Za kilka dni Wigilia Bożego Narodzenia

Mieliśmy ją spędzić u rodziców, moich albo męża. Sprawy przybrały jednak niespodziewany obrót i zaprosiliśmy wszystkich do nas. Tak pierwsza, rodzinna wigilia w naszym mieszkaniu. Tak naprawdę najwyższy czas na na nią, to już trzecie Święta na swoim. Pierwsze spędziliśmy sami z Tosią, rok temu byliśmy u moich rodziców, a w tym roku to my organizujemy wigilijną wieczerzę.

W związku z tym nie ma we mnie ani trochę strachu, nie panikuję i spokojnie podchodzę do całego zamieszania związanego z przygotowaniami. Lista zakupów gotowa, plan gotowania i pieczenia ogarnięty, dekoracje kupione i z grubsza zaplanowane. Czekam na choinkę, którą mąż kupi w poniedziałek, Tosia też czeka, bo kiedy kilka dni temu wyjęłam z szafy bombki, chciała zakładać je na świąteczne drzewko, którego jeszcze nie mamy ;)
Będzie pięknie i wyjątkowo!





Nie dać się zwariować

Niedawno pisałam o prezentach, które Tosia znajdzie pod choinką. Większość jest już w naszym posiadaniu, a ja cały czas znajduję kolejne, niezbędne, fantastyczne zabawki, które chciałabym jej kupić. Znajduję i na szczęście w porę przychodzi opamiętanie. Mówię wtedy głośniej lub ciszej: "Po co jej to wszystko, skoro i tak się tym nie bawi?!"
Bo sami wiecie, jak to naprawdę z tymi zabawkami jest...

Staramy się na bieżąco sprzedawać lub chować zabawki, które już Tosi nie interesują. Jeśli mielibyśmy drugie dziecko, również będą przychodzić do niego goście, tak samo jak starsza siostra będzie świętowało urodziny i obchodziło Boże Narodzenie oraz Wielkanoc, więc na pewno dostanie własne zabawki. Nie ma, więc potrzeby trzymać w domu wszystkich gratów. Oczywiście przygotowywanie wszystkich sprzętów do sprzedaży lub schowania wiąże się z ich reaktywacją i wielką miłością. Okazuje się, że trzylatka nagle potrzebuje maty edukacyjnej albo pluszowego sortera :) 

Mikołaj przyniósł trzy lokomotywy z serii Tomek i Przyjaciele, okazało się, że idealnie pasują do torów z IKEI, zabawa jest lepsza, niż przewidywaliśmy zamawiając zabawki.


Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy Tosia zabawkami bawi się dużo, czy mało. Czasem wydaje mi się, że w ogóle. Że cały czas spędzony w domu mogłaby poświęcić na "czytanie" (bo teraz, kiedy zna już większość książek na pamięć czyta je sama) i polubione ostatnio rysowanie. Ma fazy na konkretne zabawki, są tygodnie, że nie ma większej frajdy, niż ciastolina, potem ląduje ona na swoim miejscu i Tosia przerzuca się na coś innego. Problem tkwi w tym, że córka nie lubi bawić się w swoim pokoju, woli salon i, kiedy wieczorem wynoszę zabawki do jej królestwa, a ona rano z jakiś powodów ich nie przyniesie, zabawki nie istnieją. Tak jest na przykład z wymarzonym Klubem Myszki Miki, którym dopóki nie znajdzie się w jej pokoju, jest ulubioną zabawką.
Lalkę, którą Tosia dostanie na Boże Narodzenie kupowałam z pewnym niepokojem. Zadawałam sobie pytanie, czy warto, czy będzie się nią bawić, czy plany, które snuje na życie z bobasem zostaną zrealizowane. Mąż ostatnio przyłapał Tosię na zabawie lalką w przedszkolu, otworzył drzwi do sali, zobaczyła go, ale nie podeszła od razu. W rękach trzymała lalkę, najpierw musiała położyć ją do łóżeczka, pożegnać się i dopiero mogła wrócić do domu. Odnoszę wrażenie, że Tosia ma zapędy opiekuńcze, wieczorem mówi dobranoc lokomotywom i zabawkom, które są akurat w pobliżu. Może właśnie dlatego tak marzy o lalce.
Z jednej strony czekam na rozpakowywanie przez nią prezentów, bo myślę, że w tym roku sprawi jej to prawdziwą frajdę, z drugiej zastanawiam się, gdzie to wszystko będziemy trzymać, kiedy nagle stwierdzi, że wraca do starych zabawek:) Albo ukochanych książek...


Chyba czas na kolejny post o naszych ostatnich odkryciach literackich:)

Co położyć pod choinką?

Od dnia, w którym nasza telewizja wzbogaciła się o kanały z bajkami, słyszymy kilka razy dziennie: "Kupisz? Mamo, kupisz? Chciałabym"... Z gąszczu zabawek, o których marzy nasze dziecko, wybraliśmy kilka, ktore naszym zdaniem sprawią jej największą radość.

Lalka interaktywna Baby Born. Pokazałam Tosi kiedyś filmik z jej opisem i od tego dnia marzy o lalce, która robi siusiu, pije mleczko i płacze. Chce - będzie miała, taką decyzję podjęliśmy z mężem. Zwłaszcza, że na razie żadnej lalki nie ma, a już wcześniej myśleliśmy o takim bobasie.

Lalce i jej nowej mamie przyda się łóżeczko. Postawiliśmy na Ikeę. Mam nadzieję, że bobas będzie w nim chętnie spał.

Miłość do figurek nie mija, zdecydowaliśmy, więc z Tosinkową Babcią, że prezentem od niej będzie domek Świnki Peppy. Tosia na razie o tym nic nie wie;)


Książki, czyli to, co Tosia lubi najbardziej. Stawiamy na klasykę w nowym wydaniu. Dołączą do kilku książek z tej serii, które już stoją w jej pokoju.

I oczywiście prezent praktyczny - piżama z Kłapouchem, sama wybrała i poprosiła Babcię, żeby jej kupiła.

Tyle wiemy, bo te prezenty konsultowaliśmy z Gwiazdorem. Kilka osób czeka jeszcze na sugestię z naszej strony, myślimy więc o kolejnych elementach związanych z Peppą, czyli o placu zabaw

lub o pociągu Dziadka Świnki
A może coś związane z Klubem Przyjaciół Myszki Miki. Trochę czasu na decyzję jeszcze mamy. Tosia marzy nadal o kasie sklepowej, więc może to. Co jakiś czas powraca również pragnienie posiadanie zestawu do koszykówki, który widziała kiedyś w kąciku zabaw w jednym ze sklepów. Na szczęście był to sklep z zabawkami, więc mam nadzieję, że znajdę taki sam na półce.

A jak sytuacja bożonarodzeniowa u Was?






Jak znaleźć złego lekarza.

Jak już wcześniej pisałam, po trzecich urodzinach mieliśmy wybrać się na testy alergiczne. Trzeba było ustalić alergen/alergeny, na które najbardziej reaguje Tosia. W tym celu wybraliśmy się do lekarki, u której byliśmy rok temu. Pierwsze podejście - Tosia jest przeziębiona, lekarka twierdzi, że jeszcze nie musi dawać antybiotyku (tak, antybiotyk na katar - świetne rozwiązanie) i, że mamy iść do laryngologa zdiagnozować trzeci migdał, bo skoro tak często choruje (na naszą sugestię, że jej choroby to katar, rzadko kaszel i zaczerwienione gardło, bardzo rzadko gorączka, a ostatni antybiotyk miała w sierpniu 2013 r., kiedy wszyscy zachorowaliśmy na anginę, nie wiedziała co powiedzieć), to migdał trzeba wyciąć. Wychodzimy ze skierowaniem do laryngologa i nowym terminem testów. 
Do laryngologa udało się umówić jeszcze przed drugą wizytą u alergologa. Lekarz był bardzo zdziwiony naszym przybyciem, bo skoro dziecko nie choruje, a migdał ma powiększone 97% maluchów, to on nie widzi potrzeby wycinania go i narażania na stres dziecka i siebie. Każe przyjść z wynikami testów i rozpisze wtedy lekarstwa, które będą działać przeciwalergicznie, a dodatkowo zmniejszą migdał. Odetchnęliśmy z ulgą, bo oboje baliśmy się "lekarza-rzeźnika", który potraktuje Tosię, jak kolejne dziecko i taśmowo wyśle na wycięcie.
Następnego dnia robimy testy, lekarka nawet nie osłuchała Tosi, wcisnęła nam w rękę kartkę i wysłała do gabinetu zabiegowego. Sytuację uratowały przemiłe pielęgniarki, Tosia w czasie malowania rąk i aplikowania alergenów śmiała się jak szalona. Wynik - duża alergia na kurz i ledwie zaznaczona na trawy i zboża (to niestety nasza wina, bo nie udało nam się utrzymać jej rąk z spokoju i płyn się rozmazał, trzeba będzie testy kiedyś powtórzyć). Diagnoza lekarki - lekka, w zasadzie niezauważalna alergia na kurz, leki mamy jej podawać tylko wtedy, kiedy będziemy szli do kogoś, kto ma w domu kurz (!). Na nasze pytanie o suchą skórę, która pojawia się w sezonie grzewczym, odpowiedziała, że to wszystko od Danonków (bez względu na to, czy żywiłaby się jedynie serkami, czy nie, skóra wygląda tak samo źle...). Na naszą prośbę o zaświadczenie do przedszkola, że Tosia ma alergię i, że zdarza jej się katar, który nie wiąże się z chorobą, bo na przykład rano nie może rozstać się z chusteczkami, a potem wszystko mija bez śladu, usłyszeliśmy, że nic takiego nie napisze, bo później rodzice wysyłają chore dzieci do przedszkola. Ręce mi opadły i miałam ochotę wyjść stamtąd trzaskając drzwiami.
Wyniki testów zostały już skonsultowane z naszymi dwoma pediatrami i moją alergolog. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że alergia jest silna i trzeba próbować minimalizować jej objawy. Jeden z pediatrów dziwił się, dlaczego lekarka nie zapisała refundowanych leków, skoro Tosi już takie przysługują. Wyszliśmy od niego z receptą na lek refundowany, zaleceniem, żeby zmienić lekarza i nowym skierowaniem do specjalisty.
W środę czeka nas druga wizyta u laryngologa. A potem nowy specjalista od alergii. Wierzę, że teraz dobrze trafimy.

Nowa Kicia Kocia w dwóch odsłonach

Oto moje dziecko po raz pierwszy zetknęło się boleśnie z rynkiem wydawniczym. Pod koniec sierpnia oznajmiłam jej, że już niedługo ukażą się trzy nowe Kicie Kocie. Od tego dnia niemal codziennie po powrocie z pracy słyszałam pytanie, czy książki już wyszły i, czy je kupiłam. Publikacja opóźniła się o kilka dni, potem nie mogłam dostać jej w księgarni, która ma chyba największe zapasy Media Rodziny w okolicy, a do tego okazało się, że z trzech zaplanowanych książek ukazały się dwie. Do dzisiaj pyta mnie, kiedy wyjdzie ta trzecia.

Dwie książki, które właśnie się ukazały, to Kicia Kocia w kosmosie i Kicia kocia sprząta. Nowe książeczki to frajda dla całej rodziny, Tosia z zapałem uczy się na pamięć, kilka dni temu "przeczytała" mi już dużą część jednej z nich. Nie będę streszczać ich zawartości, bo nie będę zabierać Wam przyjemności poznania nowych przygód przesympatycznej kotki. Na pewno będziecie bawić się tak dobrze, jak my. Tosia uwielbia Kicię Kocię, nam również czytanie tych książeczek daje dużo radości.

Ostatnio zaliczyłam nawet spór z osobą, która stwierdziła, że książki z tej serii mają wyjątkowo brzydkie ilustracje. Trudno zgodzić mi się z tym stwierdzeniem. Bardzo cenię książki dla dzieci, których bohaterów mali czytelnicy mogliby bez problemu narysować sami. Nie przemawiają do mnie sztuczne komputerowe księżniczki, przekolorowane, zupełnie nienaturalne zwierzęta. Lubię proste ilustracje. Takie są właśnie w książkach Anity Głowińskiej.

Polecamy serdecznie nowe przygody Kici Koci.

Tosia z mamą :)