"Darowane kreski" (Wydawnictwo Literatura)

Dobrych słów o książkach z serii "Wojny dorosłych - historie dzieci" napisałam już wiele. Bardzo ją cenię, wypatruję nowości i uzupełniam naszą biblioteczkę o wcześniej wydane książki. Mam ambitny cel zgromadzenia całej serii, bo choć nie są to lektury z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, to wiem, że są to książki ważne. Takie, które chcę czytać z moim dzieckiem i, które chcę, żeby moje dziecko kształtowały.



Co prawda wielu może się oburzać na czytanie dzieciom książek o wojnie. Ja mam w tej kwestii zupełnie inne zdanie. Zawsze lubiłam historię, zawsze historia mnie interesowała, więc automatycznie próbuję przelać moją sympatię do tej dziedziny nauki na Tosię. Jeśli zaś chodzi o samą wojnę, istotna jest jeszcze jedna kwestia. Moje pokolenie miało możliwość rozmawiania ze swoimi dziadkami, którzy przeżyli II wojnę światową. Dziś większości z nich nie ma już wśród nas, wspomnienia się zacierają, a pamięć bywa zawodna. Wielu pytań nie udało nam się zadać, część dopiero dziś rodzi się w naszych głowach. Być może odpowiedzi na nie uda się nam znaleźć w serii Wydawnictwa Literatura.



Właśnie ukazał się jej najnowszy tom. Sama książka została napisana nieco wcześniej (pierwsze wydanie ukazało się w 1994 roku), ale teraz zyskało piękną oprawę graficzną i stała się częścią znakomitej serii. Autorką tej książki jest Joanna Papuzińska, dobrze znana kolejnym pokoleniom młodych czytelników pisarka. Darowane kreski to jej wspomnienia z dzieciństwa. O tych, dotyczących II wojny światowej, czytaliśmy już w książce Asiunia, która również ukazała się w serii "Wojny dorosłych - historie dzieci". Darowane kreski opisują oprócz czasów wojennych, także te z pierwszych lat po II wojnie światowej. Czytamy tu o perypetiach rodziny małej Joasi w czasie wojennej zawieruchy. O rozdzieleniu dzieci z rodzicami i o całych zastępach dobrych ludzi, którzy pomagali najmłodszym przetrwać. Joasia takich osób na swojej drodze spotkała wiele. Byli wsparciem dla niej i dla jej rodzeństwa. Podobnych ludzi stawiał los na drodze Joasi po wojnie. Czasy, choć powojenny, również nie był łatwy. Ludzie żyli biednie, w zrujnowanych miastach, zdarzało się, że w jednym mieszkaniu musiało zmieścić się kilka rodzin. Dzieci zaczynały chodzić do szkoły, gdzie w końcu mogły żyć tak, jak ich rówieśnicy przed wojną. Dla Joasi szkoła była wielką przygodą, choć na początku nie było łatwo. Co dokładnie się działo, przeczytacie w książce. Ja zdradzać niczego więcej nie będę!



Mimo tych wszystkich trudnych doświadczeń, z książki Joanny Papuzińskiej bije ogromne ciepło. Nawet w tych niełatwych czasach dzieciom udawało się być dziećmi. Psociły, bawiły się, nawiązywały przyjaźnie i znajomości. Wymykały się spod opieki rodziców i odkrywały świat na własną rękę. Ich dzieciństwo poznać można nie tylko dzięki wspaniałej opowieści Joanny Papuzińskiej. Zobaczyć je można również na licznych zdjęciach, które pojawiają się na kolejnych stronach. Widzimy na nich małą Joasię, jej rodzeństwo i rodzinę. Oprócz zdjęć w książce znajdziemy również ilustracje, które miały uzupełniać pierwsze wydanie Darowanych kresek. Ich autorem był Szymon Kobyliński. Ilustracje ostatecznie w pierwszym wydaniu książki się nie znalazły. Tutaj stanowią piękne świadectwo historii Darowanych kresek i dają szansę najmłodszym na poznanie twórczości tego wybitnego ilustratora.



Nie mogę przestać się zachwycać tą książką. Wydawnictwo Literatura po raz kolejny udowodniło, że stworzyło jedną z najlepszych serii literackich dla młodych czytelników. Serii, którą powinno się znać. A jeśli jej jeszcze nigdy nie czytaliście, to Darowane kreski będą świetnym wyborem na pierwsze spotkanie. Jeśli zaś seria "Wojny dorosłych - historie dzieci" jest Wam dobrze znana, to doskonale wiem, że polecać Wam jej już nie muszę.




Darowane kreski
Joanna Papuzińska
opracowanie graficzne Magdalena Pilch
Wydawnictwo Literatura 2019
wiek 10+


"Małe historie o wielkich marzeniach" (Wydawnictwo BIS)

Chciałabym nauczyć Tosię wielu rzeczy. Oprócz tych najbardziej oczywistych, zależy mi między innymi na tym, żeby nauczyć ją marzyć i pokazać jej, że marzenia nie są związane tylko z czasami dzieciństwa. Marzyć trzeba przecież całe życie i właśnie tego uczy najmłodszych książka Marty H. Milewskiej.




Bohaterami Małych historii o wielkich marzeniach są mucha, liść i ślimak. Każdemu z nich poświęcono inne opowiadanie. Bohaterów tych historii dzieli bardzo wiele, łączy jedno. Oni wszyscy marzą. Marzą o rzeczach wielkich, choć na pierwszy rzut oka zupełnie dla nich niedostępnych. Mimo to nie rezygnują, nie porzucają swoich marzeń, choć wielu mogą one śmieszyć. Bo co pomyśleć o ślimaku, który chciałby wejść na wysoką górę? Jak nie uśmiechnąć się na myśl o podróżującej przez całe życie pociągiem muszce, które nagle chce zwiedzić świat? I co myśleć o liściu, który chciałby latać? Co zrobić, kiedy słyszy się o takich marzeniach? Popukać się w czoło? Powiedzieć, że to nierealne? Wyśmiać? A może zrobić coś zupełnie innego? Oczywiście, że powinniśmy tych większych i mniejszych marzycieli wspierać. Doping ze strony bliskich osób może sprawić, że każde, nawet najbardziej szalone marzenie uda się spełnić.







Właśnie o tym opowiada ta książka. Właśnie to tak pięknie pokazuje. Jest doskonałym drogowskazem zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Każdy znajdzie tu jakąś wskazówkę, która pomoże albo nauczyć się marzyć, albo innych w spełnianiu marzeń wspierać. Nie bójcie się jednak, w tej książce nie znajdziecie nadmiernego moralizatorstwa. Autorka nikomu niczego nie narzuca, ona po prostu opisuje świat, przedstawia bohaterów i ich marzenia. Te mniej i bardziej szalone. Robi to jednak w taki sposób, że w te historie się wierzy i kibicuje się ich bohaterom. Wszystkie opowiadania uzupełniają piękne ilustracje Katarzyny Bukiert. Razem z treścią stworzyły wspaniałą, atrakcyjną dla czytelnika całość. To wszystko sprawia, że Małe historie o wielkich marzeniach mogą być doskonałym prezentem dla małych marzycieli i tych, którzy marzyć trochę się boją. Wszystkim na pewno się spodoba.







Małe historie o wielkich marzeniach
Marta H. Milewska
ilustracje Katarzyna Bukiert
Wydawnictwo BIS 2019
wiek 4+

Podróże Tosi: Kopalnia Soli "Wieliczka"

Trzy razy z rzędu ferie zimowe spędzaliśmy w Trójmieście. W tym roku pewnie byłoby tak samo, gdyby nie głośno artykułowane marzenie Tosi. Nasze dziecko bardzo chciało zwiedzić Kopalnię Soli w Wieliczce. Przed wyjazdem powstrzymywały nas jednak długie kolejki do kasy i tłumy, o których czytaliśmy w sieci. W większości dotyczyły one jednak wizyt letnich. Na zwiedzanie kopalni zimą nie narzekał nikt, więc postanowiliśmy zaryzykować.


Bilety kupiliśmy przez internet. Woleliśmy nie ryzykować stania w kolejce. Kusiła nas "Solilandia", czyli trasa dziecięca, ale po dłuższym namyśle stwierdziliśmy, że może być ona dla Tosi już zbyt dziecinna. Postawiliśmy na tradycyjne zwiedzenie trasą turystyczną. Bilet normalny kosztuje 66 zł, ulgowy (dla dzieci) 48 zł. Koszt rodzinnego dla rodziny 2+2 to 180 zł. Kolejek na miejscu nie było. Musieliśmy jeszcze wymienić bilet internetowy na ten bardziej tradycyjny i mogliśmy rozpoczynać zwiedzanie. Grupy turystów w języku polskim zbierały się w budynku, w którym mieszczą się kasy biletowe. Z pierwszą, która schodziła do kopalni nie udało nam się wejść, ale w kolejnej (która ruszała 10 albo 15 minut później) miejsce znalazło się bez problemu. Grupy liczą maksymalnie 40 osób i ruszają co kilkanaście minut. 

Na początku trzeba pokonać niemal 400 stopni i zejść na poziom pierwszy kopalni, który znajduje się na głębokości 64 metrów. Tu rozpoczęła się nasza wielka solna przygoda. Rzeźby stworzone z soli zachwyciły nas wszystkich. Podziwialiśmy wyrzeźbionego w soli Mikołaja Kopernika, Kazimierza Wielkiego i świętą Kingę. Wstrzymaliśmy oddech zwiedzając kaplicę świętej Kingi i ogromne komory, w których kiedyś wydobywano sól. Patrzyliśmy z podziwem na zabezpieczenia, które podtrzymują mniejsze i większe komory. Wrażenia niezapomniane i trudne do opisania słowami. To wszystko po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.





Przejście trasy turystycznej zajęło nam dwie godziny. W miejscu, w którym zostawiła naszą grupę pani przewodnik, zrobiliśmy dłuższą przerwę, po której ruszyliśmy do Muzeum Żup Krakowskich. Zachętą do jego zwiedzania był wpis na jednym z blogów, którego autorka zobaczenie owego muzeum gorąco polecała. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na to dodatkowe zwiedzanie, bo stworzyło ono piękną i spójną całość z trasą turystyczną. Dlatego Was również, jeśli jeszcze w Wieliczce nie byliście, zachęcam do tego, żeby nie iść od razu do windy, tylko kontynuować zwiedzanie. Muzeum Żup Krakowskich zdradza sekrety zawodu górnika, pokazuje jak przez lata zmieniały się metody wydobywania soli. Tam także uświadamiamy sobie w pełni jak trudna i niebezpieczna była praca w kopalni. Oprócz tego jeszcze dokładniej poznajemy historię polskich złóż soli. Wszystko oczywiście w towarzystwie przewodnika. Nam trafił się wyjątkowo dowcipny pan, który w przystępny i ciekawy sposób wyjaśniał wszystkie trudniejsze kwestie i opowiadał o prezentowanych eksponatach.



Kopalnię soli opuściliśmy po prawie czterech godzinach zwiedzania. Na szczęście nie musieliśmy pokonywać schodów, tylko wjechaliśmy na górę windą. Pełni wrażeń, zachwyceni i zadowoleni. Dla całej naszej rodziny była to pierwsza wizyta w Wieliczce. Nikt z nasz nie wyszedł niezadowolony. Jest to miejsce, które naprawdę trzeba zobaczyć. Dlatego jeśli jeszcze tam nie byliście, koniecznie uwzględnijcie to miejsce w swoich podróżniczych planach. Nawet tych zimowych, kopalnia jest czynna przez cały rok i nawet bardzo pochmurny dzień (a na taki trafiliśmy) miło spędzicie tam czas!


Więcej informacji dotyczących zwiedzania
znajdziecie na stronie Kopalni Soli w Wieliczce



"Dom na kurzych łapach" (Wydawnictwo Kobiece)

Od dnia, w którym zobaczyłam okładkę tej książki wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Opis przygotowany przez wydawcę wyglądał równie zachęcająco, więc moja ciekawość tylko wzrosła i nie mogłam się doczekać rozpoczęcia czytania. A kiedy już zaczęłam czytać, to pochłonęłam tę książkę w jeden dzień!


Główną bohaterką Domu na kurzył łapach jest Marinka. Dziewczynka ma dwanaście lat i razem z babcią. Babcia dziewczynki zajmuje się przeprowadzaniem zmarłych przez bramę między światem żywych a światem umarłych. Marinka pomaga jej przygotowując posiłki dla zmarłych, naprawiając płot okalający ich dom. Robi wiele i poświęca temu cały swój czas. W ten sposób pomaga babci, a jednocześnie czuje łączność ze swoimi rodzicami, którzy zmarli, kiedy dziewczynka była niemowlęciem. W głębi duszy marzy jednak o czymś zupełnie innym. Marinka bardzo chciałaby nawiązać prawdziwą przyjaźń. I to nie ze zmarłymi, ale z żywymi. Z nimi jednak dziewczynce trudno się spotkać, ponieważ pracuje nocą, a w dzień śpi. Pewnego dnia spotyka jednak chłopca w swoim wieku, z którym zaczyna rozmawiać. Chłopiec obdarza ją ogromnym zaufaniem, prosi ją o zaopiekowanie się jego jagnięciem. Dziewczynka bierze zwierzę pod opiekę. Spędza również miło czas z nowym kolegą. Ma nadzieję, że ich znajomość przerodzi się w przyjaźń. Niestety, nie będzie to takie łatwe. wszystko przez dom, w którym mieszka razem z babcią. Dom na kurzych łapach, zupełnie bez ostrzeżenia, potrafi ruszyć z miejsca i przenieść się w zupełnie inny rejon. To samo zrobi, kiedy Marinka poczuje, że Benjamin może stać się jej przyjacielem. Dziewczynka będzie zrozpaczona, zrozumie, że nigdy nie nawiąże prawdziwej przyjaźni, że jej życie nigdy nie będzie spokojne ani takie, o jakim marzy. 



To oczywiście nie jest koniec wydarzeń opisanych przez Sophie Anderson. Oprócz opowieści o poszukiwaniu przyjaźni, mamy tu piękną historię o rodzinie. Znajdujemy tu też mnóstwo tajemnic, skrzętnie skrywanych przez babcię dziewczynki. Kiedy Marinka zacznie je powoli odkrywać stanie się coś, czego nie mogła spodziewać się w najczarniejszych snach. Zniknie jej babcia. Dziewczynka nie chce przejąć jej obowiązków, nie chce zostać kolejną Strażniczką Bramy, ale żeby móc odrzucić to przeznaczenie, musiałaby odnaleźć babcię...



Dom na kurzych łapach to pełna mądrości opowieść o poszukiwaniu przyjaźni, odpowiedzialności, miłości rodzinnej, tęsknocie i wielkich marzeniach. Książka Sophie Andreson, choć opowiada o świecie nierzeczywistym, to jest bardzo bliska prawdziwemu życiu. Bliska dziecięcym, nastoletnim, a także i dorosłym dylematom. Opowiadająca o sprawach i problemach uniwersalnych, ważnych i trudnych. Istotnych dla wszystkich. Dlatego wszystkim ją polecam i jestem pewna, że nikogo ta historia nie zawiedzie.



Dom na kurzych łapach
Sophie Andreson
projekt i ilustracje na okładce Urszula Gireń
tłumaczenie Przemysław Hejmej
Wydawnictwo Kobiece 2020

Hilda i Wisienka - dziewczynki, które trzeba poznać!

Drugi tydzień ferii dla naszego województwa trwa w najlepsze. Mamy więcej czasu na nadrabianie książkowych zaległości i uważne przyglądanie się wszystkim nowościom. Wśród wszystkich książek, które w styczniu ukazały się na rynku wydawniczym, naszą uwagę zwróciły dwie pozycje z wydawnictwa EGMONT. Jedna jest kontynuacją opowieści, którą miałyśmy już okazję poznać, druga to pierwszy tom zupełnie nowej serii.

Głównymi bohaterami są dziewczynki i to już pierwszy krok do tego, żeby Tosia była gotowa od razu brać się do czytania. Zdarza się jednak, że interesująca bohaterka to za mało, żeby doczytać książkę do końca. Bierze do ręki następną i o poprzedniej zapomina. Nie zdarza się to na szczęście często i w tym przypadku nie zdarzyło się również. Wszystko dlatego, że od przygód tych bohaterek nie można się oderwać.


Zaczęłyśmy od Hildy, bohaterki znanej wielu z serialu emitowanego przez Netflix. Pierwszy tom jej przygód (KLIK), w którym broniła swojego domu, czytałyśmy z wypiekami na twarzy rok temu. Hilda okazała się pomysłową, ciekawą i bardzo zdeterminowaną bohaterką, której trudno było nie polubić. Od tego czasu niecierpliwie wypatrywałyśmy kolejnej części przygód tej sympatycznej niebieskowłosej dziewczynki. I doczekałyśmy się. W książce Hilda i wielka parada dowiadujemy się jak wygląda życie Hildy i jej mamy po przeprowadzce do miasta. Niestety, dziewczynka bardzo źle się czuje w nowym miejscu zamieszkania. Gwarne miasto ją przeraża, znacznie lepiej czuła się na pustkowiach, gdzie mieszkały wcześniej. Nie jest jej łatwo nawiązywać nowe znajomości. Kilka bratnich dusz znalazła, ale do bycia duszą towarzystwa jest jeszcze bardzo daleko. Nie podoba jej się ani szkoła, ani nauczycielka, ani większość koleżanek i kolegów. A jakby miała mało problemów, to w ramach zadania domowego ma przygotować prezentację o największych atrakcjach Trolbergu. Dla większości jej koleżanek i kolegów nie byłoby to trudne zadanie, ale z Hildą było zupełnie inaczej. Ona nie znosiła Trolbergu. I nie widziała tam ani niczego ładnego, ani ciekawego. Mimo początkowych oporów i niepowodzeń nie podda się. Tylko czy to się uda?






Druga książka inauguruje nową serię. Bohatera przedstawia nam się jako Wisienka. Ma dziesięć lat i marzy o tym, żeby w przyszłości zostać pisarką. W realizacji tego marzenia wspiera ją mama, która daje dziewczynce pamiętnik. Wisienka zaczyna go zapisywać, a my dzięki temu lepiej ją poznajemy. Dziewczynka opisuje swoją mamę, swoje przyjaciółki. Pisze o swoich marzeniach i wydarzeniach, które mają miejsce w jej życiu. Chyba nawet nie spodziewała się, że niedługo po tym, jak zacznie pisać pamiętnik przeżyje największą przygodę swojego życia. O niej nie przeczytamy jednak w pamiętniku. Książka zmienia swoją formę na komiks i to tu poznamy historię tajemniczego mężczyzny, którego pewnego dnia zauważyły Wisienka i jej przyjaciółki. Każda z dziewczynek w inny sposób wyobrażała sobie czym mógłby się zajmować Pan Tajemnica. Dziewczynki nazwały go tak, ponieważ nie wiedziały czym może się zajmować mężczyzna, który w weekendy wchodzi do lasu w puszką farby. Pomysły się mnożą, ale żadna z dziewczynek nie podejrzewa jak niezwykłą rzecz robi Pan Tajemnica. Przyjaciółki nie podejrzewają też, że niedługo będą uczestniczkami tej wielkiej TAJEMNICY!






Dwie bardzo różne książki. Łączy je to, że opowiadają o dziewczynkach i to, że świetnie się je czyta. Dzieli znacznie więcej, bo opowiadają zupełnie inne historie. Każda jest interesująca i warta przeczytania. Hilda pokazuje, że z każdej sytuacji można znaleźć jakieś wyjście, a przy tym bawi i śmieszy. To jedna z tych bohaterek, której trudno nie polubić. Tę bohaterkę się lubi i się jej kibicuje. Wisienka wzbudza ciekawość czytelników. Od jej nieco szalonych przygód trudno się oderwać. Zainteresowanie i nieskrywanych zachwyt budzą też ilustracje. Szatę graficzną Wisienka zyskała oszałamiającą! Od pierwszej do ostatniej strony trudno oderwać od nich wzrok. Są niezwykłe i tym wyjątkowym przygodą dodają jeszcze więcej uroku. 

Hilda i Wisienka szybko zyskują sympatię czytelników. Dzieci będę się dobrze bawić czytając o ich przygodach. A o to przecież w czytaniu chodzi, żeby książki sprawiały przyjemność, umilały czas i pobudzały wyobraźnię. Książki, które pokazałam dzisiaj, doskonale te zadania wypełniają. 

Książki o Hildzie i Wisience znajdziecie 
na stronie wydawnictwa EGMONT