Żegnaliśmy lato... w Warszawie

Decyzja o wyjeździe była spontaniczna, ale jak najbardziej słuszna. Spędziłyśmy w Warszawie wspaniałą sobotę, chyba jedną z ostatnich tak słonecznych w tym roku...

W Tosi tkwi dusza podróżnika, uwielbia wycieczki i poznawanie nowych miejsc. Widać, że te jednodniowe wyjazdy sprawiają ją wielką radość. Nieśmiało, więc wspomniałam dziś mężowi o wiośnie w Krakowie - może się uda! 
Nieśmiało mówiłam też o Warszawie, chciałam zabrać tam Tosię w tym roku, ale nie wierzyłam, że zrealizuję ten plan. Po wyjeździe do Wrocławia byłam pewna, że w pociągu nie będzie najmniejszego problemu i mała podróżniczka spędzi te niespełna trzy godziny w spokoju. Tym razem jechał z nami Dziadek, który zaraził Tosię pasją do pociągów i, któremu udało się wyciągnąć ją w czasie podróży na wycieczkę po pociągu. Najbardziej spodobał się jej oczywiście wagon restauracyjny, z którego wróciła z butelką soku jabłkowego. Wielką frajdę sprawił jej również prezent od pana konduktora - książeczka poświęcona bezpiecznemu podróżowaniu z kolorowankami, zagadkami i kolejowymi komiksami oraz kredki (których zapomniałam zabrać z domu, a Tosia akurat chciała rysować).

Na Dworcu Centralnym z radością przyglądała się Pendolino, potem jechała metrem i spacerowała po Starówce. Wysłuchała próby koncertu, po raz kolejny udowadniając, że mimo młodego wieku muzyka klasyczna gra w jej duszy. Zachwyciły ją kukiełki ruszające się w rytm muzyki, zainteresował los małych powstańców i geneza Grobu Nieznanego Żołnierza. 
Czasu było oczywiście za mało, tyle miejsc chciałabym jej jeszcze pokazać, więc kolejny wyjazd do stolicy na pewno będzie dwudniowy. W końcu czeka na nas Centrum Nauki Kopernik!

Nie podróżowaliśmy z nią dużo, do tej pory zdarzały się wyjazdy na wakacje i do rodziny mieszkającej 140 kilometrów od naszego domu. Z jednej strony żałuję, z drugiej wiem, że teraz te wyjazdy to dla niej nie tylko zmiana miejsca, w którym przebywa, ale także swoista lekcja, okazja do poznania nowych miejsc, które zapamiętuje, o których potrafi opowiedzieć po powrocie.
Musiałam dojrzeć do podróżowania z dzieckiem, nabrać wprawy i odwagi. Teraz wiem, że większość sytuacji jestem w stanie ogarnąć, przewidzieć, staram się wyszukiwać miejsc, które ją zaskoczą, zachwycą, zainteresują. Warszawa podała mi je na tacy, nie musiałam specjalnie szukać, na Tosię za każdym rogiem czekały nowe atrakcje (była tylko niepocieszona, że nie widziała koziołków na ratuszu, cóż... każdemu zdarza się pomylić, w pierwszy wolny weekend gnamy na Stary Rynek odwiedzić koziołki).

Nadchodzi jesień, więc prawdopodobnie trochę więcej czasu spędzimy w domu, będzie czas na planowanie przyszłorocznych wyjazdów z Tosią. Wtedy będzie jeszcze mądrzejsza i jeszcze więcej z takich wycieczek zapamięta. Tylko, czy nadal tak chętnie będzie maszerować? Bo w sobotę po raz kolejny mnie zaskoczyła swoją wytrzymałością. Małe nogi, a potrafią pokonać mnóstwo kilometrów!

 
 
 
 
 

Z dzieckiem w Karkonoszach, czyli idziemy w góry!

Plany miałam ambitne, miałam nadzieję, że uda nam się je zrealizować, ale jednocześnie nie znałam możliwości Tosi i nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.

Wiedzieliśmy, że gdzie będziemy mogli wspomożemy się wyciągami, w mieście miały nam pomóc busy i autobusy. Kto choć raz był w Karpaczu, ten wie, że miasto jest bardzo rozciągnięte i niemal zawsze idzie się tam pod górę. Zwłaszcza jeśli mieszka się w Karpaczu Dolnym, a większość szlaków rozpoczyna się w górnej części miasta. 

Pierwsza wędrówka - "Biały Jar" - Schronisko Nad Łomniczką (1002 m.n.p.m.)
Na początku krótka przejażdżka wyciągiem. Przede wszystkim chcieliśmy sprawdzić, czy Tosia nie będzie się bała. Nasze obawy okazały się bezpodstawne, bo dziecku wysokość niestraszna i mogłaby jeździć w kółko! Na szlaku już tak łatwo nie było, latorośl trochę narzekała, bo chyba niezbyt rozumiała, co dokładnie na tym spacerze może ją spotkać. Wiedziała, że chce moczyć ręce w strumykach (ale tych przy obecnej pogodzie brakowało). Wypatrzyłam na drzewach budki dla ptaków, Tosia chętnie szukała kolejnych, zainteresowały ją również oznaczenia szlaków na drzewach. Denerwowało ją, kiedy inni turyści nas wyprzedzali, spodobała się górska tradycja mówienia "dzień dobry" osobom spotkanym na szlaku. Po drodze zrobiliśmy jeden postój i w końcu dotarliśmy na miejsce. Cała trasa (szlakiem czerwonym) nieco się wydłużyła, ale trzeba brać na to poprawkę wędrując z dzieckiem. 
Największą radość sprawiła Tosi możliwość przystawienia pieczątki na mapie i we własnym przewodniku oraz zakup odznaki, którą przypięła do swojego plecaka. 
Droga powrotna minęła szybko i bezproblemowo, Tosia nie narzekała, rozglądała się za budkami dla ptaków i sprawdzała, czy na pewno idziemy właściwym szlakiem. 



Zdecydowanie polecam tę trasę rodzicom, z łatwością można ją pokonać wózkiem (radzę jednak wybrać ten na pompowanych kołach), a trzylatek powinien bez problemu dotrzeć do Łomniczki na własnych nogach. W schronisku czeka nagroda - pyszne naleśniki z jagodami! Warto spróbować! 
Wędrówka druga - Świątynia Wang - Polana (1067 m.n.p.m) -
- Schronisko Samotnia (1195 m.n.p.m.) - Schronisko Strzecha Akademicka (1298 m.n.p.m)
Pod Wang dojechaliśmy busem, tam czekała na nas pierwsza górka, którą Tosia dzielnie pokonała. Na przykościelnym placu zrobiliśmy krótką przerwę na chwilę refleksji przy grobie Henryka Tomaszewskiego i mojego ulubionego poety - Tadeusza Różewicza i ruszyliśmy w górę. Po pierwszej wycieczce wiedziałam, że Tosia może dojść do celu, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że będzie tam kilka podejść pod górę, więc jeśli założyłam, że dotarcie (niebieskim szlakiem) do Polany będzie sukcesem. Szła niezwykle dzielnie, po drodze zatrzymywaliśmy się przy strumykach, w których córka mogła moczyć ręce. Na Polanę dotarliśmy w czasie bardzo zbliżonym do tego, co napisano w przewodniku, czyli w ciągu godziny. Tam Tosia urządziła sobie piknik, jogurt, kanapka, woda, z zapasami nowej energii ruszyła w górę, wiedziała, że chce dotrzeć do schroniska, żeby przystawić kolejną pieczątkę i kupić odznakę. Trasę pokonała bez marudzenia, ale staraliśmy się regularnie proponować jej postoje. Schronisko bardzo jej się spodobało, zachwycił ją Mały Staw, pieczątki trafiły do przewodnika, nie było niestety odznak, więc było jej trochę przykro. Z odwagą spojrzała w górę i zdecydowała, że idziemy dalej! Do Strzechy Akademickiej dotarliśmy błyskawicznie, Tosię zachwyciła niełatwa, kamienista ścieżka, nawet nie chciała robić postoju! Jak widać im trudniej, tym ciekawiej, zwłaszcza dla dziecka. W schronisku zrobiliśmy dłuży postój, Tosia zjadła obiad, przystawiła pieczątkę, kupiła odznakę i chętnie ruszyła w dół. Wybraliśmy inną drogę, żółty szlak prowadzący dawnym torem saneczkowym. Łatwo nie było, droga kamienista i dość stroma, kilka potknięć, jeden upadek, ale i duma na małej buzi, bo udało jej się zobaczyć dwa schroniska. Duma rozpierała również nas - rodziców, byliśmy pod wrażeniem jej wytrzymałości, ani razu nie chciała, żeby wziąć ją na ręce albo na barana, nie płakała, nie narzekała. Dzielna turystka!






 Niebieski szlak od Świątyni Wang do Samotni mogę polecić wszystkim rodzicom, nie próbowaliśmy pokonać go wózkiem (dwa lata temu na tę trasę wybraliśmy nosidło), ale z dużymi, pompowanymi kołami powinno się udać. Szlak jest wygodny, ale z kilkoma podejściami, na trasie największą atrakcją będą na pewno górskie strumyki. Do Strzechy Akademickiej prowadzi kamienisty, stromy szlak, tutaj wózka zdecydowanie nie polecam (można dotrzeć tam omijając Samotnię wygodną, ubitą drogą samochodową). Z chętnie chodzącym trzylatkiem powinno udać się pokonać tę trasę pieszo. Należy jednak pamiętać o wygodnym obuwiu, na szlaku mijaliśmy dzieci w sandałach, trampkach i (o, zgrozo) crocsach! Większość z nich marudziła, niektóre popłakiwały. To naprawdę nie są buty w góry - należy o tym pamiętać! O butach, które wybraliśmy dla Tosi i, które sprawdziły się doskonale, napiszę osobny tekst.

Wędrówka trzecia - Schronisko Szrenica (1362 m.n.p.m.) i Wodospad Szklarki
Słowo "wędrówka" jest w tym przypadku pewnym nadużyciem. Do Szklarskiej Poręby wybraliśmy się odpocząć. Na Szrenicę wjechaliśmy wyciągiem, a droga do Szklarki z parkingu nie jest ani długa, ani trudna. 
Tak, jak napisałam wcześniej, Tosia pokochała wyciągi, więc podróż na Szrenicę była dla niej wielką frajdą. Nie dopisała jednak pogoda, okolica spowita była mgłą, więc nie mogliśmy napawać się widokami. W schronisku przystawiła kolejną pieczątkę i kupiła kolejną odznakę.
Szklarka ją zachwyciła, wodospad, nawet niewielki robi wrażenie na małym człowieku. 



To nie była wymagająca wyprawa, ale od górnej stacji wyciągu do schroniska trzeba jeszcze kawałek podejść, droga jest dość stroma i kamienista, więc warto wybrać wygodne, górskie buty. Do Szklarki bez problemu można dojechać wózkiem, ale nawet dwulatek pokona tę trasę na własnych nogach, nie warto więc wyciągać czterech kółek z samochodu.

Wędrówka czwarta - "Biały Jar" - Kopa (1340 m.n.p.m.) - Schronisko Dom Śląski (1400 m.n.p.m.) - Śnieżka (1602 m.n.p.m.)
Nie wierzyłam, że zdobędziemy Śnieżkę, ale kiedy tylko dotarliśmy do Karpacza, a Tosia zobaczyła górującą nad nim Królową Karkonoszy, stwierdziła, że wejdzie na szczyt i to postanowienie udało jej się zrealizować!
Na Kopę wjechaliśmy wyciągiem. Krzesełka są jednoosobowe (dzieci do 7 lat jeżdżą bezpłatnie) na kolanach dorosłych, Tosia jechała ze mną. Nie bała się, nie wierciła, rozglądała się z zainteresowaniem i wypatrywała miejsc, które wcześniej odwiedziła. Widoki były piękne, niebo bezchmurne, więc mogła udało jej się dostrzec Polanę i  Wielki Staw, którego wcześniej nie widziała, ale znała z naszych opowieści. Z Kopy ruszyliśmy w kierunku Domu Śląskiego, trasa wiodła wśród kosodrzewiny, droga była wygoda i bez żadnych wzniesień. Pokonaliśmy ją bez najmniejszego problemu. W Domu Śląskim przyszedł czas na odpoczynek, pieczątki i zakup nowej odznaki (w sklepiku przy wyciągu udało nam się kupić odznakę z Samotnią, więc plecak Tosi doskonale odwzorowywał odwiedzone przez nią schroniska). Stamtąd ruszyliśmy na Śnieżkę, nie informowaliśmy nawet Tosi o możliwości wejścia po kamieniach. Byliśmy przekonani, że właśnie tę drogę chciałaby pokonać. Wybraliśmy Drogę Jubileuszową, która łagodnie okrąża zbocza Śnieżki. Wspinaczkę utrudniał fakt, że Tosia nie widziała schroniska, czyli celu swojej wędrówki. Kiedy już je dostrzegła, znacząco przyspieszyła i szybko stanęła na szczycie. Tutaj następuje rozczarowanie, większe dla nas, niż dla Tosi. Bo po pierwsze, na Śnieżce tłum, jak nad Morskim Okiem, a po drugie, schronisko nie jest już schroniskiem, ale "Restauracją-kawiarnią. Śnieżka". Można kupić gofry, lody, szaszłyki, golonkę, piwo, kawę mrożoną, ale o pieczątkę na mapie trzeba poprosić (!) A jedyną dostępną pamiątką są dyplomy i medale, o znaczkach można zapomnieć (dobrze, że w Domu Śląskim można kupić odznakę także ze Śnieżki). Tym, którzy chcą uciec od komercji polskiego budynku, polecam czeskie schronisko, taniej i dużo przyjemniej. 




Mijaliśmy rodziny z dziećmi w wózkach, więc w ten sposób można tę drogę pokonać, choć osobiście wydaje mi się, że wygodniejsze byłoby nosidło. Wyciąg oferuje przewóz bagażu, więc i wózek dałoby radę przewieźć, choć chcąc zdobyć Śnieżkę wózkiem wybrałabym raczej drogę przez Strzechę Akademicką i Spaloną Strażnicę. Dziecko będzie miało czas na drzemkę, a rodzice większą satysfakcję z wędrówki.
Warto oczywiście wybrać na tę wyprawę dobre buty, bo choć na Śnieżce, "turystów" w klapkach nie brakuje, nie jest to bezpieczne, a już na pewno nie jest to dobry wzór dla dziecka. Trzeba również pamiętać o cieplejszym ubraniu, bo po pierwsze na wyciągu może być zimno, a po drugie na Śnieżce zazwyczaj wieje i jest dużo chłodniej, niż w mieście.
 

Wędrówka piąta - Kaplica św. Anny (668 m.n.p.m.)

Z kapliczką wiąże się rodzinna historia. Długo nie mogliśmy do niej trafić, widzieliśmy ją na mapie, ale jakoś nigdy nie było nam tam po drodze. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na wycieczkę, szlak (i sama kaplica) były na tyle zapomniane i opuszczone, że po prostu ominęliśmy ją... A miałam względem niej poważne plany, bo siedmiokrotne obiegnięcie kapliczki z wodą w ustach z pobliskiego źródełka ma zapewnić powodzenie w miłości. Dotarliśmy tam kilka lat później, mąż jest dobry, więc coś w podaniu być musi, bo siedem okrążeń wokół kapliczki zrobiłam.
Z Tosią nie chciałam tam iść, w planach miałam Chojnik. Wiedziałam bowiem, że na Chojniku czeka ją więcej atrakcji, schronisko, ruiny zamku itp. Sama nie byłam przy kapliczce od jakiś 10 lat, więc pamiętałam ją jak przez mgłę. Mąż stwierdził jednak, że skoro prowadzi do niej leśna ścieżka, będzie to dobra okazja do chwili wytchnienia od upału.
Dojechaliśmy busem do Karpacza Górnego. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że od początku towarzyszyły nam w wędrówce dwie inne rodziny. Sprzed 10 lat pamiętałam tę drogę, jako zapomnianą, rzadko uczęszczaną i niezbyt dobrze oznakowaną. Szliśmy żółtym szlakiem, znaki na drzewach i kamieniach pojawiały się regularnie, co jeszcze bardziej dziwiło. Miałam w pamięci tę pierwszą, nieudaną wyprawę.
Im bardziej zbliżaliśmy się do kaplicy, tym ludzi było więcej. Z niedowierzaniem spojrzałam na drogowskaz kierujący turystów do Gospody "Dobre Źródło". Jaka gospoda? Tutaj? Przy tej zapomnianej kapliczce?! Niespodzianka! Teren wokół kapliczki i sama kapliczka pięknieją, źródło jest zadbane i zabezpieczone, a obok miejsce, w którym można się zatrzymać, odpocząć, zjeść coś, czy skorzystać z toalety (co, jak wiadomo, kiedy podróżuje się z dzieckiem jest sprawą ważną).
Tosię zachwyciło źródełko, nieograniczony dostęp do prawdziwie zimnej wody, w tak gorący dzień to było coś!
Mnie zachwyciła Gospoda. Pięknie urządzone, miejsce z duszą. Pełne starych przedmiotów i zdjęć tego miejsca z dawnych lat. Ze wstydem przyznaję się, że nie wiedziałam o tym, że przed wojną przy kapliczce znajdowała się podobny budynek. W gospodzie zatrzymaliśmy się na dłuższy czas, Tosia miała ochotę na lody, ja spróbowałam ciasta marchewkowego i pysznego kompotu wiśniowo-aroniowego. Było niestety zbyt gorąco, żeby skusić się na zupy albo chleb ze smalcem, ale warto pamiętać, że i takie smakołyki tam mają. Jest oczywiście kawa i herbata, ale kompot wyglądał tak zachęcająco, że trudno było raczyć się czymś innym. Gości w gospodzie nie brakowało, w zasadzie drzwi się nie zamykały, na miejsce tych, którzy wyszli, zaraz przychodzili kolejni. Piękne miejsce - polecam wszystkim, którzy mają ochotę w pięknych okolicznościach przyrody i miłej atmosferze wypić kawę i zjeść kawałek ciasta albo obiad.
Do miasta wróciliśmy innym, czerwonym szlakiem, wśród drzew i śpiewu ptaków udało nam się zejść do centrum Karpacza. 




 
Cała wycieczka zajęła nam około 4 godzin, to idealna miejsce na propozycja na spacer. Wózkiem, niestety nie uda tam się dotrzeć, ścieżka jest bardzo kamienista i momentami stroma. Idąc od Karpacza Górnego więcej się schodzi, niż wchodzi, więc maluchy trzeba asekurować i wyposażyć w dobre buty. Nie pamiętałam dokładnie tego szlaku, wydawał mi się przyjazny, więc Tosia poszła w trampkach, ale zdecydowanie lepiej szłoby jej się w butach górskich. Czerwonym szlakiem, którym schodziliśmy rozpoczyna się w mieście, tą drogą również można dotrzeć do kapliczki, ale więcej idzie się pod górę, dlatego wybraliśmy ją na drogę powrotną.

Tyle udało nam się zobaczyć, zwiedzić i zdobyć! Tosia okazała się wspaniałym piechurem. Jesteśmy z niej oboje dumni i nie możemy wyjść z podziwu dla jej wytrzymałości. Widać było, że polubiła góry. My, dzięki niej, odkrywaliśmy je na nowo. Górska wędrówka z dzieckiem to "wyższa szkoła jazdy", trzeba dziecko czymś zainteresować, dla trzy- i czterolatka wędrówka wśród drzew może nie być aż tak atrakcyjna jak wydaje się nam - dorosłym. Jak wspomniałam wcześniej, Tosię interesowały budki dla ptaków i oznaczenia szlaków, wypatrywała również strumyków i ciekawych, dużych kamieni, na których można usiąść. Wydłużało to wędrówkę, ale staraliśmy się pilnować, żeby nie zatrzymywała się co 5 metrów. Tempo staraliśmy się dostosować do niej, ale jednocześnie, w kryzysowych dla Tosi momentach, chwytaliśmy ją za ręce i trochę przyspieszaliśmy.
Tak wygląda jej plecak z odznakami ze wszystkich schronisk, które odwiedziła na swoich małych nogach!


Co będziemy robić na wakacjach? Czyli jedziemy z dzieckiem w Karkonosze!

Za 10 dni ruszamy na wakacje. Planów na te siedem dni mamy mnóstwo (czasem boję się, że może zabraknąć nam czasu na zrealizowanie wszystkich). Wiele zależy od pogody, sił, chęci i wytrwałości Tosi.

Atrakcje czekają na nas już w drodze do Karpacza. Po pierwsze - Zamek Bolków, który udało nam się zobaczyć dwa lata temu, ale nie wykluczamy, że i w tym zrobimy sobie przerwę w podróży w jego pobliżu.
Po drugie - oddalony o kilka kilometrów od Bolkowa Zamek Świny, ten podziwialiśmy dotąd jedynie z okien samochodu.
Po trzecie - Zamek Książ, Tosia na zwiedzanie jest jeszcze za mała, ale zastanawiamy się, czy nie pojechać tam, żeby choćby pospacerować po pięknym parku.
Po czwarte - Kościół Pokoju w Jaworze, wyjątkowa budowla z niesamowitą historią, do tej pory podziwialiśmy ją jedynie z zewnątrz, czas najwyższy wejść do środka i zachwycić się pięknem tej świątyni.
A kiedy już dotrzemy na miejsce, plany są następujące:
- Muzeum Zabawek, czyli coś absolutnie dla dzieci, choć gwarantuję, że żaden dorosły nie będzie się tam nudził.
Od kilku lat Muzeum mieści się w odrestaurowanym budynku dawnego dworca, na jego tyłach znaleźć można Salę Tradycji Kolejnictwa - Tosia będzie zachwycona!


- Muzeum Sportu i Turystyki, żeby bliżej poznać historię regionu.
- Lipa Sądowa, Młyn Miłości, zapora na Łomnicy, Dziki Wodospad, Krucze Skały, Kościół Wang - nie będzie czasu na nudę!


A w górach:
- Schronisko nad Łomniczką, w którym nie ma prądu, ale są przepyszne naleśniki z jagodami! Prowadzi do niego łagodnie pnący się w górę szlak wśród drzew - to idealna trasa na rozgrzewkę!
- Schronisko Samotnia - najpiękniejsze w Karkonoszach, a i może w całych polskich górach oraz położona nieco wyżej Strzecha Akademicka, szlak trudniejszy i dłuższy, ale na pewno mój ulubiony!
Dwa lata temu przeszliśmy go z Tosią w nosidle, czy w tym roku da radę na własnych nogach?


- Wodospad Szklarki i  Szrenica, czyli mała wycieczka do Szklarskiej Poręby.
- Zamek Chojnik - zdobyłam na własnych nogach mając cztery lata, zobaczymy czy Tosia odziedziczyła po mnie miłość do gór.
- Śnieżka, jeśli odważymy się na przejazd wyciągiem krzesełkowym, którym moglibyśmy wjechać na Kopę.

A w drodze powrotnej Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska i Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie.
Plany są ambitne, nawet jeśli zrealizujemy 30% z tego co przedstawiłam wyżej będę zadowolona! *Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszych dotychczasowych wyjazdów do Karpacza.