że zostajemy w mieście. Pierwszym miejscem, które odwiedziłyśmy było Centrum Edukacyjne Tatrzańskiego Parku Narodowego (znajdujące się przy ulicy Tytusa Chałubińskiego 42a). Za wstęp nie płacicie, ale warto zarezerwować wejście wcześniej, żeby mieć pewność, że nie odejdziecie z kwitkiem. A wejść do Centrum naprawdę warto. Zwłaszcza, jeśli Wasze dzieci dopiero zaczynają przygodę z górami. Muzeum ma bardzo nowoczesną formę. W pierwszej sali znajdziecie ogromną makietę Tatr i wysłuchacie informacji na ich temat. Każde z miejsc, o których opowiada lektor zostaje podświetlone na makiecie oraz pokazane na monitorze, dzięki czemu doskonale wiecie, o czym akurat mowa. Kolejne sale przygotowują Was na wędrówki po Tatrach i pokazują ich bogactwo i różnorodność. Pokazują niezwykłą tatrzańską przyrodę oraz przypominają o należnym jej szacunku i ochronie. Bardzo wartościowe i interesujące miejsce. Koniecznie odwiedźcie je będąc w Zakopanem. Z Centrum Edukacji Przyrodniczej pomaszerowałyśmy pod Wielką Krokiew. Latem w jej okolicach odwiedziliśmy Tatrzański Park Edukacyjny. Teraz zobaczyć tam możecie nie tylko zwierzęta, ale również mile spędzić czas w Snowlandii. Czekają na Was Śnieżny Zamek, igloo, śnieżny labirynt i górki saneczkowe. Bilety na każdą atrakcję kupuje się osobno, więc możecie wybrać to, co interesuje Was najbardziej. Spędziłyśmy w Snowlandii ponad dwie godziny i na pewno się nie nudziłyśmy. Kolejnym punktem na naszej czwartkowej trasie miała być Willa Atma, w której mieści się Muzeum Karola Szymanowskiego i zabytkowy cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Nie udało się dotrzeć do żadnego z tych miejsc, bo plany pokrzyżowała śnieżyca. Padało niesamowicie. Nasze buty coraz głębiej zapadały się w śniegu, więc trzeba było zmienić plany. Na ulicę Kościeliską udało nam się dotrzeć późnym wieczorem, ale wejście na zabytkowy cmentarz było już oczywiście zamknięte.





 

I tak minęły cztery dni pod Tatrami. Było śnieżnie, intensywnie i pięknie. Tosia już drugiego dnia pytała, czy za rok możemy przyjechać znowu, więc to chyba najlepsza recenzja tego wyjazdu. Wracałyśmy znowu z niedosytem zwiedzania Zakopanego. Znowu nie udało nam się w niektóre miejsca dotrzeć. Cały czas brakuje mi takiego kompleksowego zwiedzenia miasta z jego wszystkimi najważniejszymi punktami i zabytkami. Może latem się uda? Na razie w głowach mamy intensywne wspomnienia z zimowych wędrówek. Było wyjątkowo!



Komentarze

  1. Jaka super relacja. Świetnie się czytało. Ja tam za śniegiem nigdy nie przepadałam. Wolę jak go nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widać, że wyjazd był piękny, intensywny i udany. Świetna relacja i zdjęcia zimy takiej jaką powinna ona być.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tam za śniegiem nigdy nie przepadałam. Wolę jak go nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam Centrum Edukacyjne TPN, bardzo lubimy to miejsce. Muszę odwiedzić też Morskie Oko - nie byłam tam wieki :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie zaśnieżone Tatry. Widzę, że warto wybrać się też do Snowlandii, nie wiedziałam że jest takie miejsce. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dawno nie byłam nad Morskim Okiem, podoba mi się Twoja relacja.

    OdpowiedzUsuń
  7. Paulina Kwiatkowska26 stycznia 2022 12:27

    Do tego Centrum sama bardzo chętnie się wybiorę. Uwielbiam takie miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  8. Moje dzieci marzą o śniegu ❤ ale mieliby frajdę!

    OdpowiedzUsuń
  9. Zakopane od jakiegoś czasu kojarzy mi się z tłumem turystów (na dodatek niezainteresowanych górami i przyrodą), ale czytając Twój wpis pomyślałam, że jednak jeszcze bym się tam wybrała. Zwłaszcza przy śnieżnej aurze. Co do grzmotów w styczniu - w Beskidzie Żywieckim też je było słychać. Przedziwne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Super opis i świetne zdjęcia ��

    OdpowiedzUsuń
  11. Ach, teraz mam jeszcze większą ochotę pojechać gdzieś w góry, gdzie jest śnieg <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Zdecydowanie od zimy w górach wolimy lato :) Gdy za oknem śnieg raczej wybieramy ciepłe kraje :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zima w gorach jest przepiekna! Nie pamietam kiedy widzalam tyle sniegu :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz