Podróże Tosi: Tatry z dzieckiem po raz pierwszy!

Na pierwszy wspólny wyjazd w Tatry przyszło nam czekać prawie dziesięć lat. Najkrótszą drogę mamy w Karkonosze, potem dołączył do nich Beskid Śląski. Teraz stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, że Tatry w magiczny sposób nigdy się do nas nie przybliżą i w końcu musimy się tam wybrać. Plan zrealizowaliśmy w tym roku. Spędziliśmy pod Giewontem 9 dni i wykorzystaliśmy je niemal w 100%.

 

Napisałam niemal, ponieważ całkowitą realizację planów pokrzyżowała nam pogoda. Chcieliśmy spędzić na górskich szlakach znacznie więcej czasu, ale plany musieliśmy nieco zweryfikować. Czujemy więc pewien niedosyt. Czujemy też sporą satysfakcję, bo mimo niesprzyjającej przez kilka dni aury udało nam się sporo zobaczyć. Dzień po przyjeździe ruszyliśmy do Doliny Kościeliskiej. Tam po raz pierwszy odczuliśmy jak wielu turystów jest w Tatrach. Kolejka do kas TPN i potem potok ludzi przemierzających szlak. Nie będę ukrywać, na miejsce, czyli do schroniska na Hali Ornak, dotarliśmy zmęczeni. Nie było to jednak zmęczenie fizyczne, ale psychiczne. Trudno było iść swoim tempem, szliśmy albo zbyt wolno, albo za szybko. Chwilę wytchnienia od tłumów i hałasu znaleźliśmy nas Smreczyńskim Stawem. Postanowiliśmy się tam wybrać po przeczytaniu książki Tatry. Przewodnik dla dużych i małych (KLIK). Polecał to miejsce Paweł Skawiński, jeden z autorów tej wyjątkowej książki. Staw zrobił na nas wielkie wrażenie, wygląda niesamowicie i zupełnie inaczej niż wszystkie, które wcześniej widzieliśmy. Wrócić planowaliśmy przez Wąwóz Kraków, ale nasze plany pokrzyżował padający deszcz. Mimo wszystko wróciliśmy usatysfakcjonowani i z nadzieją oraz wielką ochotę na kolejne wyjście w góry.




Na kolejne czekaliśmy dwa dni. Dopiero w piątkowe popołudnie udało nam się przespacerować na Kalatówki. Nie było ich na naszej liście marzeń, ale szukaliśmy miejsca, do którego można się wybrać popołudniu, bo dopiero o tej porze pogoda się ustabilizowała. Przejście tej trasy nie zajęło nam wiele czasu, bo z Kuźnic na Kalatówki idzie się kilkadziesiąt minut. Teraz wiem, że warto tę niedługą trasę pokonać, bo widoki z Kalatówek są przepiękne. Niestety, nie udało nam się dotrzeć na Halę Kondratową, ale pora była zbyt późna, żeby wędrować wyżej i dalej. 




W piątek chodziliśmy po górach popołudniu, w sobotę ruszyliśmy w nie z samego rana. Na 7:30 mieliśmy kupione bilety na kolejkę na Kasprowy Wierch. Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się na szczycie. Temperatura odczuwalna wynosiła niespełna 7 stopni, więc ciepłe ubrania, które zabraliśmy ze sobą, okazały się niezbędne. Na szczycie Kasprowego Wierchu nie spędziliśmy wiele czasu, ruszyliśmy w stronę Beskidu, a potem Przełęczy Liliowe. Stamtąd schodziliśmy w kierunku Schroniska Murowaniec. Zanim jednak się przy nim zatrzymaliśmy, skręciliśmy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Półgodzinne podejście i już mogliśmy się cieszyć, moim zdaniem, najpiękniejszym widokiem w Tatrach. Nad stawem spędziliśmy kilkadziesiąt minut, po zejściu zatrzymaliśmy się przy Murowańcu, żeby przez Halę Gąsienicową, Przełęcz Między Kopami i Boczań dotrzeć do Kuźnic.




W góry ruszyliśmy również w niedzielny poranek. Naszym celem była Dolina Chochołowska. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć ją na własne oczy. Samo dojście na Polanę Chochołowską nie było ani trudne, ani specjalnie emocjonujące. Pięknych widoków raczej również nie doświadczyliśmy. Za to zaraz po dotarciu na Polanę Chochołowską zachwyt nie miał granic. Polana jest piękna, stojące na niej szałasy dodają jej uroku i charakteru. Na dodatek byliśmy tam na tyle wcześnie, że ani na polanie, ani w schronisku nie było tłumów. Była to miła odmiana po tłumach, które spotykaliśmy wcześniej. A sama polana i schronisko okazały się jednym z najmilszych zaskoczeń i zachwytów tego wyjazdu.




Celem ostatniej wycieczki była Dolina Pięciu Stawów Polskich. Zanim jednak tam dotarliśmy, zboczyliśmy nieco z trasy, żeby zobaczyć Schronisko w Dolinie Roztoki. Ilość ludzi ruszających na szlak tuż po 7 rano była dla nas wielkim zaskoczeniem. Do Wodogrzmotów Mickiewicza szliśmy w prawdziwym tłumie. Niemal wszyscy zmierzali w stronę Morskiego Oka, mniejsze grupki skręcały w stronę Doliny Pięciu Stawów. Najmniej osób kierowało się w lewo, gdzie szlak odbijał w kierunku Starej Roztoki. Najmniej, czyli dokładnie trzy. Na szlaku do schroniska byliśmy zupełnie sami. W schronisku, oprócz nas, siedziały dwie rodziny, które tam nocowały. Cudownie było pobyć kilkadziesiąt minut w ciszy, rozkoszować się smakiem przepysznej szarlotki i chłonąć atmosferę tego wyjątkowego miejsca. Potem było już nieco trudniej. To była nasza, jak do tej pory, najdłuższa wycieczka. Intensywna, emocjonująca, ale niesamowicie piękna i satysfakcjonująca. Cieszę się, że w końcu udało mi się zobaczyć tę słynną dolinę i jeszcze słynniejsze schronisko na własne oczy. Widoki były piękne i wynagradzały wszystkie trudy wędrówki.



 

Czy jesteśmy zadowoleni? Tak, choć apetyty mieliśmy większe. Pogoda zmusiła nas do zweryfikowania planów. Czasem lepiej odpuścić, zawsze możemy wrócić. Jest do czego. Ja wróciłam w Tatry po 19 latach. Po raz pierwszy mogłam sama decydować, kiedy i dokąd idę (wcześniej byłam w Zakopanem na kolonii i na wycieczce klasowej). Z obranych kierunków jestem zadowolona, mogliśmy oczywiście przejść jeszcze więcej (w nogach mamy prawie 74 kilometry), ale czasem lepiej nie wyjść, kiedy pada deszcz albo zawrócić, kiedy zaczyna brakować sił lub czasu. Wrócić możemy zawsze. I wrócimy na pewno!

Komentarze

  1. Tatry są fantastyczne! Mam nadzieję, że Mała połknęła bakcyla :) Piękna relacja :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam 11 lat, gdy pierwszy raz pojechałam z rodzicami w góry. I myślę, że to był odpowiedni wiek, by się w górach zakochać i sprawdzić swoją wytrzymałość.
    Rany, ale tłumy na Ornaku. Nigdy takich tam nie widziałam, mimo że Kościeliska jest chyba tak samo popularna jak MOKO.
    Na kolejny wyjazd w Tatry polecam wybrać mniej uczęszczane szlaki, równie piękne i łatwe do przejścia :) Dolina Małej Łąki i Przysłop Miętusi, Rusinowa Polana, Dolina Strążyska, a tam Wodospad Siklawica i przy okazji Sarnia Skała.
    Nie ma sensu co rok odwiedzać te same miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie dla mnie Tatry, chociaż tam byłam kilka razy. Tłumy mnie przerażają.
    Trzeba szukać mało znanych, ale atrakcyjnych miejsc.
    Pogoda niestety jest nieprzewidywalna.
    Dzięki za piękną wycieczkę, cudowne widoki.
    Super, że wciągacie córeczkę w Wasze wędrówki :-)
    Irena - Hooltaye w podróży

    OdpowiedzUsuń
  4. Za górami jakoś nigdy nie przepadałam, może to kwestia kilku nieudanych szkolnych wycieczek. Czas odczarować to miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam jak byłem mały i Mama zabrała mnie w Tatry. Prawie weszliśmy na Giewont... prawie bo nadciągała burza i zawróciliśmy przed zdobyciem szczytu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tatry są przepiękne, widoki niezapomniane. Mam przyjemność mieszkać o niecałe 2 godziny drogi drogi do Zakopanego, więc pierwsze wypady z małymi dziećmi były właśnie tam. Najczęściej zimą na narty. Młodsza córka jeździła tam z nami będąc jeszcze pod moim sercem:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja w Tatry jadę dopiero we wrześniu. W wakacje jest tam dla mnie za tłoczno. Za to np w Beskidzie Małym w ten weekend było prawie pusto

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślę, że polskie góry w sezonie są zbyt zadeptane... najwcześniej we wrześniu...

      Usuń
  8. Za rok planuję wakacje w górach. Myślę że mojemu synkowi sie spodoba, on uwielbia chodzić

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawy i bardzo pomocny wpis. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Mnóstwo znajomych miejsc. Uwielbiam Tatry i chętnie wracam ,szczególnie jesienią w październiku.

    OdpowiedzUsuń
  11. szczerze powiem, ze czekam na ten moment kiedy będziemy mogli wybrać się na taką wycieczkę <3 cudowne widoki!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz