Środowe recenzje: "Orzeł Biały. Znak państwa i narodu" (Wydawnictwo Bajka)

Coraz częściej rozmawiamy z Tosią na temat naszych narodowych symboli, jest coraz starsza, coraz bardziej interesuje się otaczającym ją światem, coraz bardziej interesuje ją kraj, w którym mieszka. Chcemy odpowiadać na jej pytania najlepiej jak umiemy, ale często stajemy przed dylematem, jak opowiadać o tym w sposób zrozumiały dla kilkulatka i przed koniecznością ugruntowania naszej wiedzy. Na szczęście są książki!

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu, który kilka tygodni temu ukazał się nakładem Wydawnictwa Bajka, to kopalnia wiedzy dotyczącej naszego godła (który jest wizerunek orła z koroną na głowie) i herbu (czyli wizerunku orła umieszczonego w czerwonym polu tarczy herbowej). Jest w tej książce wszystko, co każdy mniejszy i większy Polak na ten temat wiedzieć powinien. Najpierw kalendarium, potem legenda o orlim gnieździe (co prawda nie umieszczono jej w książce, ale mamy tutaj mnóstwo informacji z jej powstaniem związanych). Z kolejnego rozdziału dowiadujemy się, który król, jako pierwszy umieścił orła w koronie na swojej pieczęci oraz, co do dokładnie za gatunek orła. Jest fragment poświęcony barwom polskiego herbu oraz zmianom kształtu Orła Białego na przestrzeni wieków. Orzeł widnieje również na polskich chorągwiach, orderach, symbolach wojskowych. I o tym wszystkim również pisze Alfred Znamierowski. 

Wymieniłam wiele poruszonych w tej książce wątków, a i tak nie napisałam o wszystkich. Bo ta książka to niemal encyklopedia, prawdziwa kopalnia wiedzy. Powinna trafić do każdego domu. Przed jej przeczytaniem myślałam, że wiem dużo (a może nawet, że wiem wszystko), z każdą stroną moje zdziwienie rosło, bo okazało się, że wiem niewiele. Chętnie jednak tę wiedzę razem z Tosią poszerzałam, bo tę książkę, choć naszpikowaną informacjami, czyta się jak najlepszą powieść!
Język jest przystępny i zrozumiały dla młodszych i starszych czytelników. Nikogo nie zniechęcą trudne i niezrozumiałe słowa, bo jeśli takie się pojawiają, zostają natychmiast na marginesie wyjaśnione. A tekst uzupełniają liczne zdjęcia i ilustracje, które nie tylko umilają lekturę, ale przede wszystkim doskonale obrazują każdy omówiony wątek. 

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu to książka, która udowadnia, że o ważnych sprawach można pisać w sposób przystępny i prosty, ale nie prostacki i banalny. Na każdej stronie widać z jak dużym szacunkiem autor odnosi się do naszych symboli narodowych, nie ma tu jednak mowy o nadmiernym patosie. Polecam serdecznie wszystkim rodzicom i nauczycielom, którzy zmagają się z pytaniami najmłodszych i, którzy sami chcą poszerzyć własną wiedzę.
* zainteresowanych informuję, że Bajka wydała także książkę poświęconą polskiemu hymnowi, znaleźć możecie ją tutaj





Orzeł Biały. Znak państwa i narodu
Alferd Znamierowski
Wiek 8+

Środowe recenzje: Potrafiłbyś się zaprzyjaźnić z jamnikiem?

Pies nigdy nie był moim wymarzonym domowym czworonogiem, ale jeśli już myślałam o posiadaniu takowego, wiedziałam że musi to być jamnik. Ale nie wiedziałam wtedy, jak bardzo kapryśne, humorzaste, a jednocześnie niezwykle wrażliwe są to psy.

Hipolit Kabel (cóż za cudowne imię dla jamnika, wprost idealne!) prezentuje się w pierwszym rozdziale jako miłośnik technicznych nowinek. Ten właśnie Hipolit Kabel gotując obiad w swojej kuchni, odczuwa przemożną chęć sfotografowania siebie  oraz swojego obiadu i wrzucenia zdjęcia na portal społecznościowy dla psów (bo "błogość w sercu nadal bulgotała nadmiarem"). Tu jednak dostrzega, że inne psy chwalą się zdjęciami z egzotycznych podróży, ciekawych wydarzeń. Jego obiad, nawet jeśli jest to najlepsze na świecie spaghetti, wypada na ich tle blado. Na szczęście z pomocą przychodzi przyjaciel, który ratuje Hipolita przed popadnięciem w rozpacz. Zdarza się to Kablowi często, można powiedzieć, że melancholia to jego drugie imię, wyjątkowo często dopadają wahania nastroju. Kabel przyjaźni się, dość nietypowo, z kotem. Kot nazywa się Alojzy Kocioł i ma w sobie pokłady anielskiej cierpliwości. Alojzy wspiera Hipolita na każdym kroku. W pierwszym rozdziale tłumaczy mu na przykład, że nie ma się czym przejmować, bo przecież basen, który widać na zdjęciu może wcale nie być taki wielki, jak się wydaje i tak naprawdę wystarczy obiad sfotografować z góry i od razu będzie wyglądać inaczej, jak w restauracji!

Książka Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (autorki między innymi przygód przesympatycznej ryjówki Florki) to osiem opowiadań poświęconych przygodom Hipolita Kabla. W każdym z nich widzimy jamnika jako nieco narzekającego, ale bardzo sympatycznego bohatera. My najbardziej polubiłyśmy Coś więcej, którego akcja rozgrywa się w czasie Bożego Narodzenia i  Dzień jak marzenie poświęcony marzeniom, dzieleniem się nimi i dążeniem do ich realizacji.

Humory Hipolita Kabla to jedna z najzabawniejszych książek, jakie ostatnio czytałyśmy. Bohaterów nie da się nie lubić, są tak oryginalni, szaleni i zabawni, że każdy przymknie oko na ich humory i dziwactwa i już po kilku stronach będzie miał ochotę zapisać się do jego fan clubu (a może założyć fanpage?). Polubiła go cała nasza rodzina i bardzo chętnie wracamy do jego przygód, zwłaszcza w takie dni, w których dopada nas melancholia...

Książkę wyróżnia (jak zawsze w przypadku wydawnictwa Adamada) bardzo staranne wydanie, piękne ilustracje, kolorowa wklejka związana z treścią opowieści i przede wszystkim piękna, mądra historia, która będzie się podobać zarówno młodszym, jak i starszym czytelnikom. To książka, którą nie tylko chce się czytać, ale również taka, którą chce się oglądać! Ciesząc się tym, że możemy obcować z literaturą aż tak piękną!







       
Humory Hipolita Kabla
Roksana Jędrzejewska-Wróbel
ilustracje Grażyna Rigall
Wiek 4+




Tak, Polacy nie czytają książek!

Tydzień temu byliśmy we Wrocławiu, jako środek lokomocji wybraliśmy pociąg. Pociąg - wymarzone miejsce do czytania. Zwłaszcza teraz, kiedy wagony są nowoczesne, tory w wielu miejscach wymieniono na nowe, nie ma już tego kojarzącego się z koleją charakterystycznego stukania, nic nie szumi, jest tak cicho i przyjemnie, że można rozmawiać szeptem, jest tak cicho i przyjemnie, że można oddać się lekturze.

Nie zabraliśmy ze sobą książek, bo podróżowaliśmy z Tosią. Nie zabraliśmy ze sobą naszych książek, bo wiedzieliśmy, że nie będzie czasu na czytanie, że jeśli Tosia nie zaśnie, będziemy rozmawiać z nią. Nie wzięliśmy książek dla siebie, ale wzięliśmy książki dla niej. Tosia, jak wiecie, książki uwielbia, czytamy dużo (stworzyliśmy już nawet małą biblioteczkę w samochodzie), trudno więc wyobrazić sobie podróż bez książek (na tę okazję mam w szafie schowane zupełnie nowe tytuły, których jeszcze nie zna, które sprawią, że czytanie będzie jeszcze atrakcyjniejsze, w końcu nowa książka to jeszcze większe emocje w czasie lektury). Towarzyszył nam Baltic, o którego przygodach z wielkim zainteresowaniem czytałyśmy w drodze do i z Wrocławia. I to właśnie w drodze powrotnej spostrzegłam, że oprócz nas nikt w przedziale nie czyta. Jechał pan w wieku około sześćdziesięciu lat, który najpierw przeglądał na laptopie strony internetowe, a potem grał w karty. Jechała dziewczyna (mogła mieć jakieś 30-35 lat), która oglądała filmy na ekranie smartfona. Jechał chłopak około trzydziestki, który słuchał muzyki z youtuba. Oczywiście, mogli akurat odłożyć książkę, nie mieć ochoty na czytanie, mogły rozboleć ich oczy albo mogli pomyśleć, że kilkulatka, która wsiadła na stacji Wrocław Główny będzie tak hałaśliwa, że czytać się nie da. Mogli, ale tak nie było. Skąd ten wniosek? Bo w całym przedziale widać było tylko jedną książkę, czyli Baltica Tosi (drugą miała w plecaku, ale nie zdążyła wyjąć, bo w trakcie czytania pierwszego rozdziału zasnęła na moich kolanach). Książek nie było na półkach, nie było na stolikach. Nie było nawet gazety, żadne Życie na gorąco, Nasz Dziennik, Twój Styl, Fakt ani Wyborcza nie rzuciły nam się w oczy. Czyli społeczeństwo nie czyta nawet w tak sprzyjających warunkach, jakie serwują mu Polskie Koleje Państwowe. 
Mam wrażenie, że nawet w autobusach i tramwajach coraz rzadziej widzę osoby czytające. Coś w tym raportach o czytelnictwie w Polsce być musi... Niestety.

Cóż robić? Pocieszający wydaje się fakt, że rodzice czytają swoim dzieciom. Choć może to właśnie ci rodzice są wśród tym 37%, które czyta? I, kiedy te dzieci dorosną, to nadal będzie czytać tylko 37%?
Problem wydają się dostrzegać przedszkola i szkoły, które organizują konkursy i projekty związane z czytelnictwem. Tu jednak pojawia się pytanie, czy nauczyciele czytają? Czy mogą być dla swoich uczniów wzorem? Czy polecają im ciekawe, warte przeczytania nowości? Bo z nimi jest podobnie jak z rodzicami, jeśli nie dają dzieciom przykładu, jeśli w domu nie ma książek i rodzica z książką dziecko nigdy nie widziało, to dlaczego ono ma czytać? 
Na targach książki i spotkaniach autorskich nie brakuje osób zainteresowanych literaturą. Czytają, ale nie kupują? A może kupują, ale nie czytają? A wypożyczają? Byłyśmy ostatnio kilka razy w bibliotece i amatorów książek dało się tam zauważyć. Czyli czytają? Niektórzy na pewno, podobno 37%...

A jakie są Wasze obserwacje?

Byliśmy we Wrocławiu. Teraz kolej na Was!

Wrocław to jedno z moich ulubionych polskich miast. Duży rynek, niepowtarzalny klimat, zabytki oraz atrakcje dla młodszych i trochę starszych. W czasach mojej młodości (!) bywałam tam przynajmniej raz w miesiącu. Teraz zdarza się to nieco rzadziej, choć w ciągu ostatniego miesiąca odwiedziłam stolicę Dolnego Śląska aż dwa razy. Pierwszy wyjazd związany był z pracą, drugi to już czysta rozrywka w rodzinnym gronie.
To był drugi wyjazd do Wrocławia z Tosią. Plan był podobny do tego z minionego lata, czyli prosto z dworca kierujemy się do zoo, stamtąd na obiad, a potem leniwy spacer po wrocławskiej starówce.
Plan udało się zrealizować, zoo i Afrykarium znowu zachwyciło (radzę Wam jednak wybrać się tam o jak najwcześniejszej godzinie, my byliśmy przed 9 i niemal nie odczuliśmy jak wielki tłum chciał przekroczyć bramę, ci, którzy byli później musieli stać w gigantycznych kolejkach), na Rynku i przylegających do niego ulicach czaiły się krasnale, sam Rynek tętnił życiem. Do tego świeciło piękne słońce. Wyjazd udał się, a Tosia opowiada o nim bardzo chętnie. Wycieczka do Wrocławia była dla niej niespodzianką, do ostatniej chwili nie wiedziała dokąd jedziemy. Prawdę poznała w pociągu, kiedy otworzyła plecak i znalazła w nim dwie wskazówki.

Ponieważ Tosia jest już starsza, postanowiliśmy przybliżyć jej nieco historię miasta i najważniejsze zabytki. Wiedzieliśmy, że czasu na zwiedzanie będzie niewiele, bo głównym punktem wycieczki było zoo, chcieliśmy zrobić to przynajmniej na mapie. Z pomocą przyszła nam pewna książka oraz pewna niezwykle oryginalna mapa.
Zacznę od tej drugiej, czyli Kreatywnika wrocławskiego, czyli przewodnika po Wrocławiu dla dzieci. Otrzymaliśmy pocztą od jego autorki Moniki Bronowickiej. Monika prowadzi blog Dolny Śląsk dla Uli. Znajdziecie w nim mnóstwo inspiracji na podróże po tym niezwykle urokliwym rejonie naszego kraju i wiele ciekawych informacji o samym Wrocławiu. To obowiązkowa lektura przed wyjazdem, a podczas wycieczki koniecznie musicie mieć ze sobą Kreatywnik. Niewielkich rozmiarów, przypominający tradycyjną mapę turystyczną (taką wiecie sprzed epoki nawigacji i aplikacji różnej maści w telefonie). Bez problemu zmieści się w plecaku i na pewno przyda się w trakcie wycieczki. Forma jest bardzo prosta, ale przecież nie o formę tu chodzi, ale o treść i o źródło informacji. A to wszystko Kreatywnik nam oferuje. Autorka opisała tam, jej zdaniem (ale całkowicie się z nią zgadzam) najciekawsze i najważniejsze dla małych podróżników miejsca we Wrocławiu. Dzieci mogą same zaplanować trasę wycieczki, wybrać miejsca, które chcą zobaczyć, a wolnych chwilach, kiedy przysiądą na ławce w parku, żeby choć chwilę odpocząć, mogą spróbować rozwiązać zadania, które autorka umieściła w Kreatywniku. Dobra zabawa - gwarantowana! Zainteresowałam Was? Kliknijcie tutaj, a będziecie mogli pobrać plik z Kreatywnikiem na dysk i wykorzystać przy najbliższej wyprawie do Wrocławia.
 
 

Oprócz Kreatywnika zabraliśmy ze sobą jeszcze niewielkich rozmiarów książkę o Wrocławiu autorstwa Elizy Piotrowskiej. Autorka jest nam dobrze znana ze swoich książek, które poświęciła Poznaniowi, a ta o Wrocławiu w niczym im nie ustępuje. Była dla nas nawet ciekawsza, bo historii Wrocławia nie znamy tak dobrze, jak historii naszego rodzinnego miasta. Na początku mamy legendę o powstaniu miasta oraz krótki i przyjazny młodym czytelnikom rys historyczny. Potem następują opisy poszczególnych dzielnic, miejsc, zabytków. Do tego krzyżówki i zagadki. Dzieci na pewno nie będą się nudzić i jeszcze więcej zapamiętają z wycieczki. Ja tworzę dla Tosi mały księgozbiór przewodników, kolorowanek, zbiorów legend związanych z miejscami, które chcemy w najbliższym czasie odwiedzić. Dla niej to świetne przygotowanie do wycieczki oraz umilanie czasu w jej trakcie, dla nas wskazówka, na które miejsca warto szczególnie zwrócić uwagę.
 
 
 
 
 

Znacie takie książki o swoim regionie? Jeśli tak, koniecznie mi je polećcie! A ja już niedługo podzielę się naszymi zbiorami:)


Środowe recenzje: O psie, który pływał na krze

Kilka tygodni temu opisywałam tu książkę Barbary Gawryluk Klifka (klik). Tak bardzo przypadła nam ona do gustu, że szybko kupiłam kolejną część z tej serii, tym razem opowiada ona historię, którą kilka lat temu żyła cała Polska (klik).

Na krze dryfował pies, który wystraszył się wybuchów fajerwerków w sylwestrową noc i uciekł ze swojej budy. Trafił do przedszkola, jeździł autobusem, aż w końcu zszedł nad rzekę i tam rozpoczęła się jego wielka, ale bardzo niebezpieczna podróż. Tu również rozpoczęła się walka o jego życie. Piesek, którym od zniknięcia jego właścicielki i pojawieniu się w jej domu nowych właścicieli, nikt się nie zajmował, nagle był w centrum zainteresowania nie tylko Polaków, ale i ludzi na całym świecie. Wszyscy zaangażowali się w pomoc, w wielu miejscowościach strażacy próbowali wyłowić go z wody, niestety pies był bardzo nieufny. Płynął samotnie na krze, wspominał swoją panią, walczył z głodem, ze zmęczeniem, z przymarzającymi do kry łapami. Walczył dzielnie, niestety nieufność i strach nie pozwalały mu zeskoczyć z kry i dać się uratować. W końcu wypłynął na morze, gdzie spotkał wygrzewające się na krach foki. Te niczego się nie bały i czerpały radość ze słońca. I właśnie z fokami pomyliła go załoga statku Baltic, która przepływała w pobliżu. Na szczęście zaczęli sprawdzać co to za dziwna, kudłata foka i dzięki temu uratowali dzielnego czworonoga. Co stało się z nim później? Najpierw rozpoczęto poszukiwania właściciela, ale zgłaszali się tylko ludzie, którzy skuszeni medialną wrzawą wokół kundelka, chcieli jedynie ogrzać się w blasku jego sławy. Pies jednak nie rozpoznał nikogo. Z tego powodu załoga statku podjęła decyzję, że pies zostaje z nim. Nadano mu imię Baltic i od tej pory pies płynął pływa z nimi (klik).

Książka chwyta ze serce. Tego ukryć się nie da. Tosia bardzo przeżywała przygody psa, ale przewidując jej reakcję, jeszcze zanim zaczęliśmy czytać tę książkę, pokazałam jej zdjęcie Baltica na okładce i powiedziałam, że pies płynął na krze i został uratowany przez dzielnego marynarza.
Książkę czyta się jak najlepszy reportaż. Cała historia została opisana z perspektywy przerażonego, przemarzniętego i głodnego czworonoga, który niezbyt ciepłą, ale jednak dobrze znaną budę, zamienił na niewielką krę dryfującą najpierw po rzece, a potem po morzu. To wspaniała opowieść o odpowiedzialności za zwierzę, o przyjaźni i zaufaniu. Uroku tej książce dodają piękne i kolorowe ilustracje Iwony Całej, zachwycają i cieszą oko.

Piękna i mądra książka dla najmłodszych i tych trochę starszych!



 


Baltic. Pies, który płynął na krze
Barbara Gawryluk
ilustracje Iwona Cała
Wydawnictwo Literatura, 2012
wiek 5+